Dzisiaj co nieco o rynku nieruchomości. Jak pamiętamy jeszcze kilka lat temu, była moda na inwestowanie w nieruchomości, czas się zastanowić czy w obecnej dobie kryzysu to się nadal opłaca?
Generalnie ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie. Ogólnie rzecz biorąc, analitycy rynku nieruchomości informują, że ceny mieszkań spadają w porównaniu do zeszłego roku, choć jest to spadek niewielki. Rzecz jasna zasobność naszych portfeli (zarówno tych realnych jak i wirtualnych) też się kurczy, ale... niektórzy ekonomiści w optymistycznych scenariuszach widzą możliwości wyjścia z kryzysu w najbliższych latach. To jest bardzo ważny element, który należy wziąć pod uwagę.
Mianowicie różne badani wskazują, że w czasie kryzysu ceny mieszkań maleją, ale w czasie dobrej koniunktury są stabilne lub delikatnie rosną. Jeżeli więc możemy sobie pozwolić na kupno mieszkania, to przyjmując założenie, że uda się wyjść z kryzysu, można na tym nieźle zarobić. Owszem jest to obarczone nie małym ryzykiem, ale w ekonomii już tak jest, że im większe ryzyko, tym więcej kasy można zagarnąć.
Osobną kwestią jest, czy trend spadkowy mieszkań z rynku pierwotnego się utrzyma przy optymistycznym scenariuszu. Co prawda, z doświadczeń ekonomistów wynika, iż powinien pojawić się trend rosnący, jednakże, jest pewny drobny szczegół. Lwia część kosztów nowych mieszkań stanowi cena gruntów. Obecnie wszystkie firmy deweloperskie przenoszą się na obrzeża miast, z dwóch powodów: gruntów w centrach miast jest mało i są one okropnie drogie. Tak więcej im firmy będą się oddalać od centrów, tym my będziemy mogli kupować tańsze mieszkania, a to ile będziemy wydawać wtedy na benzynę to już temat na inną notkę :-)
poniedziałek, 5 listopada 2012
niedziela, 14 października 2012
The Another Gene cz. 5
Cheyenne Mountain
Complex, sala odpraw
Do sali odpraw wszedł generał Hammond, w środku czekali
już na niego dr Jackson, Teal’c oraz dr Freiser. Brakowało jedynie major,
pułkownika oraz gościa specjalnego, Magdy. George usiał w wygodnym, czarnym,
skórzanym fotelu. O wiele bardziej wolał ten od tego w biurze, kilka pięter
wyżej. Hammond nerwowo spojrzał na zegarek. Carter była zbyt dokładną osobą,
żeby pozwolić sobie na spóźnienie, a Jack o ile słynął z niesubordynacji, o
tyle musiał mieć naprawdę ważny powód, aby się spóźnić. Generał już miał
zaczynać odprawę bez nich, ale w ostatniej chwili przez drzwi wpadła zdyszana
Samantha, szybko, ale przepisowo salutując.
- Major Carter? Co się stało? – spytał podwładną.
- Sir, Mag… przepraszam, panna Niedzwiecka i pułkownik zostali porwani… - rzuciła Sam, próbując złapać oddech.
Tymczasem pozostali jakby nie rozumieli co major do nich mówi spojrzeli po sobie.
- Sam, usiądź i powiedz nam konkretnie co się stało – poradził Daniel, wskazując jej najbliższe wolne krzesło.
Major opadła na podsunięte siedzenie. Wciągnęła kilka razy głębiej powietrze, aby wyrównać oddech.
- Na lotnisku umówiliśmy się z pułkownikiem i panną Magdą, że po mnie dzisiaj przyjadą i razem, we trójkę pojedziemy do bazy. Czekałam aż do ustalonej godziny, a samochodu pułkownika nie ma. Czekam kolejne 15 minut nadal nic, więc postanowiłam zadzwonić. Próbowałam kilka razy, ale nikt nie odbierał, ani pułkownik ani Magda. Postanowiłam więc wsiąść do samochodu pojechać do nich. Przyjeżdżam, a tu drzwi otwarte, nikogo w domu nie ma. W przedpokoju poprzewracanych kilka rzeczy. Salon w porządku, kuchnia też, więc poszłam na górę do pokoju Charliego. Wchodzę, a tam istny bałagan! Z początku myślałam, że to panna Niedźwiecka, ale poźniej spostrzegłam urwaną zasłonę. Odwróciłam się w stronę drzwi, a w nich była wbita łuska. Wyglądała na jedną z pistoletu pułkownika. Zbiegłam więc na dół do sypialni, zaglądam do szuflady broni nie ma! Szukam w kuchni i pozostałej części domu i nie ma! Mnie się nasuwa tylko jeden wniosek – opowiedziała szybko i zwięźle całą historię.
Zapanowała cisza, każdy z uczestników niedoszłej odprawy był w szoku. Żadna z osób nie podejrzewała, że do domu Jacka może się ktoś włamać. Ale stało się. Dziewczyna, która prawdopodobnie posiada najbardziej wrażliwy gen Starożytnych wpadła w ręce wroga. Wszyscy, bez wyjątku domyślili się czyja to robota. Jedynym pocieszeniem był fakt, że nie jest sama, tylko z O’neill’em. Z drugiej strony sytuacja była o tyle beznadziejna, że nie wiedzieli gdzie ich szukać. Czy są wciąż na Ziemi czy w kosmosie? I jak daleko od planety? A jeśli tak, to w jaki sposób Apofis oszukał sensory?
- Majorze, ma pani jakieś pomysły, gdzie mogli ich zabrać? – przerwał niezręczną ciszę generał.
- Chwilowo nie, sir – odpowiedziała Carter.
- Generale Hammond, podczas wczorajszej wizyty, mistrz Brat’ac wspomniał mi, jakoby flota Apofisa wzbogaciła się o nową klasę statków. Posiadają one nowe osłony antyradarowe – wtrącił Teal’c
- Rozumiem, a więc mogli ich zabrać na taki statek – stwierdził generał.
- Możliwe, wystarczyłoby aby wyszli do ogrodu, a użycie pierścieni nie stanowiło by problemu – dokończyła major
- W istocie, major Carter – potwierdził ciemnoskóry Jaffa i skinął w swoim zwyczaju głową.
- Ale w takim wypadku oni mogą być już setki lat od Ziemi! – celnie zauważył milczący dotąd Daniel.
- Owszem i najprawdopodobniej pomoc nie będzie możliwa – stwierdziła smutnie major i spojrzała poważnie na Hammonda – Sir, wie pan, że zrobiłabym wszystko, aby odnaleźć pułkownika, ale obawiam się, że jest już za późno. Statek mógł odlecieć parę ładnych godzin temu i może być wszędzie, to jak szukanie igły w stogu siania.
Generał zamyślił się przez chwilę.
- Skontaktujemy się z Tok’ra. Może któryś z ich szpiegów będzie mógł uzyskać informacje na ten temat. Spróbować nie zaszkodzi – powiedział.
- Ja zawiadomię mistrza, na pewno zechce nam pomóc. Za pozwoleniem generale, ale pragnąłbym wyruszyć natychmiast. Nie ma czasu do stracenia – powiedział poważnie Jaffa.
- Oczywiście Teal’c. Zrób to jak najszybciej – odparł generał, a potężny mężczyzna wyszedł i ruszył szybkim krokiem do swojego pokoju – Carter, dr Jackson zajmiecie się kontaktem z Tok’ra. To tyle, dziękuję za przybycie.
- Rozkaz, sir – zasalutawała Sam.
- Dobrze – odpowiedział Daniel i wszyscy wyszli z pomieszczenia.
- Major Carter? Co się stało? – spytał podwładną.
- Sir, Mag… przepraszam, panna Niedzwiecka i pułkownik zostali porwani… - rzuciła Sam, próbując złapać oddech.
Tymczasem pozostali jakby nie rozumieli co major do nich mówi spojrzeli po sobie.
- Sam, usiądź i powiedz nam konkretnie co się stało – poradził Daniel, wskazując jej najbliższe wolne krzesło.
Major opadła na podsunięte siedzenie. Wciągnęła kilka razy głębiej powietrze, aby wyrównać oddech.
- Na lotnisku umówiliśmy się z pułkownikiem i panną Magdą, że po mnie dzisiaj przyjadą i razem, we trójkę pojedziemy do bazy. Czekałam aż do ustalonej godziny, a samochodu pułkownika nie ma. Czekam kolejne 15 minut nadal nic, więc postanowiłam zadzwonić. Próbowałam kilka razy, ale nikt nie odbierał, ani pułkownik ani Magda. Postanowiłam więc wsiąść do samochodu pojechać do nich. Przyjeżdżam, a tu drzwi otwarte, nikogo w domu nie ma. W przedpokoju poprzewracanych kilka rzeczy. Salon w porządku, kuchnia też, więc poszłam na górę do pokoju Charliego. Wchodzę, a tam istny bałagan! Z początku myślałam, że to panna Niedźwiecka, ale poźniej spostrzegłam urwaną zasłonę. Odwróciłam się w stronę drzwi, a w nich była wbita łuska. Wyglądała na jedną z pistoletu pułkownika. Zbiegłam więc na dół do sypialni, zaglądam do szuflady broni nie ma! Szukam w kuchni i pozostałej części domu i nie ma! Mnie się nasuwa tylko jeden wniosek – opowiedziała szybko i zwięźle całą historię.
