Megi's fanfick
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Przenosiny
Kochani, wiem że dawno mnie nie było, ale duuuużo się działo. Między innymi zmieniałam nazwisko, więc zmieniam też maila. Stąd też wkrótce ten blog zniknie, a pojawi się zupełnie nowy, odświeżony, oczywiście z opowiadaniami. Do zobaczyska!
czwartek, 3 stycznia 2013
Risotto a'la student
Zdarza Wam się czasami tak, że macie dość tradycyjnych, piątkowych jarskich dań? Mnie ostatnio się czasami tak przytrafiało i chodziło mi po głowie, żeby wykombinować coś nowego. Zajrzałam do szafek, a tam leży sobie sypki ryż i stwierdziłam, że można by wykombinować jakieś dobre risotto. Rzecz jasna na sposób studencki, gdyż o niektóre składniki prawdziwego, włoskiego risotta studentce trudno. Tak więc dokupiłam jeszcze parę rzeczy, odpowiednio doprawiłam i tak powstało risotto a'la student.
Risotto a'la student
Składniki
Risotto a'la student
Składniki
- 1/2 szklanki ryżu sypkiego
- 1 puszka tuńczyka
- 10 dkg pieczarek
- 1 puszka groszku konsrwowego
- 2-3 płaty papryki czerwonej konserwowej
- 1 duża cebula
- 1 kostka rosołowa
- 1 mała śmietana 12 lub 18 %
- 1 łyżka "vegety"
- olej do smażenia
- sól, pieprz, curry, papryka słodka (dla tych lubiących "ogniste" klimaty w kuchni może byś też ostra), bazylia
- Obierz pieczarki i pokrój je w plasterki. Zagotuj ok. 2/3 garnka wody, kiedy zacznie się gotować wrzuć kostkę rosołową i łyżkę vegety, następnie zmniejsz ogień. Pieczarki przysmaż na oleju, kiedy zmienią kolor i puszczą sok, dodaj je do bulionu.
- Obierz cebulę i pokrój ją w kostkę, a następnie podsmaż na tym samym oleju co wcześniej pieczarki, pod koniec smażenia dodaj tuńczyka i lekko podduś pod przykryciem. Następnie dodaj do bulionu i pieczarek.
- Pogotuj bulion jeszcze kilka minut i dodaj ryż. Pora aby dodać przyprawy, osobiście można dodać nieco więcej curry, ryż wtedy złapie charakterystyczny żółty kolor. Zamieszaj porządnie, aby nie przywarł do dna. Teraz pokrój paprykę w kostkę i wrzuć do risotta. Na koniec dodaj groszek.
- Zagęszczamy całe risotto śmietaną, którą najpierw hartujemy. Czekamy, aż się zagotuje i gasimy ogień.
- Wcinamy albo samo albo z pieczywem. Smacznego!!!
Powrót + harmonogram
Witam po przerwie!
Miałam "mały" natłok spraw w realu, bo Paczka, święta, sylwek, uczelnia... wiecie jak to jest. Jednak wracam i tak jak poprzednio wrzucam na dzień dobry "harmonogram" notek.
03.01 - kuchnia studencka
11.01 - Kroniki Ludarvii
14.01 - The Another Gene
21. 01 - cykl ekonomiczny
28. 01 - Legendy Wertiany
31.01 - harmonogram na luty
Jak widzicie dziś pojawi się odcinek z cyklu kuchnia studencka, a za tydzień postaram się wkleić nową część Kronik.
Miałam "mały" natłok spraw w realu, bo Paczka, święta, sylwek, uczelnia... wiecie jak to jest. Jednak wracam i tak jak poprzednio wrzucam na dzień dobry "harmonogram" notek.
03.01 - kuchnia studencka
11.01 - Kroniki Ludarvii
14.01 - The Another Gene
21. 01 - cykl ekonomiczny
28. 01 - Legendy Wertiany
31.01 - harmonogram na luty
Jak widzicie dziś pojawi się odcinek z cyklu kuchnia studencka, a za tydzień postaram się wkleić nową część Kronik.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Cykl ekonomiczny - Inwestycja w mieszkanie?
Dzisiaj co nieco o rynku nieruchomości. Jak pamiętamy jeszcze kilka lat temu, była moda na inwestowanie w nieruchomości, czas się zastanowić czy w obecnej dobie kryzysu to się nadal opłaca?
Generalnie ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie. Ogólnie rzecz biorąc, analitycy rynku nieruchomości informują, że ceny mieszkań spadają w porównaniu do zeszłego roku, choć jest to spadek niewielki. Rzecz jasna zasobność naszych portfeli (zarówno tych realnych jak i wirtualnych) też się kurczy, ale... niektórzy ekonomiści w optymistycznych scenariuszach widzą możliwości wyjścia z kryzysu w najbliższych latach. To jest bardzo ważny element, który należy wziąć pod uwagę.