Zapanowała cisza, każdy z uczestników niedoszłej odprawy był w szoku. Żadna z osób nie podejrzewała, że do domu Jacka może się ktoś włamać. Ale stało się. Dziewczyna, która prawdopodobnie posiada najbardziej wrażliwy gen Starożytnych wpadła w ręce wroga. Wszyscy, bez wyjątku domyślili się czyja to robota. Jedynym pocieszeniem był fakt, że nie jest sama, tylko z O’neill’em. Z drugiej strony sytuacja była o tyle beznadziejna, że nie wiedzieli gdzie ich szukać. Czy są wciąż na Ziemi czy w kosmosie? I jak daleko od planety? A jeśli tak, to w jaki sposób Apofis oszukał sensory?
- Majorze, ma pani jakieś pomysły, gdzie mogli ich zabrać? – przerwał niezręczną ciszę generał.
- Chwilowo nie, sir – odpowiedziała Carter.
- Generale Hammond, podczas wczorajszej wizyty, mistrz Brat’ac wspomniał mi, jakoby flota Apofisa wzbogaciła się o nową klasę statków. Posiadają one nowe osłony antyradarowe – wtrącił Teal’c
- Rozumiem, a więc mogli ich zabrać na taki statek – stwierdził generał.
- Możliwe, wystarczyłoby aby wyszli do ogrodu, a użycie pierścieni nie stanowiło by problemu – dokończyła major
- W istocie, major Carter – potwierdził ciemnoskóry Jaffa i skinął w swoim zwyczaju głową.
- Ale w takim wypadku oni mogą być już setki lat od Ziemi! – celnie zauważył milczący dotąd Daniel.
- Owszem i najprawdopodobniej pomoc nie będzie możliwa – stwierdziła smutnie major i spojrzała poważnie na Hammonda – Sir, wie pan, że zrobiłabym wszystko, aby odnaleźć pułkownika, ale obawiam się, że jest już za późno. Statek mógł odlecieć parę ładnych godzin temu i może być wszędzie, to jak szukanie igły w stogu siania.
Generał zamyślił się przez chwilę.
- Skontaktujemy się z Tok’ra. Może któryś z ich szpiegów będzie mógł uzyskać informacje na ten temat. Spróbować nie zaszkodzi – powiedział.
- Ja zawiadomię mistrza, na pewno zechce nam pomóc. Za pozwoleniem generale, ale pragnąłbym wyruszyć natychmiast. Nie ma czasu do stracenia – powiedział poważnie Jaffa.
- Oczywiście Teal’c. Zrób to jak najszybciej – odparł generał, a potężny mężczyzna wyszedł i ruszył szybkim krokiem do swojego pokoju – Carter, dr Jackson zajmiecie się kontaktem z Tok’ra. To tyle, dziękuję za przybycie.
- Rozkaz, sir – zasalutawała Sam.
- Dobrze – odpowiedział Daniel i wszyscy wyszli z pomieszczenia.
***
Statek Apofisa, gdzieś w Galaktyce
Spokojnie, sama wej… - powiedziała Magda w stronę dwóch
Jaffa, którzy prowadzili ją do celi, trzymając mocno za ramiona – dę… -
dokończyła kiedy obcy wrzucili ją do dziwnego pokoju bez drzwi tuż za
pułkownikiem, tymczasem Jaffa przesunęli ręką nad jakimś zielonym kółkiem, a w
przejściu na chwilę pojawiła się żółta kałuża, która po chwili rozpłynęła się w
powietrzu.
- Oni tak zawsze – stwierdził Jack, który już siedział na ławeczce.
Dziewczyna usadowiła się obok niego i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Miało złote ściany, a przynajmniej pomalowane na taki kolor, Wszystkie trzy były puste, nie było w nich żadnych okien. Przy podłodze znajdowały się dwa, wbudowane w ścianę kloce, aby więźniowie mogli usiąść.
Jack oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi.
- Jakim cudem oni dostali się do mojego domu? Przecież zamykałem drzwi! – wymamrotał, przenosząc ręce z twarzy na włosy.
- Oni tak zawsze – stwierdził Jack, który już siedział na ławeczce.
Dziewczyna usadowiła się obok niego i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Miało złote ściany, a przynajmniej pomalowane na taki kolor, Wszystkie trzy były puste, nie było w nich żadnych okien. Przy podłodze znajdowały się dwa, wbudowane w ścianę kloce, aby więźniowie mogli usiąść.
Jack oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi.
- Jakim cudem oni dostali się do mojego domu? Przecież zamykałem drzwi! – wymamrotał, przenosząc ręce z twarzy na włosy.
- Od ogrodu też? Poza tym Jack, to nie byli zwykli,
ziemscy włamywacze.
- Kuchenne! – w celi rozległ się słaby plask – przecież zostawiłem klucze sąsiadce, aby podlewała kwiatki. Dałem jej klucz od kuchennych! Ach…- Jack schował głowę w kolana, głupio czuł się w tej sytuacji, miał być gwarantem bezpieczeństwa, a tu proszę... siedzą sobie w celi u Apofisa: po prostu bajkowo.
- Myślisz, że się kapną?- spytała nieśmiało.
- Że niby kto?
- No, w SGC, że jesteśmy na statku…
- Powinni. Zwłaszcza Carter, w końcu umówiliśmy się z nią. Tyle, że nie wiem czy dadzą radę nas wyciągnąć, nie wiedzą o statku, a tym bardziej w którą stronę lecimy – popatrzył na nią krzywo.
- Aleś mnie pocieszył – powiedziała ponuro, podkurczyła kolana i objęła je rękoma.
Następnie położyła na nich głowę i zaczęła wpatrywać się w ścianę naprzeciwko. Wyglądała jak mała dziewczynka, która się nudzi. Trochę romantycznie, trochę słodko. Jack zaklął cicho. Nie chciał jej okłamywać, ale też nie zamierzał dołować Magdy.
- Kuchenne! – w celi rozległ się słaby plask – przecież zostawiłem klucze sąsiadce, aby podlewała kwiatki. Dałem jej klucz od kuchennych! Ach…- Jack schował głowę w kolana, głupio czuł się w tej sytuacji, miał być gwarantem bezpieczeństwa, a tu proszę... siedzą sobie w celi u Apofisa: po prostu bajkowo.
- Myślisz, że się kapną?- spytała nieśmiało.
- Że niby kto?
- No, w SGC, że jesteśmy na statku…
- Powinni. Zwłaszcza Carter, w końcu umówiliśmy się z nią. Tyle, że nie wiem czy dadzą radę nas wyciągnąć, nie wiedzą o statku, a tym bardziej w którą stronę lecimy – popatrzył na nią krzywo.
- Aleś mnie pocieszył – powiedziała ponuro, podkurczyła kolana i objęła je rękoma.
Następnie położyła na nich głowę i zaczęła wpatrywać się w ścianę naprzeciwko. Wyglądała jak mała dziewczynka, która się nudzi. Trochę romantycznie, trochę słodko. Jack zaklął cicho. Nie chciał jej okłamywać, ale też nie zamierzał dołować Magdy.
- Magda, posłuchaj – wstał i przykucnął tuż przed nią,
tak aby widziała jego twarz, nie była uśmiechnięta jak wtedy, na Plantach.
Wręcz przeciwnie, malowała się na niej troska, a oczach coś jeszcze. Studentka
nie mogła się domyślić co to takiego – nie chcę cię oszukiwać bo sytuacja jest
naprawdę ciężka, ale obiecuję ci, że to nie zmieni faktu, że zrobię wszystko,
abyśmy się stąd wydostali. A poza tym Sam mnie zawsze zaskakuje, może uda jej
się coś wykombinować.
- Nie wierzysz w to, co sam mówisz.
- Owszem, wierzę. No, już, popatrzył mi w oczy. Będzie dobrze – podniosła na niego wzrok, tym razem ten sam co wtedy.
Trochę się uspokoiła, ale nie na długo. Na korytarzu rozległy się głuche kroki metalowych butów, wskazujących że ich właściciele zmierzają właśnie w ich kierunku
- Zaczyna się. Magda, gościu nie jest zbyt milusiński, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Bądź, co bądź, zrób wszystko byle mu nic nie wygadać. Jeśli nas wezmą razem, postaram się aby się ze mną pobawił, nie dam cię skrzywdzić.
- Jack tu nie… - chciała mu odpowiedzieć, ale w tym momencie pięciu Jaffa stanęło u drzwi.
Jeden z nich przesunął ręką nad kamieniem, a żółte pole znowu się pojawiło i znikło. Obcy weszli do pomieszczenia, czterech chwyciło ich za ręce, a piąty powiedział:
- Nie wierzysz w to, co sam mówisz.