Mianowicie różne badani wskazują, że w czasie kryzysu ceny mieszkań maleją, ale w czasie dobrej koniunktury są stabilne lub delikatnie rosną. Jeżeli więc możemy sobie pozwolić na kupno mieszkania, to przyjmując założenie, że uda się wyjść z kryzysu, można na tym nieźle zarobić. Owszem jest to obarczone nie małym ryzykiem, ale w ekonomii już tak jest, że im większe ryzyko, tym więcej kasy można zagarnąć.
Osobną kwestią jest, czy trend spadkowy mieszkań z rynku pierwotnego się utrzyma przy optymistycznym scenariuszu. Co prawda, z doświadczeń ekonomistów wynika, iż powinien pojawić się trend rosnący, jednakże, jest pewny drobny szczegół. Lwia część kosztów nowych mieszkań stanowi cena gruntów. Obecnie wszystkie firmy deweloperskie przenoszą się na obrzeża miast, z dwóch powodów: gruntów w centrach miast jest mało i są one okropnie drogie. Tak więcej im firmy będą się oddalać od centrów, tym my będziemy mogli kupować tańsze mieszkania, a to ile będziemy wydawać wtedy na benzynę to już temat na inną notkę :-)
Generalnie ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie. Ogólnie rzecz biorąc, analitycy rynku nieruchomości informują, że ceny mieszkań spadają w porównaniu do zeszłego roku, choć jest to spadek niewielki. Rzecz jasna zasobność naszych portfeli (zarówno tych realnych jak i wirtualnych) też się kurczy, ale... niektórzy ekonomiści w optymistycznych scenariuszach widzą możliwości wyjścia z kryzysu w najbliższych latach. To jest bardzo ważny element, który należy wziąć pod uwagę.
Mianowicie różne badani wskazują, że w czasie kryzysu ceny mieszkań maleją, ale w czasie dobrej koniunktury są stabilne lub delikatnie rosną. Jeżeli więc możemy sobie pozwolić na kupno mieszkania, to przyjmując założenie, że uda się wyjść z kryzysu, można na tym nieźle zarobić. Owszem jest to obarczone nie małym ryzykiem, ale w ekonomii już tak jest, że im większe ryzyko, tym więcej kasy można zagarnąć.
Osobną kwestią jest, czy trend spadkowy mieszkań z rynku pierwotnego się utrzyma przy optymistycznym scenariuszu. Co prawda, z doświadczeń ekonomistów wynika, iż powinien pojawić się trend rosnący, jednakże, jest pewny drobny szczegół. Lwia część kosztów nowych mieszkań stanowi cena gruntów. Obecnie wszystkie firmy deweloperskie przenoszą się na obrzeża miast, z dwóch powodów: gruntów w centrach miast jest mało i są one okropnie drogie. Tak więcej im firmy będą się oddalać od centrów, tym my będziemy mogli kupować tańsze mieszkania, a to ile będziemy wydawać wtedy na benzynę to już temat na inną notkę :-)
niedziela, 14 października 2012
The Another Gene cz. 5
Cheyenne Mountain
Complex, sala odpraw
Do sali odpraw wszedł generał Hammond, w środku czekali
już na niego dr Jackson, Teal’c oraz dr Freiser. Brakowało jedynie major,
pułkownika oraz gościa specjalnego, Magdy. George usiał w wygodnym, czarnym,
skórzanym fotelu. O wiele bardziej wolał ten od tego w biurze, kilka pięter
wyżej. Hammond nerwowo spojrzał na zegarek. Carter była zbyt dokładną osobą,
żeby pozwolić sobie na spóźnienie, a Jack o ile słynął z niesubordynacji, o
tyle musiał mieć naprawdę ważny powód, aby się spóźnić. Generał już miał
zaczynać odprawę bez nich, ale w ostatniej chwili przez drzwi wpadła zdyszana
Samantha, szybko, ale przepisowo salutując.
- Major Carter? Co się stało? – spytał podwładną.
- Sir, Mag… przepraszam, panna Niedzwiecka i pułkownik zostali porwani… - rzuciła Sam, próbując złapać oddech.
Tymczasem pozostali jakby nie rozumieli co major do nich mówi spojrzeli po sobie.
- Sam, usiądź i powiedz nam konkretnie co się stało – poradził Daniel, wskazując jej najbliższe wolne krzesło.
Major opadła na podsunięte siedzenie. Wciągnęła kilka razy głębiej powietrze, aby wyrównać oddech.