- Owszem, wierzę. No, już, popatrzył mi w oczy. Będzie dobrze – podniosła na niego wzrok, tym razem ten sam co wtedy.
Trochę się uspokoiła, ale nie na długo. Na korytarzu rozległy się głuche kroki metalowych butów, wskazujących że ich właściciele zmierzają właśnie w ich kierunku
- Zaczyna się. Magda, gościu nie jest zbyt milusiński, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Bądź, co bądź, zrób wszystko byle mu nic nie wygadać. Jeśli nas wezmą razem, postaram się aby się ze mną pobawił, nie dam cię skrzywdzić.
- Jack tu nie… - chciała mu odpowiedzieć, ale w tym momencie pięciu Jaffa stanęło u drzwi.
Jeden z nich przesunął ręką nad kamieniem, a żółte pole znowu się pojawiło i znikło. Obcy weszli do pomieszczenia, czterech chwyciło ich za ręce, a piąty powiedział:
- Pójdziecie z nami.
- A mamy jakiś wybór? – spytał z ironią Jack
- Zamknij się, psie. Jeszcze ukorzycie się przed potęgą
Apofisa.
czwartek, 11 października 2012
Kuchnia studencka - parówki z pieczarkami
Ekonomicze, smaczne, proste i szybkie... czyli typowo studencka propozycja obiadowa na jesienno-zimowe chłody i słoty. Bardzo dobre na rozgrzewkę.
Parówki z pieczarkami (na 2 os.)
Składniki:
6 parówek
50 dkg pieczarek
1 duża cebula
1/2 małego koncentratu pomidorowego
15 dkg sera żółtego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
4 łyżki i 1/2 szklanki wody
sól, pieprz, papryka słodka (jeśli ktoś lubi to można i ostrej)
Wykonanie:
1. Pieczarki i cebulę obieramy, grzyby kroimy w plasterki, a cebulę w kostkę. Następnie cebulę smażymy na oleju na złoty kolor, wtedy dodajemy do niej pół szklanki wody i koncentrat pomidorowy. Doprawiamy i przekładamy do garnka na mały ogień.
2. Na patelnię wylewamy jeszcze odrobinę oleju, a następnie dusimy pod przykryciem na niej pieczarki ok. 8 minut, aby potem przełożyć je do cebuli.
3. Parówy kroimy w plasterki, wkładamy do cebuli z pieczarkami, mieszamy i gotujemy.
4. Mąkę rozprowadzamy dokładnie w 4 łyżkach wody i delikatnie, cienkim strumieniem wlewamy do potrawki. Gdy potrawa zgęstnieje, gasimy gaz, wykładamy na talerze i potrzebujemy startym żółtym serem. Podajemy z ziemniakami lub pieczywem.
Buon appetito!
Parówki z pieczarkami (na 2 os.)
Składniki:
6 parówek
50 dkg pieczarek
1 duża cebula
1/2 małego koncentratu pomidorowego
15 dkg sera żółtego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
4 łyżki i 1/2 szklanki wody
sól, pieprz, papryka słodka (jeśli ktoś lubi to można i ostrej)
Wykonanie:
1. Pieczarki i cebulę obieramy, grzyby kroimy w plasterki, a cebulę w kostkę. Następnie cebulę smażymy na oleju na złoty kolor, wtedy dodajemy do niej pół szklanki wody i koncentrat pomidorowy. Doprawiamy i przekładamy do garnka na mały ogień.
2. Na patelnię wylewamy jeszcze odrobinę oleju, a następnie dusimy pod przykryciem na niej pieczarki ok. 8 minut, aby potem przełożyć je do cebuli.
3. Parówy kroimy w plasterki, wkładamy do cebuli z pieczarkami, mieszamy i gotujemy.
4. Mąkę rozprowadzamy dokładnie w 4 łyżkach wody i delikatnie, cienkim strumieniem wlewamy do potrawki. Gdy potrawa zgęstnieje, gasimy gaz, wykładamy na talerze i potrzebujemy startym żółtym serem. Podajemy z ziemniakami lub pieczywem.
Buon appetito!
poniedziałek, 8 października 2012
Legendy Wertiany - Nocne koszmary
II
Nocne koszmary
Następna noc wcale nie była dla
Gilfrasa łatwa. Dopiero po kilku godzinach udało mu się zasnąć, co po
wydarzeniach poprzedniego dnia stanowiło nie lada wyczyn. Pożoga, cały atak,
śmierć przyjaciela, pogrzeb, stypa, dla zazwyczaj spokojnego i ułożonego elfa
było to zdecydowanie za dużo. W dodatku te dziwne słowa, wypowiedziane przez
ojca Asmalli. Że niby on, stroniący od przygód Gilfras, ma być wyzwolicielem
Wertiany? W tym momencie nie mieściło mu się to w biednej, elfiej głowie, lecz
przyszłość zawsze była, jest i będzie niezbadana, nawet przed tak bystrymi
umysłami jak starożytny ród elfów.
Wróćmy jednak do Gilfrasa, który
w tym momencie drzemał na swoim łóżku w domu Celtima. Jednak nie był to sen
spokojny. Młody elf, co moment marszczył brwi, to gwałtownie ruszał ręką, tak
jakby walczył we śnie, to znowu rzucał się w różne strony. Na jego wysokim
czole pojawiły się krople potu. Podniósł odruchowo dłoń do szyi w ten sposób,
gdy ktoś czuje nóż na gardle. W tym momencie Gilfras gwałtownie otworzył oczy i
usiadł na łóżku.
- Gdzie ja jestem? Aa… Uf… to na
szczęście był jedynie jakiś zwariowany koszmar – westchnął sam do siebie i
sięgnął po stojący na stoliku obok kubek z mlekiem.
- Już mi lepiej. Zobaczę, co się
dzieje na zewnątrz.
Wstał i podszedł do jednego z
okien pokoju. Odsunął delikatną zasłonę i rozejrzał się po okolicy. Akurat okno
wychodziło na miasto i stąd Gilfras mógł dojrzeć, że nie tylko on nie śpi tej
nocy. W wielu mieszkaniach wciąż paliło się światło świec, a w innych wciąż
trwały gorączkowe naprawy tego, co zniszczył pożar. Z tego, co Gilfras usłyszał
od Asmalli wielu część mieszkańców straciło oprócz najbliższych domy, inni mieli
nadwątlone ściany i dachy.
W przeciwieństwie do innych
nacji Wertiany elfy mogły pracować całymi dniami i nocami, dzięki magii. W
takich razach starczały im jedynie niedługie przerwy na posiłki, dzięki czemu z
podobnych przygód fizycznie podnoszono się dość sprawnie. Zawsze pozostały
jednak inne dotkliwsze straty. Po każdym tragicznie zmarłym elfie tradycja
nakazywała pół roku żałoby, która w elfim świecie nigdy nie była jedynie
przykrym obowiązkiem. Każdy obchodził ją tak, jakby oddawał poległemu towarzyszowi
ostatnią przysługę na tym, doczesnym świecie.
Po jakiejś godzinie rozmyślań o tym,
co zaszło, o Celtimie i pozostałych wydarzeniach, nasz bohater wrócił do łóżka
z postanowieniem, że następnego dnia odwiedzi rodzinę Asmalli i porozmawia z
nimi na temat słów, które wypowiedział jej ojciec tuż po pogrzebie.
***
Mieszkanie króla elfów mieściło
się całkiem niedaleko Leśnego Placu. Jego dom można było rozpoznać bez
problemu, jako najokazalszy z wszystkich. Wyróżniał się nie tylko przepychem,
ale również wielkością oraz architekturą. W przeciwieństwie do pozostałych
elfich mieszkań, miał piętro, co nie dziwiło nikogo, kto dowiedział się ile
komnat posiada ten „Latający Pałac”, jak zwykli miewać wszyscy przybysze.
Dom rodziców Asmalli był nie
tylko wyposażony w drabiny, ale również opuszczany podest, którym wciągano przy
pomocy magii, różnych ważniejszych rajców miejskich, a także posłów innych
państw.
Na parterze Latającego Pałacu
mieściła się Sala Balowa, na której odbywały się nie tylko baśniowe zabawy w razie
niepogody, Komnata Szmaragdowa, gdzie przyjmowano posłów i interesantów, a
która słynęła w całej Wertianie, ze względu na szlachetne kamienie osadzone w
jej ścianach. Tutaj także znajdowała się jadalnia i kuchnia królewska. Piętro stanowiły prywatne apartamenty
rodziny królewskiej, do których wstęp posiadali nieliczni. Lecz ci, którzy raz
mieli zaszczyt i szczęście się tam, choć krótki moment znajdować opowiadali, iż
chyba żaden w świecie nie żyje w większych zbytkach niż Asmallar V, król
Troudien.
W tej chwili tej nieocenionej
przyjemności, doznał właśnie Gilfras. Król nie poskąpił mu tego zaszczytu, jako
że czuł wdzięczność do młodego pobratymca za uradowanie życia swojego jedynego
dziecka. Asmallar, bowiem odznaczał się tą właśnie cechą wśród władców Wertiany,
że dla swoich ludzi był bardziej dobrotliwym ojcem niż władcą. Miłował
zwłaszcza tych swoich poddanych, którzy albo męstwem i odwagą albo oddaniem i
skromnością się odznaczali.
- Wasze wysokości… - Gilfras
niskim, dwornym ukłonem przywitał się z królem, jego żoną oraz królewską córką.
- Spokojnie, Gilfrasie, tutaj na
górze jesteśmy zwyczajną rodziną, więc i etykietę można odłożyć na bok –
przerwał mu Asmallar, szeroko rozkładając ramiona w przyjacielskim geście –
mów, czego pragniesz, spełnię wszelkie twe życzenia, w końcu jestem
zawdzięczamy ci to, że moja słodka Asmalla jest wciąż z nami.
- Panie, nie mam żadnych życzeń,
zrobiłem to, co do mnie należało. Pragnąłbym, jednakże porozmawiać o tym, co
Wasza mość wyrzekła po pogrzebie poległych elfów. Nie mieści mi się to w
głowie, ale przysiągłbym, że mówiłeś to w prorockim uniesieniu – odparł już
wyprostowany Gilfras.
- Niewiele pamiętam, z tego, co
mówiłem. Zazwyczaj chwila proroctwa ucieka mi z pamięci. Dawniej, to jeszcze
czasami pamiętałem. Teraz niestety. Czy raczyłbyś mi przypomnieć, co mówiłem?
- Oczywiście. Twierdziłeś,
jakoby dni tych upiorów były policzone, że jestem wybrańcem, uda mi się zebrać
kolory tęczy, że posiadam oko mądrości, że zniszczę dziecko nienawiści i że
muszę zasięgnąć porady bogów. Tyle pamiętam.
- Ojcze, mówiłeś jeszcze o
miłości i o tym, że Gilfras w najmniejszych dostrzeże moc – wtrąciła się
niespodziewanie Asmalla.
Władca Troudien usiadł na
miękkiej, skórzanej sofie z pozłacanymi poręczami. Zamknął oczy i próbował
sobie przypomnieć cokolwiek z tego, o czym mówili.
- Musieliście coś pokręcić. Nie
wydaje mi się, żebyś był wybrańcem, który ma pokonać twórcę Upiorów. Wydaje mi
się raczej, że proroctwo wyznaczyło ci rolę narzędzia, które ma przygotować
drogę wybrańcowi, którego sam wskażesz – odrzekł król, zwracając się do
Gilfrasa.
- Dalej nie wiele z tego
rozumiem – elf wzruszył ramionami.
- Najbardziej jasną wskazówką
jest wskazanie na bogów. Według mnie powinieneś udać się na północny-wschód, na
wyspę Al’main, gdzie znajduje się słynna wyrocznia. Ona powinna rzucić światło
na resztę przepowiedni – skomentowała dotychczas milcząca królowa Julwita.
- Zgadzam się z tobą, kochanie.
Gilfrasie, powinieneś jak najszybciej się tam udać. Im szybciej wyruszysz, tym
mniej dni skończy się tak, jak ta ostatnia. Nie pozwól, aby twój przyjaciel
umarł na próżno.
- Tak jest, panie.
- Asmallo, pomóż Gilfrasowi w
przygotowaniach. Zapewnij mu wszystko, o cokolwiek będzie prosił.
- Oczywiście – odpowiedział cicho.
Niedługo potem oboje byli już w
domu Celtima. Gilfras opadł na krzesło i łapiąc się za głowę.
- Co to się porobiło? Miałem być
tu ledwie kilka miesięcy, a zanosi się na co najmniej rok, jak nie więcej.
- Bywa – odpowiedziała smutno.
- Najchętniej to, owszem
spakował bagaże ale wcale nie do tej całej wyroczni, tylko do Lorfitien.
- Ale chyba tego nie zrobisz?
- Tego nie powiedziałem. Pojadę
do Al’main, jestem do winny Celtimowi i tobie. A potem, nie wiem, zobaczymy.
Asmalla nie odrzekła nic na te
słowa Gilfrasa, odwróciła się jedynie do niego plecami i podeszła do okna.
Delikatne firanki pozwalały patrzeć na to, co dzieje się na zewnątrz nie będąc
jednocześnie widzianym. Na szczęście gdyż oczy księżniczki zawilgotniały, a
chwilę później na jej policzku pojawiła się lśniąca łza smutku. Tymczasem
Gilfras nie zwracając szczególnej uwagi na jej zachowanie, kontynuował:
- Jeżeli wyrocznia nic, nie
powie konkretnego pewnie wrócę za ocean. Możliwe, że dopiero tam znajdę
odpowiedź. Bynajmniej nie mam ochoty szukać tej tęczy. W Lorfitien przynajmniej
jest cisza i spokój. Z resztą sam nie wiem. A ty co o tym sądzisz? Asmallo? –
dopiero teraz zauważył jak się cała trzęsie, jak co chwila podnosi dłoń do
twarzy.
Elf wstał i podszedł do niej.
Objął ją ramieniem, lecz ona w pierwszym odruchu odrzuciła je.
- Przepraszam. Z natury jestem
spokojny i unikam przygód. Stąd moje słowa.
- To… znaczy…
- To znaczy, że mimo to, wiem co
powinienem zrobić. Nie sprawi to mi zbytniej przyjemności, lecz wiem, że to
jest konieczne. Inaczej Celtim zginął na darmo.
Asmalla sama po tych słowach
przytuliła się do Gilfrasa. On delikatnie objął ją i zaczął subtelnie głaskać
ją po jedwabistych włosach. Trwali tak przytuleni do siebie kilka chwil. Kiedy
wreszcie się puścili, na twarzy księżniczki pojawił się słodki, szkarłatny
rumieniec.
- Wybacz – powiedziała i zanim
Gilfras mógł jakkolwiek zareagować, wymknęła się z domu i rozpłynęła się
pomiędzy drzewami, pozostawiając zdezorientowanego elfa przy oknie.
czwartek, 4 października 2012
Mały harmonogram - czyli co nas czeka do końca miesiąca?
Przepraszam wszystkich, za Wertianę, ale nie wyrobiłam się przed sobotą, a później byłam odcięta od lapka, na którym mam opowiadania. Przygody Gilfrasa pojawią się do końca tego tygodnia, natomiast postanowiłam przygotować sobie mały harmonogram notek :-).
5-7. 10 2. rozdział Wertiany
10. 10 Kuchnia studencka
12-13. 10 The Another Gene
17. 10 Cykl ekonomiczny
19 - 23. 10 Przerwa - brak dostępu do sprzętu
24.10 Kuchnia studencka
Nie wiem jak będzie wyglądał weekend 26 - 28. 10. Przede wszystkim zależy od sytuacji na uczelni.
czwartek, 20 września 2012
Biura podróży - jak rozpoznać "prawie" bankruta (z serii cykl ekonomiczny)
Co prawda wakacje już za nami, więc temat praktycznie
nieaktualny, chociaż… wielu ludzi lubi się wybierać na Sylwka z biurem podróży
w ciepłe kraje albo do europejskich stolic. Ponadto niektóre biura rozpoczęły
już kampanię reklamową swoich ofert „first minute”. Powróćmy więc tematu, który
może pojawił się w sam raz, aby nas zabezpieczyć przed tragicznymi rolami
turystów z upadłych biur podróży.
Po pierwsze, przydałoby nam się odpowiedzieć na pytanie jak
w takim biurze powinna przepływać gotówka. Zaczniemy od najprostszego schematu,
a więc: klient płaci gotówką lub przelewem zorganizowanie mu wycieczki przez
biuro. Zazwyczaj jest to już podstawione, czyli wstępnie zarezerwowane pokoje w
hotelach, miejsca w restauracjach, wejściówki do muzeów, zabytków, innych
atrakcji, wszelkie sprawy związane z transportem (autokar, benzyna, bilety w
samolotach etc.), oprócz tego powinniśmy mieć opiekę przewodnika oraz
ubezpieczenie (uwaga! Nie tylko to od nieszczęść ale też te samochodowe – AC i OC!).
Wtedy kiedy wpłacamy pieniądze porządne biuro powinno je podzielić na 2 części
mniejszą: marżę, na której zarabia i opłaca wszystkich pracowników oraz
większą, którą sfinansuje należności wobec partnerów, których jak widzimy
trochę jest.
Jaki stąd wniosek? Że takie biuro podróży ma sporo kosztów
do pokrycia, zwłaszcza jeśli oferuje pobyt w minimum 3-gwiazdkowym hotelu! To
jeszcze nie wszystko, skoro tak, to ceny takich wycieczek powinny być
straaaasznie wysokie. Dlaczego więc są tak niskie? Na to składają się dwa
czynniki: strategia cenowa oraz prawo popytu i podaży.