- Na lotnisku umówiliśmy się z pułkownikiem i panną Magdą, że po mnie dzisiaj przyjadą i razem, we trójkę pojedziemy do bazy. Czekałam aż do ustalonej godziny, a samochodu pułkownika nie ma. Czekam kolejne 15 minut nadal nic, więc postanowiłam zadzwonić. Próbowałam kilka razy, ale nikt nie odbierał, ani pułkownik ani Magda. Postanowiłam więc wsiąść do samochodu pojechać do nich. Przyjeżdżam, a tu drzwi otwarte, nikogo w domu nie ma. W przedpokoju poprzewracanych kilka rzeczy. Salon w porządku, kuchnia też, więc poszłam na górę do pokoju Charliego. Wchodzę, a tam istny bałagan! Z początku myślałam, że to panna Niedźwiecka, ale poźniej spostrzegłam urwaną zasłonę. Odwróciłam się w stronę drzwi, a w nich była wbita łuska. Wyglądała na jedną z pistoletu pułkownika. Zbiegłam więc na dół do sypialni, zaglądam do szuflady broni nie ma! Szukam w kuchni i pozostałej części domu i nie ma! Mnie się nasuwa tylko jeden wniosek – opowiedziała szybko i zwięźle całą historię.
Zapanowała cisza, każdy z uczestników niedoszłej odprawy był w szoku. Żadna z osób nie podejrzewała, że do domu Jacka może się ktoś włamać. Ale stało się. Dziewczyna, która prawdopodobnie posiada najbardziej wrażliwy gen Starożytnych wpadła w ręce wroga. Wszyscy, bez wyjątku domyślili się czyja to robota. Jedynym pocieszeniem był fakt, że nie jest sama, tylko z O’neill’em. Z drugiej strony sytuacja była o tyle beznadziejna, że nie wiedzieli gdzie ich szukać. Czy są wciąż na Ziemi czy w kosmosie? I jak daleko od planety? A jeśli tak, to w jaki sposób Apofis oszukał sensory?
- Majorze, ma pani jakieś pomysły, gdzie mogli ich zabrać? – przerwał niezręczną ciszę generał.
- Chwilowo nie, sir – odpowiedziała Carter.
- Generale Hammond, podczas wczorajszej wizyty, mistrz Brat’ac wspomniał mi, jakoby flota Apofisa wzbogaciła się o nową klasę statków. Posiadają one nowe osłony antyradarowe – wtrącił Teal’c
- Rozumiem, a więc mogli ich zabrać na taki statek – stwierdził generał.
- Możliwe, wystarczyłoby aby wyszli do ogrodu, a użycie pierścieni nie stanowiło by problemu – dokończyła major
- W istocie, major Carter – potwierdził ciemnoskóry Jaffa i skinął w swoim zwyczaju głową.
- Ale w takim wypadku oni mogą być już setki lat od Ziemi! – celnie zauważył milczący dotąd Daniel.
- Owszem i najprawdopodobniej pomoc nie będzie możliwa – stwierdziła smutnie major i spojrzała poważnie na Hammonda – Sir, wie pan, że zrobiłabym wszystko, aby odnaleźć pułkownika, ale obawiam się, że jest już za późno. Statek mógł odlecieć parę ładnych godzin temu i może być wszędzie, to jak szukanie igły w stogu siania.
Generał zamyślił się przez chwilę.
- Skontaktujemy się z Tok’ra. Może któryś z ich szpiegów będzie mógł uzyskać informacje na ten temat. Spróbować nie zaszkodzi – powiedział.
- Ja zawiadomię mistrza, na pewno zechce nam pomóc. Za pozwoleniem generale, ale pragnąłbym wyruszyć natychmiast. Nie ma czasu do stracenia – powiedział poważnie Jaffa.
- Oczywiście Teal’c. Zrób to jak najszybciej – odparł generał, a potężny mężczyzna wyszedł i ruszył szybkim krokiem do swojego pokoju – Carter, dr Jackson zajmiecie się kontaktem z Tok’ra. To tyle, dziękuję za przybycie.
- Rozkaz, sir – zasalutawała Sam.
- Dobrze – odpowiedział Daniel i wszyscy wyszli z pomieszczenia.
- Major Carter? Co się stało? – spytał podwładną.
- Sir, Mag… przepraszam, panna Niedzwiecka i pułkownik zostali porwani… - rzuciła Sam, próbując złapać oddech.
Tymczasem pozostali jakby nie rozumieli co major do nich mówi spojrzeli po sobie.
- Sam, usiądź i powiedz nam konkretnie co się stało – poradził Daniel, wskazując jej najbliższe wolne krzesło.
Major opadła na podsunięte siedzenie. Wciągnęła kilka razy głębiej powietrze, aby wyrównać oddech.
- Na lotnisku umówiliśmy się z pułkownikiem i panną Magdą, że po mnie dzisiaj przyjadą i razem, we trójkę pojedziemy do bazy. Czekałam aż do ustalonej godziny, a samochodu pułkownika nie ma. Czekam kolejne 15 minut nadal nic, więc postanowiłam zadzwonić. Próbowałam kilka razy, ale nikt nie odbierał, ani pułkownik ani Magda. Postanowiłam więc wsiąść do samochodu pojechać do nich. Przyjeżdżam, a tu drzwi otwarte, nikogo w domu nie ma. W przedpokoju poprzewracanych kilka rzeczy. Salon w porządku, kuchnia też, więc poszłam na górę do pokoju Charliego. Wchodzę, a tam istny bałagan! Z początku myślałam, że to panna Niedźwiecka, ale poźniej spostrzegłam urwaną zasłonę. Odwróciłam się w stronę drzwi, a w nich była wbita łuska. Wyglądała na jedną z pistoletu pułkownika. Zbiegłam więc na dół do sypialni, zaglądam do szuflady broni nie ma! Szukam w kuchni i pozostałej części domu i nie ma! Mnie się nasuwa tylko jeden wniosek – opowiedziała szybko i zwięźle całą historię.