Zajmijmy się najpierw strategiami cenowymi. Rozróżniamy 3
główne strategie, a nich pomniejsze. Są to:
1.
Strategia cen niskich
a.
Niska cena-niska jakość
b.
Niska cena-średnia jakość
c.
Niska cena-wysoka jakość
2.
Strategia cen średnich (tzw. „uczciwych”)
3.
Strategia cen wysokich
Rozwinęłam jedynie pierwszy punkt gdyż tak naprawdę tylko on
nas interesuje. Jak można zauważyć obecnie biura podróży preferują strategie 1a
i 1b. Dlaczego tak się dzieje? Cóż jak wiemy jest kryzys, więc biura chcąc
przyciągać klienta ceną, obniżyły ją, tyle że nie obniżyły jakości. I w tym
momencie trzeba nam powiedzieć, cóż to jest prawo popytu i podaży.
Na owym prawie opiera się w głównej mierze cała wolna
gospodarka. Każda branża, nawet najbardziej specyficzna, jak rynek pracy
chociażby podlega temu prawu co ono mówi?
„ Wraz ze wzrostem cen maleje popyt, a rośnie podaż,
natomiast razem z spadkiem cen maleje podaż, a rośnie
popyt”.
Zwróćcie uwagę na zaznaczony fragment, jak on się ma do
sytuacji w branży turystycznej? Jeżeli stwierdziliście, że biura liczą na
zwiększony ruch klientów, to brawo! O to właśnie chodzi! Skąd więc długi i
niezapłacone hotele?... Primo: kryzys, duo: odroczone płatności, trio: za
niskie ceny, quatro: zła gospodarka przepływów.
A teraz jak się zabezpieczyć:
1.
Telefon do Urzędu Marszałkowskiego województwa,
w którym biuro ma siedzibę. W ten sposób sprawdzimy legalność działalności, czy
są jakieś skargi na wybraną agencję, a także czy nie ma wobec nich postępowania
administracyjnego.
2.
Strona www.turystyka.gov.pl . Tutaj w Centralnej Ewidencji Organizatorów Turystyki i Pośredników
Turystycznych można sprawdzić kto
jest właścicielem, jak długo firma działa, a także wysokość WYKUPIONEJ
GWARANCJI BANKOWEJ!!! Dzięki temu, będziemy wiedzieć czy w razie bankructwa
możemy liczyć na zwrot kasy. Więc WARTO!!! Jak czytać też te wysokości: jeśli
biuro ma wysoką gwarancje to znaczy, że ceni sobie bezpieczeństwo finansowe!
3.
Do zaglądania do sprawozdań nie zachęcam, natomiast warto zajrzeć do KRS.
4. Pamiętać o wydatkach biura przy gapieniu się na
okazyjną cenę wycieczki!
W sobotę zapraszam na "Legendy Wertiany".
niedziela, 16 września 2012
Druga część "Bram Occidenell"
Zapraszam na zapowiadaną wcześniej drugą część pierwszego rozdziału. Dla przypomnienia, w końcówce poprzedniej części Ovil, przekupił strażnika i nasi bohaterowie nierozpoznani przekroczyli bramy Occidenell. W tej części poznamy topografię miasta, także przeżyjemy troszkę adrenaliny. W przyszły weekend z kolei ukaże się kolejna część przygód elfa Gilfrasa z Wertiany, a w międzyczasie chce wstawić notkę z cyklu ekonomicznego, który nieco zaniedbałam :( . Dobra dość gadaniny, zapraszam do czytania!
Tym fortelem podróżnicy przedostali się przez bramy. Occidenell
było niemałych rozmiarów miastem, a zarazem jednym z niewielu bezpieczniejszych
miejsc w Ludarvii, przynajmniej dla lojalnych poddanych Cesarzowej Nixavii.
Bynajmniej, spora grupa mieszkańców wiodła nawet spokojny, jak na te mroczne
czasy, żywot. Miejskie życie skupiało się głównie na Dużym Placu Targowym w
centrum Occidenell, gdzie znajdowały się najważniejsze budynki.
Pałac Namiestnikowski, będący siedzibą władz miasta robił
wrażenie na wszystkich podróżnych: ogromna, wręcz monumentalna fasada wsparta
czterema kamiennymi kolumnami, pomiędzy którymi lśniły wysokie, kryształowe
okna, przyozdobione stworzonym magicznie szronem, który nie znikał nigdy, nawet
podczas największych odwilży. Namiestnik, który zarządzał Occidenell, nie tylko
urzędował w tym miejscu, lecz także mieszkał, opływając we wszelkie luksusy, o
jakich pozostali mieszczanie mogli tylko marzyć.
W niedalekiej odległości od tego gmachu znajdowała się
najsłynniejsza oberża w mieście, „U Lubystka”. Spotykały się tam największe obżartusy i
pijusy w mieście, a mimo to w całym Occidenell nie znalazło by się lepsze
miejsce na popas, ponieważ gospodarz nie tylko pędził najlepsze miody w okolicy,
ale także jego żona robiła przepyszną, piwną golonkę z dzika i zupę rybną.
W sąsiednim budynku mieścił słynny na całą Ludarvię
ekskluzywny dom publiczny. Gospodyni, stara Purta, tego „przybytku” żądała
wiele za usługi swoich, jak mawiała „diewuszek”, ale mimo to kto tylko miał
ochotę, nie żałował pieniędzy z sakwy, gdyż wiedział, że najbliższej nocy długo
nie zapomni.
Od samego placu z kolei wychodziły cztery ulice, każda do
innej bramy miasta, szczelnie opatulona różnej wielkości kamienicami, między
którymi gdzieniegdzie przedzierały się wąskie uliczki i zaułki do dalszych
części grodu, które mogły stanowić istny labirynt dla kogoś, kto nie znał
miasta. Architekt Occidenell był mądrym człowiekiem i projektując trakty
kierował się pewną logiką, dostrzegalną również i dla mieszkańców.
Ovil nie znając miasta, skręcił w pierwszy lepszy zaułek,
aby swobodnie porozmawiać z Texanną. Dziewczyna, kiedy już stanęła na własnych
nogach, rozejrzała się wokoło. Byli w północno-wschodniej części miasta,
najniebezpieczniejszej dla nich. W tej dzielnicy znajdowały się bowiem koszary
oraz Dom Zakonu, tak więc w każdej chwili mogli się natknąć na oddział wrogich
rycerzy.
- Musimy jak najszybciej zniknąć – powiedziała głośno
dziewczyna, naciągając kaptur na głowę, na szczęście wycie wiatru zagłuszyło
jej słowa.
Odpowiedziały jej jedynie pytające oczy mężczyzny.
- Tu niedaleko są koszary, nietrudno będzie o kłopoty.
- Przecież to moja specjalność – uśmiechnął się z przekąsem
Ovil, czym nieco zirytował swoją towarzyszkę.
- Uh, tu wcale nie ma nic śmiesznego.
Ovil pokręcił jedynie głową z niezrozumieniem, ale spytał
już bardziej poważnie:
- Gdzie mieszka ten twój przyjaciel?
- Roteg mieszka w sąsiedniej dzielnicy, pamiętam drogę.
Ostrożnie wychylili się ze swojego schronienia i kierując
się na zachód, oddalając się tym samym od wojskowych budynków. Starali się iść
jak najbardziej skrajem drogi, żeby w razie niebezpieczeństwa móc ukryć się w
jednej z bocznych uliczek. Niestety nie było to proste, gdyż szalejąca w
dalszym ciągu nawałnica usypała już spore zaspy przy domach. Niektóre z nich
sięgały nawet okien. Wicher, co prawda zdecydowanie mniej gwałtowny niż na
przedpolach Occidenell wył przeraźliwie i co chwila zmieniał kierunek,
porywając świeżo spadły śnieg z dachów i większych zasp, tworząc niebezpieczne
wiry, dzięki czemu widoczność spadała niemal do zera. W takich chwilach Tex
nieraz traciła orientację, przez co sama podróż nieco się przedłużyła.
Po pewnym czasie ulica, którą szli znacznie się rozszerzyła.
W końcu trafili na Mały Plac Targowy, który rozgraniczał północną i zachodnią
dzielnicę miasta, gdzie jak twierdziła Texanna mieszkał Roteg. Ovil był
przeciwny wychodzeniu na otwartą przestrzeń, lecz dziewczyna stwierdziła, że
nie zna dobrze tej okolicy, a do przyjaciela zawsze szła właśnie tędy. Nie
mogąc nic na to poradzić, rudzielec zgodził się przejść przez Plac. Wyszli więc
ostrożnie, delikatnie skręcając ku prawej stronie targowiska.