Zapanowała cisza, każdy z uczestników niedoszłej odprawy był w szoku. Żadna z osób nie podejrzewała, że do domu Jacka może się ktoś włamać. Ale stało się. Dziewczyna, która prawdopodobnie posiada najbardziej wrażliwy gen Starożytnych wpadła w ręce wroga. Wszyscy, bez wyjątku domyślili się czyja to robota. Jedynym pocieszeniem był fakt, że nie jest sama, tylko z O’neill’em. Z drugiej strony sytuacja była o tyle beznadziejna, że nie wiedzieli gdzie ich szukać. Czy są wciąż na Ziemi czy w kosmosie? I jak daleko od planety? A jeśli tak, to w jaki sposób Apofis oszukał sensory?
- Majorze, ma pani jakieś pomysły, gdzie mogli ich zabrać? – przerwał niezręczną ciszę generał.
- Chwilowo nie, sir – odpowiedziała Carter.
- Generale Hammond, podczas wczorajszej wizyty, mistrz Brat’ac wspomniał mi, jakoby flota Apofisa wzbogaciła się o nową klasę statków. Posiadają one nowe osłony antyradarowe – wtrącił Teal’c
- Rozumiem, a więc mogli ich zabrać na taki statek – stwierdził generał.
- Możliwe, wystarczyłoby aby wyszli do ogrodu, a użycie pierścieni nie stanowiło by problemu – dokończyła major
- W istocie, major Carter – potwierdził ciemnoskóry Jaffa i skinął w swoim zwyczaju głową.
- Ale w takim wypadku oni mogą być już setki lat od Ziemi! – celnie zauważył milczący dotąd Daniel.
- Owszem i najprawdopodobniej pomoc nie będzie możliwa – stwierdziła smutnie major i spojrzała poważnie na Hammonda – Sir, wie pan, że zrobiłabym wszystko, aby odnaleźć pułkownika, ale obawiam się, że jest już za późno. Statek mógł odlecieć parę ładnych godzin temu i może być wszędzie, to jak szukanie igły w stogu siania.
Generał zamyślił się przez chwilę.
- Skontaktujemy się z Tok’ra. Może któryś z ich szpiegów będzie mógł uzyskać informacje na ten temat. Spróbować nie zaszkodzi – powiedział.
- Ja zawiadomię mistrza, na pewno zechce nam pomóc. Za pozwoleniem generale, ale pragnąłbym wyruszyć natychmiast. Nie ma czasu do stracenia – powiedział poważnie Jaffa.
- Oczywiście Teal’c. Zrób to jak najszybciej – odparł generał, a potężny mężczyzna wyszedł i ruszył szybkim krokiem do swojego pokoju – Carter, dr Jackson zajmiecie się kontaktem z Tok’ra. To tyle, dziękuję za przybycie.
- Rozkaz, sir – zasalutawała Sam.
- Dobrze – odpowiedział Daniel i wszyscy wyszli z pomieszczenia.
***
Statek Apofisa, gdzieś w Galaktyce
Spokojnie, sama wej… - powiedziała Magda w stronę dwóch
Jaffa, którzy prowadzili ją do celi, trzymając mocno za ramiona – dę… -
dokończyła kiedy obcy wrzucili ją do dziwnego pokoju bez drzwi tuż za
pułkownikiem, tymczasem Jaffa przesunęli ręką nad jakimś zielonym kółkiem, a w
przejściu na chwilę pojawiła się żółta kałuża, która po chwili rozpłynęła się w
powietrzu.
- Oni tak zawsze – stwierdził Jack, który już siedział na ławeczce.
Dziewczyna usadowiła się obok niego i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Miało złote ściany, a przynajmniej pomalowane na taki kolor, Wszystkie trzy były puste, nie było w nich żadnych okien. Przy podłodze znajdowały się dwa, wbudowane w ścianę kloce, aby więźniowie mogli usiąść.
Jack oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi.
- Jakim cudem oni dostali się do mojego domu? Przecież zamykałem drzwi! – wymamrotał, przenosząc ręce z twarzy na włosy.
- Oni tak zawsze – stwierdził Jack, który już siedział na ławeczce.
Dziewczyna usadowiła się obok niego i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Miało złote ściany, a przynajmniej pomalowane na taki kolor, Wszystkie trzy były puste, nie było w nich żadnych okien. Przy podłodze znajdowały się dwa, wbudowane w ścianę kloce, aby więźniowie mogli usiąść.
Jack oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi.
- Jakim cudem oni dostali się do mojego domu? Przecież zamykałem drzwi! – wymamrotał, przenosząc ręce z twarzy na włosy.
- Od ogrodu też? Poza tym Jack, to nie byli zwykli,
ziemscy włamywacze.
- Kuchenne! – w celi rozległ się słaby plask – przecież zostawiłem klucze sąsiadce, aby podlewała kwiatki. Dałem jej klucz od kuchennych! Ach…- Jack schował głowę w kolana, głupio czuł się w tej sytuacji, miał być gwarantem bezpieczeństwa, a tu proszę... siedzą sobie w celi u Apofisa: po prostu bajkowo.
- Myślisz, że się kapną?- spytała nieśmiało.
- Że niby kto?
- No, w SGC, że jesteśmy na statku…
- Powinni. Zwłaszcza Carter, w końcu umówiliśmy się z nią. Tyle, że nie wiem czy dadzą radę nas wyciągnąć, nie wiedzą o statku, a tym bardziej w którą stronę lecimy – popatrzył na nią krzywo.
- Aleś mnie pocieszył – powiedziała ponuro, podkurczyła kolana i objęła je rękoma.
Następnie położyła na nich głowę i zaczęła wpatrywać się w ścianę naprzeciwko. Wyglądała jak mała dziewczynka, która się nudzi. Trochę romantycznie, trochę słodko. Jack zaklął cicho. Nie chciał jej okłamywać, ale też nie zamierzał dołować Magdy.
- Kuchenne! – w celi rozległ się słaby plask – przecież zostawiłem klucze sąsiadce, aby podlewała kwiatki. Dałem jej klucz od kuchennych! Ach…- Jack schował głowę w kolana, głupio czuł się w tej sytuacji, miał być gwarantem bezpieczeństwa, a tu proszę... siedzą sobie w celi u Apofisa: po prostu bajkowo.
- Myślisz, że się kapną?- spytała nieśmiało.
- Że niby kto?
- No, w SGC, że jesteśmy na statku…
- Powinni. Zwłaszcza Carter, w końcu umówiliśmy się z nią. Tyle, że nie wiem czy dadzą radę nas wyciągnąć, nie wiedzą o statku, a tym bardziej w którą stronę lecimy – popatrzył na nią krzywo.
- Aleś mnie pocieszył – powiedziała ponuro, podkurczyła kolana i objęła je rękoma.
Następnie położyła na nich głowę i zaczęła wpatrywać się w ścianę naprzeciwko. Wyglądała jak mała dziewczynka, która się nudzi. Trochę romantycznie, trochę słodko. Jack zaklął cicho. Nie chciał jej okłamywać, ale też nie zamierzał dołować Magdy.
- Magda, posłuchaj – wstał i przykucnął tuż przed nią,
tak aby widziała jego twarz, nie była uśmiechnięta jak wtedy, na Plantach.
Wręcz przeciwnie, malowała się na niej troska, a oczach coś jeszcze. Studentka
nie mogła się domyślić co to takiego – nie chcę cię oszukiwać bo sytuacja jest
naprawdę ciężka, ale obiecuję ci, że to nie zmieni faktu, że zrobię wszystko,
abyśmy się stąd wydostali. A poza tym Sam mnie zawsze zaskakuje, może uda jej
się coś wykombinować.
- Nie wierzysz w to, co sam mówisz.
- Owszem, wierzę. No, już, popatrzył mi w oczy. Będzie dobrze – podniosła na niego wzrok, tym razem ten sam co wtedy.
Trochę się uspokoiła, ale nie na długo. Na korytarzu rozległy się głuche kroki metalowych butów, wskazujących że ich właściciele zmierzają właśnie w ich kierunku
- Zaczyna się. Magda, gościu nie jest zbyt milusiński, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Bądź, co bądź, zrób wszystko byle mu nic nie wygadać. Jeśli nas wezmą razem, postaram się aby się ze mną pobawił, nie dam cię skrzywdzić.
- Jack tu nie… - chciała mu odpowiedzieć, ale w tym momencie pięciu Jaffa stanęło u drzwi.
Jeden z nich przesunął ręką nad kamieniem, a żółte pole znowu się pojawiło i znikło. Obcy weszli do pomieszczenia, czterech chwyciło ich za ręce, a piąty powiedział:
- Nie wierzysz w to, co sam mówisz.
- Owszem, wierzę. No, już, popatrzył mi w oczy. Będzie dobrze – podniosła na niego wzrok, tym razem ten sam co wtedy.
Trochę się uspokoiła, ale nie na długo. Na korytarzu rozległy się głuche kroki metalowych butów, wskazujących że ich właściciele zmierzają właśnie w ich kierunku
- Zaczyna się. Magda, gościu nie jest zbyt milusiński, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Bądź, co bądź, zrób wszystko byle mu nic nie wygadać. Jeśli nas wezmą razem, postaram się aby się ze mną pobawił, nie dam cię skrzywdzić.