W tej chwili w pobliżu nie widzieli nikogo, gdyż wszyscy
pochowali się w swoich domach przed śnieżycą. Na gwarnym zwykle placu hulał jedynie
huraganowy wicher, zrywając z co niektórych straganów kolorowe baldachimy i
głośno nimi łopocząc. Nasi podróżnicy musieli silniej zaciskać palce na
kapturach, chowając twarz przed śnieżnymi biczami szalejącego wiatru. Mimo to
udało im się bezpiecznie przedostać już przez połowę placu, kiedy nagle
fruwające baldachimy zagrały głośniejszą nutę i uderzył w nich gwałtowniejszy
podmuch niosąc ze sobą grube płatki z nieba oraz drobinki z pobliskich
kamieniczek, tworząc z nich solidny wir, który wkrótce otoczył przechodniów. Na
krótki moment Texanna i Ovil stracili siebie z oczu, choć próbowali siebie
zawołać, nawałnica szybko zamknęła im usta wpychając w nie garść białego puchu.
Migający dookoła śnieg oślepiał i smagał ich twarze, tak że musieli je w końcu
osłonić obiema dłońmi, co i tak niewiele pomogło. Tymczasem huragan zdmuchnął
im kaptury z głów rozpoczynając rozwiewając we wszystkie strony ich włosy.
Kiedy siła wiatru osłabła, a wirujące płatki nieco odsłoniły przestrzeń, nagle
naprzeciwko nich, jak spod ziemi, pojawił się patrol żołnierzy Zakonu Śniegu.
Zanim zdążyli Ovil i Tex zdążyli cokolwiek zrobić, komendant oddziału zauważył
ich i szybko się przybliżył. Kiedy tylko poznał Ovila, skinął ręką na swoich
podwładnych, którzy w mgnieniu oka ruszyli na przerażonych podróżnych.
Mężczyzna nie namyślając się długo, chwycił rękę Tex i biegiem wpadli w
najbliższą uliczkę.
Rozpoczęła się szalona pogoń ulicami i zaułkami miasta.
Texanna i Ovil co chwila zmieniali kierunek ucieczki, chcąc zgubić goniących ich
rycerzy. Mijali kolejne kamienice i uliczki, gdy nagle Ovil skręcił w jakąś
uliczkę. Dziewczyna odwróciła głowę:
- Są tuż z nami!
- Ku*wa - zaklął
brzydko Ovil, gdyż niespodziewanie, pojawił się przed nimi wysoki na półtora
metra drewniany płot – kto tu to postawił?
- To chyba płot oddzielający dwa podwórka! – skomentowała
dziewczyna rozglądając się po najbliższym otoczeniu – Zobacz tam jest drabina!
Rudzielec rzucił się w miejsce, które wskazała jego
towarzyszka i już po chwili byli po drugiej stronie płotu, a Ovil specjalnie
wciągnął drabinę za sobą, aby spowolnić pogoń. Kiedy był już na ziemi,
żołnierze dobiegli do płotu i walili z bezsilności w deski.
Ovil i Tex nie zastanawiając się dłużej ruszyli naprzód, gdy
dotarli do najbliższej uliczki, dziewczyna pisnęła z radości:
- Tu mieszka Roteg!
Ruszyła
szybko do drzwi jednego z domów i pociągnęła za sznurek od dzwonka. Po chwili
drzwi się otworzyły, lecz blade światło z kaganka niezbyt dobrze oświetliło
twarz wysokiego, szczupłego gospodarza.
sobota, 4 sierpnia 2012
The Another Gene cz.4
Colorado Springs, ulica przed domem płk Jacka O’neilla
Deszcz przestawał powoli padać, gdy pod dość spory, jednopiętrowy dom z niewielkim, ale wystarczającym do zorganizowania grilla dla przyjaciół ogrodem, podjechał ciemnogranatowy, prawie czarny, samochód.
- To jest mój dom. I twój przez najbliższe dwa tygodnie – powiedział Jack i wysiadł z auta.
- Ładny i… spory – oceniła studentka, po czym również wysiadła i skierowała się do bagażnika po plecak, ale pułkownik już ją ubiegł i miał go na plecach. Magda skwitowała to jedynie wzruszonymi raminami.
- Chodź, pokażę Ci pokój – i skierował się w stronę drzwi.
Deszcz przestawał powoli padać, gdy pod dość spory, jednopiętrowy dom z niewielkim, ale wystarczającym do zorganizowania grilla dla przyjaciół ogrodem, podjechał ciemnogranatowy, prawie czarny, samochód.
- To jest mój dom. I twój przez najbliższe dwa tygodnie – powiedział Jack i wysiadł z auta.
- Ładny i… spory – oceniła studentka, po czym również wysiadła i skierowała się do bagażnika po plecak, ale pułkownik już ją ubiegł i miał go na plecach. Magda skwitowała to jedynie wzruszonymi raminami.
- Chodź, pokażę Ci pokój – i skierował się w stronę drzwi.
Gdy weszli do środka, znaleźli się w holu, w którym były
też schody na piętro, a także przejście do kuchni i naprawdę sporego salonu.
Jack skierował się jednak na piętro, do mniejszej z sypialń. Magda od razu
spostrzegła, że to pokój chłopca. Cały prawie był obwieszony plakatami
ulubionej drużyny baseballowej, a na półkach stały modele przeróżnych aut i
samolotów, z kolei na biurku leżało rodzinne zdjęcie Jacka z chłopcem.
- Masz syna? – spytała dziewczyna, podnosząc fotografię.
- Mhm – mruknął O’neill. Ale w tym było zawarte wszystko to, co czuł: gorycz, tęsknota, poczucie winy oraz ojcowska duma – Zmarł 6 lat temu.
Dziewczynę początkowo zatkało.
- Rozumiem, przepraszam, nie…
- Nie musisz przepraszać. Nie mogłaś wiedzieć – spuścił głowę na dół – rozpakuj się. Myślę, że nie miałby nic przeciwko. Zrobię za chwilę coś na kolację.
Pułkownik wyszedł z pokoju i zamknął jak najdelikatniej drzwi. Studentka nadal wpatrywała się w zdjęcie. Byli do siebie podobni. Nagle przyszedł jej do głowy pomysł. Wybiegła jak najszybciej z pokoju i po chwili znalazła mężczyznę w kuchni.
- Jack? Wybacz, że o to pytam ale dlaczego… - zawahała się.
- Jak już zaczęłaś to skończ.
- Ale nie wiem czy powinnam. To dość osobiste… -odpowiedziała i wskazała wzrokiem na fotografię, którą trzymała w dłoni. Jack dopiero teraz zwrócił na ten szczegół uwagę.
- Pytaj – powiedział z powagą, ale natychmiast się odwrócił udając, że szuka czegoś w lodówce.
- … dlaczego nie chcesz trzymać tego zdjęcia u siebie w pokoju?
Totalnie go zaskoczyła. Spodziewał się zupełnie innego pytania. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć.
- Wiesz to dość prywatne pytanie…
- Mówiłam, ale skoro nie chcesz o tym rozmawiać, rozumiem. Idę wyładować plecak – powiedziała, po czym wyszła, zostawiając jednak fotografię na wysepce.
Po wyjściu dziewczyny pułkownik głęboko odetchnął, zamknął lodówkę i oparł się o nią, kryjąc twarz w dłoniach. Nie spodziewał się aż takiej dociekliwości i delikatności w tej dziewczynie. Poruszyła ważny dla niego temat, który on sam bał się przemyśleć i nazwać po imieniu. Teraz najwyraźniej czekało go to zadanie. Opuścił ręce i dojrzał na blacie zdjęcie. Wtedy gdy zostało zrobione, Charlie wygrał swój pierwszy mecz baseballa.
Właściwie ona ma rację. Charlie by chyba tego właśnie chciał. Pomyślał, po czym chwycił ramkę i zaniósł ją do swojej sypialni. Postawił ją na szafce nocnej tuż obok łóżka. Miał wychodzić i wrócić do kuchni, ale zmienił zdanie. Spojrzał na zdjęcie i wszystkie wspomnienia wróciły. Te miłe i te ostatnie.
- Nie, Jack najwyższa pora się z tym pogodzić. To nie Twoja wina.
- Nie powinienem zostawiać tam broni… to przeze mnie się postrzelił…
- Jack! – z rozmowy z samym sobą wyrwał go przerażony krzyk Magdy i odgłosy szarpaniny dochodzące najpierw z sąsiedniego pokoju, a następnie z holu. Pułkownik natychmiast zareagował.
- Puść ją! – krzyknął do napastnika, gdy znalazł się już na korytarzu z wycelowanym pistoletem.
Potężnie zbudowany Jaffa odwrócił się w jego stronę, mierząc do dziewczyny z zata, ale milczał. Cofnął się jeszcze kilka kroków i otworzył drzwi, na szczęście te do ogrodu i wyszedł na zewnątrz. Powiedział coś w nieznanym Magdzie języku i po chwili rozległ się dziwny dźwięk, jakby nadlatywała monstrualna pszczoła. Pułkownik natomiast od razu rozpoznał ten dźwięk i rzucił się w kierunku Jaffa i Magdy. Nie wiele to dało, bo nie zdołał ich wypchnąć z pola. Cała trójka została przetransponowana..
- Masz syna? – spytała dziewczyna, podnosząc fotografię.
- Mhm – mruknął O’neill. Ale w tym było zawarte wszystko to, co czuł: gorycz, tęsknota, poczucie winy oraz ojcowska duma – Zmarł 6 lat temu.