- Jack tu nie… - chciała mu odpowiedzieć, ale w tym momencie pięciu Jaffa stanęło u drzwi.
Jeden z nich przesunął ręką nad kamieniem, a żółte pole znowu się pojawiło i znikło. Obcy weszli do pomieszczenia, czterech chwyciło ich za ręce, a piąty powiedział:
- Pójdziecie z nami.
- A mamy jakiś wybór? – spytał z ironią Jack
- Zamknij się, psie. Jeszcze ukorzycie się przed potęgą
Apofisa.
czwartek, 11 października 2012
Kuchnia studencka - parówki z pieczarkami
Ekonomicze, smaczne, proste i szybkie... czyli typowo studencka propozycja obiadowa na jesienno-zimowe chłody i słoty. Bardzo dobre na rozgrzewkę.
Parówki z pieczarkami (na 2 os.)
Składniki:
6 parówek
50 dkg pieczarek
1 duża cebula
1/2 małego koncentratu pomidorowego
15 dkg sera żółtego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
4 łyżki i 1/2 szklanki wody
sól, pieprz, papryka słodka (jeśli ktoś lubi to można i ostrej)
Wykonanie:
1. Pieczarki i cebulę obieramy, grzyby kroimy w plasterki, a cebulę w kostkę. Następnie cebulę smażymy na oleju na złoty kolor, wtedy dodajemy do niej pół szklanki wody i koncentrat pomidorowy. Doprawiamy i przekładamy do garnka na mały ogień.
2. Na patelnię wylewamy jeszcze odrobinę oleju, a następnie dusimy pod przykryciem na niej pieczarki ok. 8 minut, aby potem przełożyć je do cebuli.
3. Parówy kroimy w plasterki, wkładamy do cebuli z pieczarkami, mieszamy i gotujemy.
4. Mąkę rozprowadzamy dokładnie w 4 łyżkach wody i delikatnie, cienkim strumieniem wlewamy do potrawki. Gdy potrawa zgęstnieje, gasimy gaz, wykładamy na talerze i potrzebujemy startym żółtym serem. Podajemy z ziemniakami lub pieczywem.
Buon appetito!
Parówki z pieczarkami (na 2 os.)
Składniki:
6 parówek
50 dkg pieczarek
1 duża cebula
1/2 małego koncentratu pomidorowego
15 dkg sera żółtego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
4 łyżki i 1/2 szklanki wody
sól, pieprz, papryka słodka (jeśli ktoś lubi to można i ostrej)
Wykonanie:
1. Pieczarki i cebulę obieramy, grzyby kroimy w plasterki, a cebulę w kostkę. Następnie cebulę smażymy na oleju na złoty kolor, wtedy dodajemy do niej pół szklanki wody i koncentrat pomidorowy. Doprawiamy i przekładamy do garnka na mały ogień.
2. Na patelnię wylewamy jeszcze odrobinę oleju, a następnie dusimy pod przykryciem na niej pieczarki ok. 8 minut, aby potem przełożyć je do cebuli.
3. Parówy kroimy w plasterki, wkładamy do cebuli z pieczarkami, mieszamy i gotujemy.
4. Mąkę rozprowadzamy dokładnie w 4 łyżkach wody i delikatnie, cienkim strumieniem wlewamy do potrawki. Gdy potrawa zgęstnieje, gasimy gaz, wykładamy na talerze i potrzebujemy startym żółtym serem. Podajemy z ziemniakami lub pieczywem.
Buon appetito!
poniedziałek, 8 października 2012
Legendy Wertiany - Nocne koszmary
II
Nocne koszmary
Następna noc wcale nie była dla
Gilfrasa łatwa. Dopiero po kilku godzinach udało mu się zasnąć, co po
wydarzeniach poprzedniego dnia stanowiło nie lada wyczyn. Pożoga, cały atak,
śmierć przyjaciela, pogrzeb, stypa, dla zazwyczaj spokojnego i ułożonego elfa
było to zdecydowanie za dużo. W dodatku te dziwne słowa, wypowiedziane przez
ojca Asmalli. Że niby on, stroniący od przygód Gilfras, ma być wyzwolicielem
Wertiany? W tym momencie nie mieściło mu się to w biednej, elfiej głowie, lecz
przyszłość zawsze była, jest i będzie niezbadana, nawet przed tak bystrymi
umysłami jak starożytny ród elfów.
Wróćmy jednak do Gilfrasa, który
w tym momencie drzemał na swoim łóżku w domu Celtima. Jednak nie był to sen
spokojny. Młody elf, co moment marszczył brwi, to gwałtownie ruszał ręką, tak
jakby walczył we śnie, to znowu rzucał się w różne strony. Na jego wysokim
czole pojawiły się krople potu. Podniósł odruchowo dłoń do szyi w ten sposób,
gdy ktoś czuje nóż na gardle. W tym momencie Gilfras gwałtownie otworzył oczy i
usiadł na łóżku.
- Gdzie ja jestem? Aa… Uf… to na
szczęście był jedynie jakiś zwariowany koszmar – westchnął sam do siebie i
sięgnął po stojący na stoliku obok kubek z mlekiem.
- Już mi lepiej. Zobaczę, co się
dzieje na zewnątrz.
Wstał i podszedł do jednego z
okien pokoju. Odsunął delikatną zasłonę i rozejrzał się po okolicy. Akurat okno
wychodziło na miasto i stąd Gilfras mógł dojrzeć, że nie tylko on nie śpi tej
nocy. W wielu mieszkaniach wciąż paliło się światło świec, a w innych wciąż
trwały gorączkowe naprawy tego, co zniszczył pożar. Z tego, co Gilfras usłyszał
od Asmalli wielu część mieszkańców straciło oprócz najbliższych domy, inni mieli
nadwątlone ściany i dachy.
W przeciwieństwie do innych
nacji Wertiany elfy mogły pracować całymi dniami i nocami, dzięki magii. W
takich razach starczały im jedynie niedługie przerwy na posiłki, dzięki czemu z
podobnych przygód fizycznie podnoszono się dość sprawnie. Zawsze pozostały
jednak inne dotkliwsze straty. Po każdym tragicznie zmarłym elfie tradycja
nakazywała pół roku żałoby, która w elfim świecie nigdy nie była jedynie
przykrym obowiązkiem. Każdy obchodził ją tak, jakby oddawał poległemu towarzyszowi
ostatnią przysługę na tym, doczesnym świecie.
Po jakiejś godzinie rozmyślań o tym,
co zaszło, o Celtimie i pozostałych wydarzeniach, nasz bohater wrócił do łóżka
z postanowieniem, że następnego dnia odwiedzi rodzinę Asmalli i porozmawia z
nimi na temat słów, które wypowiedział jej ojciec tuż po pogrzebie.
***
Mieszkanie króla elfów mieściło
się całkiem niedaleko Leśnego Placu. Jego dom można było rozpoznać bez
problemu, jako najokazalszy z wszystkich. Wyróżniał się nie tylko przepychem,
ale również wielkością oraz architekturą. W przeciwieństwie do pozostałych
elfich mieszkań, miał piętro, co nie dziwiło nikogo, kto dowiedział się ile
komnat posiada ten „Latający Pałac”, jak zwykli miewać wszyscy przybysze.
Dom rodziców Asmalli był nie
tylko wyposażony w drabiny, ale również opuszczany podest, którym wciągano przy
pomocy magii, różnych ważniejszych rajców miejskich, a także posłów innych
państw.
Na parterze Latającego Pałacu
mieściła się Sala Balowa, na której odbywały się nie tylko baśniowe zabawy w razie
niepogody, Komnata Szmaragdowa, gdzie przyjmowano posłów i interesantów, a
która słynęła w całej Wertianie, ze względu na szlachetne kamienie osadzone w
jej ścianach. Tutaj także znajdowała się jadalnia i kuchnia królewska. Piętro stanowiły prywatne apartamenty
rodziny królewskiej, do których wstęp posiadali nieliczni. Lecz ci, którzy raz
mieli zaszczyt i szczęście się tam, choć krótki moment znajdować opowiadali, iż
chyba żaden w świecie nie żyje w większych zbytkach niż Asmallar V, król
Troudien.
W tej chwili tej nieocenionej
przyjemności, doznał właśnie Gilfras. Król nie poskąpił mu tego zaszczytu, jako
że czuł wdzięczność do młodego pobratymca za uradowanie życia swojego jedynego
dziecka. Asmallar, bowiem odznaczał się tą właśnie cechą wśród władców Wertiany,
że dla swoich ludzi był bardziej dobrotliwym ojcem niż władcą. Miłował
zwłaszcza tych swoich poddanych, którzy albo męstwem i odwagą albo oddaniem i
skromnością się odznaczali.
- Wasze wysokości… - Gilfras
niskim, dwornym ukłonem przywitał się z królem, jego żoną oraz królewską córką.
- Spokojnie, Gilfrasie, tutaj na
górze jesteśmy zwyczajną rodziną, więc i etykietę można odłożyć na bok –
przerwał mu Asmallar, szeroko rozkładając ramiona w przyjacielskim geście –
mów, czego pragniesz, spełnię wszelkie twe życzenia, w końcu jestem
zawdzięczamy ci to, że moja słodka Asmalla jest wciąż z nami.
- Panie, nie mam żadnych życzeń,
zrobiłem to, co do mnie należało. Pragnąłbym, jednakże porozmawiać o tym, co
Wasza mość wyrzekła po pogrzebie poległych elfów. Nie mieści mi się to w
głowie, ale przysiągłbym, że mówiłeś to w prorockim uniesieniu – odparł już
wyprostowany Gilfras.