Dziewczynę początkowo zatkało.
- Rozumiem, przepraszam, nie…
- Nie musisz przepraszać. Nie mogłaś wiedzieć – spuścił głowę na dół – rozpakuj się. Myślę, że nie miałby nic przeciwko. Zrobię za chwilę coś na kolację.
Pułkownik wyszedł z pokoju i zamknął jak najdelikatniej drzwi. Studentka nadal wpatrywała się w zdjęcie. Byli do siebie podobni. Nagle przyszedł jej do głowy pomysł. Wybiegła jak najszybciej z pokoju i po chwili znalazła mężczyznę w kuchni.
- Jack? Wybacz, że o to pytam ale dlaczego… - zawahała się.
- Jak już zaczęłaś to skończ.
- Ale nie wiem czy powinnam. To dość osobiste… -odpowiedziała i wskazała wzrokiem na fotografię, którą trzymała w dłoni. Jack dopiero teraz zwrócił na ten szczegół uwagę.
- Pytaj – powiedział z powagą, ale natychmiast się odwrócił udając, że szuka czegoś w lodówce.
- … dlaczego nie chcesz trzymać tego zdjęcia u siebie w pokoju?
Totalnie go zaskoczyła. Spodziewał się zupełnie innego pytania. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć.
- Wiesz to dość prywatne pytanie…
- Mówiłam, ale skoro nie chcesz o tym rozmawiać, rozumiem. Idę wyładować plecak – powiedziała, po czym wyszła, zostawiając jednak fotografię na wysepce.
Po wyjściu dziewczyny pułkownik głęboko odetchnął, zamknął lodówkę i oparł się o nią, kryjąc twarz w dłoniach. Nie spodziewał się aż takiej dociekliwości i delikatności w tej dziewczynie. Poruszyła ważny dla niego temat, który on sam bał się przemyśleć i nazwać po imieniu. Teraz najwyraźniej czekało go to zadanie. Opuścił ręce i dojrzał na blacie zdjęcie. Wtedy gdy zostało zrobione, Charlie wygrał swój pierwszy mecz baseballa.
Właściwie ona ma rację. Charlie by chyba tego właśnie chciał. Pomyślał, po czym chwycił ramkę i zaniósł ją do swojej sypialni. Postawił ją na szafce nocnej tuż obok łóżka. Miał wychodzić i wrócić do kuchni, ale zmienił zdanie. Spojrzał na zdjęcie i wszystkie wspomnienia wróciły. Te miłe i te ostatnie.
- Nie, Jack najwyższa pora się z tym pogodzić. To nie Twoja wina.
- Nie powinienem zostawiać tam broni… to przeze mnie się postrzelił…
- Jack! – z rozmowy z samym sobą wyrwał go przerażony krzyk Magdy i odgłosy szarpaniny dochodzące najpierw z sąsiedniego pokoju, a następnie z holu. Pułkownik natychmiast zareagował.
- Puść ją! – krzyknął do napastnika, gdy znalazł się już na korytarzu z wycelowanym pistoletem.
Potężnie zbudowany Jaffa odwrócił się w jego stronę, mierząc do dziewczyny z zata, ale milczał. Cofnął się jeszcze kilka kroków i otworzył drzwi, na szczęście te do ogrodu i wyszedł na zewnątrz. Powiedział coś w nieznanym Magdzie języku i po chwili rozległ się dziwny dźwięk, jakby nadlatywała monstrualna pszczoła. Pułkownik natomiast od razu rozpoznał ten dźwięk i rzucił się w kierunku Jaffa i Magdy. Nie wiele to dało, bo nie zdołał ich wypchnąć z pola. Cała trójka została przetransponowana..
Statek Goaul’d na orbicie Ziemi
Gdy pierścienie się uniosły, Jack, Magda i Jaffa zmaterializowali się w komorze pierścieni. Komitet powitalny złożony z Apofisa i jego świty już na nich czekał.
- Mmm… kogo ja tu widzę. Pułkownik Jack O’neill, dowódca SG 1. Nie spodziewałem się tak sławnego gościa – przywitał ich Apofis, w jego głosie dało się wyczuć nutę drwiny i ironii.
- We własnej osobie. Mnie również miło. Ale nie przypominam sobie, abyśmy cię zapraszali na naszą planetę – pułkownik nie pozostawał dłużny.
- Głupcze! Taki bóg jak ja nie potrzebuje niczyjego zaproszenia! Ale wiem co cię dręczy… - Goaul’d urwał na chwilę, jak gdyby chciał się droczyć z pułkownikiem – Dlaczego wasze marne radary nie wykryły mojego statku. To proste. Jesteście na moim najnowszym statku zwiadowczym. Nie możliwym do wykrycia – Goaul’d wyraźnie zaakcentował ostatnie zdanie.
- Przykro mi, ale cię rozczaruję. Nie to mi leży na wątrobie.
- Czyżby?
- Skąd wiedzieliście o Magdzie?
- To ja tu zadaje pytania! – wrzasnął obcy, dając znak jednemu z Jaffa, ten natychmiast strzelił z zata.
Po chwili komorę wypełnił szyderczy śmiech fałszywego boga. Magda podobny słyszała jedynie na filmach grozy. Po chwili jednak kontynuował:
- Taki sławny, a taki głupi! Myślisz, że ten statek mam od wczoraj?! – krzyknął pułkownikowi prosto w twarz, a następnie odwrócił się na pięcie – Parę miesięcy temu znaleźliśmy nieznane nam urządzenie Starożytnych. Nie potrafiliśmy go jednak uruchomić. Z inskrypcji wyczytaliśmy, że do tego potrzeba specjalnego genu…
W tym momencie niespodziewanie się odwrócił i podszedł do dziewczyny. Chwycił ją za podbródek i patrząc przenikliwe prosto w oczy powiedział:
- A ty go posiadasz, jako jedyna we Wszechświecie…
- Nie wiesz tego i nie będziesz wiedział – odrzuciła głowę na bok, by strącić jego rękę.
- Co ty nie powiesz? Później będziesz śpiewać inaczej – syknął, po czym wyprostował się i wydał rozkaz:
- Do celi z nimi!
Gdy pierścienie się uniosły, Jack, Magda i Jaffa zmaterializowali się w komorze pierścieni. Komitet powitalny złożony z Apofisa i jego świty już na nich czekał.
- Mmm… kogo ja tu widzę. Pułkownik Jack O’neill, dowódca SG 1. Nie spodziewałem się tak sławnego gościa – przywitał ich Apofis, w jego głosie dało się wyczuć nutę drwiny i ironii.
- We własnej osobie. Mnie również miło. Ale nie przypominam sobie, abyśmy cię zapraszali na naszą planetę – pułkownik nie pozostawał dłużny.
- Głupcze! Taki bóg jak ja nie potrzebuje niczyjego zaproszenia! Ale wiem co cię dręczy… - Goaul’d urwał na chwilę, jak gdyby chciał się droczyć z pułkownikiem – Dlaczego wasze marne radary nie wykryły mojego statku. To proste. Jesteście na moim najnowszym statku zwiadowczym. Nie możliwym do wykrycia – Goaul’d wyraźnie zaakcentował ostatnie zdanie.
- Przykro mi, ale cię rozczaruję. Nie to mi leży na wątrobie.
- Czyżby?
- Skąd wiedzieliście o Magdzie?
- To ja tu zadaje pytania! – wrzasnął obcy, dając znak jednemu z Jaffa, ten natychmiast strzelił z zata.
Po chwili komorę wypełnił szyderczy śmiech fałszywego boga. Magda podobny słyszała jedynie na filmach grozy. Po chwili jednak kontynuował:
- Taki sławny, a taki głupi! Myślisz, że ten statek mam od wczoraj?! – krzyknął pułkownikowi prosto w twarz, a następnie odwrócił się na pięcie – Parę miesięcy temu znaleźliśmy nieznane nam urządzenie Starożytnych. Nie potrafiliśmy go jednak uruchomić. Z inskrypcji wyczytaliśmy, że do tego potrzeba specjalnego genu…
W tym momencie niespodziewanie się odwrócił i podszedł do dziewczyny. Chwycił ją za podbródek i patrząc przenikliwe prosto w oczy powiedział:
- A ty go posiadasz, jako jedyna we Wszechświecie…
- Nie wiesz tego i nie będziesz wiedział – odrzuciła głowę na bok, by strącić jego rękę.
- Co ty nie powiesz? Później będziesz śpiewać inaczej – syknął, po czym wyprostował się i wydał rozkaz:
- Do celi z nimi!
środa, 11 lipca 2012
Kroniki Ludarvii - rozdział III cz.1
Witam, dzisiaj długo wyczekiwany nowy rozdział "Kronik". W związku tym, że rozdział będzie dosyć długi jak na blogowe standardy, został on podzielony na 2 części. Zapraszam do czytania oraz komentowania!
Rozdział
III
Bramy Occidenell
Następnego ranka jednak nie wyruszyli.