- Niewiele pamiętam, z tego, co
mówiłem. Zazwyczaj chwila proroctwa ucieka mi z pamięci. Dawniej, to jeszcze
czasami pamiętałem. Teraz niestety. Czy raczyłbyś mi przypomnieć, co mówiłem?
- Oczywiście. Twierdziłeś,
jakoby dni tych upiorów były policzone, że jestem wybrańcem, uda mi się zebrać
kolory tęczy, że posiadam oko mądrości, że zniszczę dziecko nienawiści i że
muszę zasięgnąć porady bogów. Tyle pamiętam.
- Ojcze, mówiłeś jeszcze o
miłości i o tym, że Gilfras w najmniejszych dostrzeże moc – wtrąciła się
niespodziewanie Asmalla.
Władca Troudien usiadł na
miękkiej, skórzanej sofie z pozłacanymi poręczami. Zamknął oczy i próbował
sobie przypomnieć cokolwiek z tego, o czym mówili.
- Musieliście coś pokręcić. Nie
wydaje mi się, żebyś był wybrańcem, który ma pokonać twórcę Upiorów. Wydaje mi
się raczej, że proroctwo wyznaczyło ci rolę narzędzia, które ma przygotować
drogę wybrańcowi, którego sam wskażesz – odrzekł król, zwracając się do
Gilfrasa.
- Dalej nie wiele z tego
rozumiem – elf wzruszył ramionami.
- Najbardziej jasną wskazówką
jest wskazanie na bogów. Według mnie powinieneś udać się na północny-wschód, na
wyspę Al’main, gdzie znajduje się słynna wyrocznia. Ona powinna rzucić światło
na resztę przepowiedni – skomentowała dotychczas milcząca królowa Julwita.
- Zgadzam się z tobą, kochanie.
Gilfrasie, powinieneś jak najszybciej się tam udać. Im szybciej wyruszysz, tym
mniej dni skończy się tak, jak ta ostatnia. Nie pozwól, aby twój przyjaciel
umarł na próżno.
- Tak jest, panie.
- Asmallo, pomóż Gilfrasowi w
przygotowaniach. Zapewnij mu wszystko, o cokolwiek będzie prosił.
- Oczywiście – odpowiedział cicho.
Niedługo potem oboje byli już w
domu Celtima. Gilfras opadł na krzesło i łapiąc się za głowę.
- Co to się porobiło? Miałem być
tu ledwie kilka miesięcy, a zanosi się na co najmniej rok, jak nie więcej.
- Bywa – odpowiedziała smutno.
- Najchętniej to, owszem
spakował bagaże ale wcale nie do tej całej wyroczni, tylko do Lorfitien.
- Ale chyba tego nie zrobisz?
- Tego nie powiedziałem. Pojadę
do Al’main, jestem do winny Celtimowi i tobie. A potem, nie wiem, zobaczymy.
Asmalla nie odrzekła nic na te
słowa Gilfrasa, odwróciła się jedynie do niego plecami i podeszła do okna.
Delikatne firanki pozwalały patrzeć na to, co dzieje się na zewnątrz nie będąc
jednocześnie widzianym. Na szczęście gdyż oczy księżniczki zawilgotniały, a
chwilę później na jej policzku pojawiła się lśniąca łza smutku. Tymczasem
Gilfras nie zwracając szczególnej uwagi na jej zachowanie, kontynuował:
- Jeżeli wyrocznia nic, nie
powie konkretnego pewnie wrócę za ocean. Możliwe, że dopiero tam znajdę
odpowiedź. Bynajmniej nie mam ochoty szukać tej tęczy. W Lorfitien przynajmniej
jest cisza i spokój. Z resztą sam nie wiem. A ty co o tym sądzisz? Asmallo? –
dopiero teraz zauważył jak się cała trzęsie, jak co chwila podnosi dłoń do
twarzy.
Elf wstał i podszedł do niej.
Objął ją ramieniem, lecz ona w pierwszym odruchu odrzuciła je.
- Przepraszam. Z natury jestem
spokojny i unikam przygód. Stąd moje słowa.
- To… znaczy…
- To znaczy, że mimo to, wiem co
powinienem zrobić. Nie sprawi to mi zbytniej przyjemności, lecz wiem, że to
jest konieczne. Inaczej Celtim zginął na darmo.
Asmalla sama po tych słowach
przytuliła się do Gilfrasa. On delikatnie objął ją i zaczął subtelnie głaskać
ją po jedwabistych włosach. Trwali tak przytuleni do siebie kilka chwil. Kiedy
wreszcie się puścili, na twarzy księżniczki pojawił się słodki, szkarłatny
rumieniec.
- Wybacz – powiedziała i zanim
Gilfras mógł jakkolwiek zareagować, wymknęła się z domu i rozpłynęła się
pomiędzy drzewami, pozostawiając zdezorientowanego elfa przy oknie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)