Okazało się, bowiem, że temperatura w nocy znacznie się podwyższyła i leżący wokół
nich śnieg zaczął powoli się roztapiać. Kiedy otworzyli oczy, słońce było już
wysoko na niebie, a dokoła piętrzyły się rozmiękczone breje. Na domiar złego,
grunt pod nimi stał się wyjątkowo tak mokry, że w śnie cali umazali się błotem.
- Matko! Moje
nowe futerko! Całe w tym paskudnym gównie! – rozpaczała Texanna, oglądając swój
zniszczony płaszcz.
- E tam, na pewno
w mieście masz ładniejsze – zbagatelizował sprawę rudowłosy młodzieniec i to
był jego błąd.
- Zgłupiałeś?!
Mój jedyny płaszcz został w gospodzie, ćwoku! Jak ja się pokaże w mieście! Aa!
– Tex zaczęła tupać nogami, rozchlapując błoto we wszystkie strony.
- Nie panikuj –
odpowiedział spokojnie, strzepując z siebie błoto.
- Ale on był taki
śliczny! Nigdy takiego nie będę miała! Aa… wezmą mnie na języki! – Tex
najwyraźniej nie miała zamiaru kończyć swojej lamentacji nad zniszczonym
ubraniem.
- Och, zamknij
się! Jeszcze nas ktoś tu znajdzie!
- Sam się zamknij!
– odwróciła się plecami naburmuszona.
Ovil nic nie
odpowiedział, ponieważ jego opiekun ostrzegł go, że takie humory u kobiet najlepiej
przeczekać. Postanowił więc wstać i zrobić coś pożyteczniejszego, niż zwracać
uwagę na nastrój swojej towarzyszki. Zaczął więc patroszyć drugie z zabitych
zwierząt i upiec jego mięso na obiad. Ruszył więc w stronę miejsca w którym
zostawił ciała. Nie było to jednak takie proste. Śnieg stał się ciężki, także
ciężko było się poruszać. Po kilkunastu minutach rudowłosy młodzieniec zjawił
się z powrotem i zajął się ściąganiem futra z wilka.
- Może zrobisz
sobie nowe?
Tex jednak
gniewnie prychnęła niczym rozjuszona kotka, robiąc przy tym bardzo obrażoną
minę. Na koniec ostentacyjnie poprawiła jeszcze swoje loki, zarzucając je na
prawe ramię.
- Jak nie
zamierzasz się odzywać, proszę bardzo. Mnie tego do szczęścia nie potrzeba,
zwyczajnie byłoby raźniej. A wygląda na to, że dopóki się nie ochłodzi będziemy
tu uwięzieni razem nawet przez kilka dni.
Dziewczyna jednak
nie uraczyła go ani słowem odpowiedzi. Naburmuszona usiadła pod drzewem,
zupełnie nie dbając o to, że do reszty zniszczy płaszcz. Opuściła głowę, ukrywając
twarz w gęstych włosach. Póki co, postanowiła ukarać jego „oziębłość”
milczeniem. Mimo to bacznie obserwowała Ovila swoimi wielkimi, szmaragdowymi
oczami. Widząc, że jej rudowłosy znajomy zajął się przygotowywaniem jedzenia,
zupełnie już ignorując jej osobę, postanowiła potraktować go tak samo.
W tej niemej i
napiętej atmosferze dotrwali aż do wieczora oraz zjedli kolację. Po niej
Texanna ziewnęła, otuliła się szczelnie płaszczem i położyła się spać. Jednakże
Ovil nie zamierzał pójść w jej ślady.
Pomimo, że byli
odcięci od świata przez topniejące śniegi wcale nie czuł się bezpieczny, po
drugie stwierdził, że najlepiej postąpi, jeśli udobrucha Tex w inny sposób. Nie
do końca rozumiał, po co to robi, gdyż równie dobrze mógł w ogóle nie zawracać
sobie tym głowy, jednak w głębi siebie czuł, że należy temu jakoś zaradzić.
Dlatego, pomimo że był marnym krawcem, postanowił zrobić dla Tex nowe odzienie.
Rozpalił tylko sobie znanym sposobem ognisko, urwał kilka igieł z sosny,
wyciągnął kilka nici ze swego płaszcza i zaczął robotę.
***
Wiatr z każdą chwilą przybierał na sile, bawiąc się ich
włosami. Tex spojrzała przed siebie, w oddali majaczyły się bardzo niewyraźne
mury Occidenell. Poprzednim razem, kiedy wychodziła z lasu, gdy była jeszcze
dzieckiem, z tej odległości widziała je wyraźniej, teraz jednak przysłaniała je
lekka, szarawa mgiełka, niczym firanka zwisające prosto z ciemnogranatowej
chmury, która coraz bardziej zbliżała się w ich kierunku.
- Kolejne kłopoty – skomentowała dziewczyna, ubrana w nowe
futerko, które sprawił jej Ovil, za co podziękowała mu w swój niepowtarzalny sposób,
a przede wszystkim z powrotem zaczęła z nim rozmawiać.
- Czy ja wiem? Według mnie po prostu mamy szczęście w
nieszczęściu. Przynajmniej niepostrzeżenie wejdziemy do miasta – uśmiechnął się
nieśmiało i ruszył przed siebie.
- W sumie to masz rację – Tex podbiegła do niego, aby się
nie rozłączać.
Kiedy ich kroki się zrównały na jej czarne jak smoła włosy
spadł pierwszy płatek śniegu, niesiony gwałtowny podmuch wiatru. Tex spojrzała
najpierw na niebo pokrywające swoje błękitne oblicze ołowianą barwą chmur.
Nigdy nie przepadała za załamaniami pogody, nawet jeśli niosły ze sobą
jakiekolwiek korzyści.
- Zaczyna się – mruknął pod nosem Ovil i naciągnął kaptur,
po chwili dziewczyna zrobiła to samo.
Z minuty na minutę sytuacja pogarszała się. Śnieg, który z
początku dosyć drobny stawał się coraz grubszy i padał coraz gęściej. Wiatr,
tak jakby czuł się zazdrosny, nie pozostawał bierny, kolejne podmuchy stawały
się coraz gwałtowniejsze, wydając przy tym przeraźliwe gwizdy, które drażniły
uszy podróżnych.
Szli coraz wolniej, przeciwstawiając się rozkręcającemu się
żywiołowi. Ovil cały czas niepewnie spoglądał do tyłu sprawdzając, czy jego
delikatna towarzyszka wciąż tam jest. Coraz trudniej było ją dostrzec, gdyż jej
bielusieńki płaszcz niemalże całkowicie zlewał się z wirującymi w szaleńczym
tańcu śnieżnobiałymi płatkami. Okrycie Ovila również coraz bardziej pokrywało
się warstwą białego puchu. Odwrócił głowę wprost pod wyjątkowo silny podmuch,
który bezczelnie zerwał mu kaptur.
- Aj! – z tyłu doszło go piśnięcie, praktycznie całkowicie
zagłuszone.
- W porządku?! – odwrócił się i choć ognistorude włosy
przysłaniały mu widok, dostrzegł że jego towarzyszka przystanęła, aby naciągnąć kaptur.
- Tak! – krzyknęła i zrobiła kilka kroków naprzód.
- Idziemy dalej!
Brnęli dalej w śniegu, starając się nie zbaczać, by nie
zgubić drogi prowadzącej do miasta. Marsz stawał się coraz bardziej uciążliwy,
zwłaszcza dla Tex, której biała pierzynka sięgała już powyżej łydek. Dziewczyna
dzielnie walczyła z wiatrem, który stawał się coraz silniejszy, wyrywając jej nieustannie
kaptur z niemalże dziewczęcej dłoni. Kręcone loki bezwiednie podawały się wtedy
głośnej muzyce wiatru, wymyślając niezwykłe figury wokół jej twarzy. Tex
próbowała ją osłonić dłonią, nie dawało to jednak pożądanego efektu.
Trochę lepiej radził sobie Ovil, choć jemu też nie było
łatwo. Dwie ostatnie, nieprzespane noce dawały o sobie znać, organizm domagał
się odpoczynku, tymczasem musiał stawić czoła kolejnej śnieżycy, a jakby tego
było mało, trzeba było uważać, aby żywioł nie porwał Texanny. Ich jedyny
ratunkiem było jak najszybsze dotarcie do miasta, choć z każdą chwilą to
zadanie wydawało się coraz bardziej utrudnione. Nagle z gorączkowych myśli
wyrwał go silny podmuch, którzy nie chciał mu pozwolić zrobić kolejnego kroku.
- Ovil! – kilka kroków za sobą usłyszał wołanie.
Odwrócił się i z przerażeniem zobaczył jak towarzyszka
rozpaczliwie wyciąga ręce, jednocześnie próbując się nie dać porwać. Bez
zastanowienia chwycił je i w tym samym momencie nastąpił kolejny, tym razem o
wiele mocniejszy, śnieżny atak huraganu. Przyciągnął ją z całej siły do siebie,
pozwalając się przez chwilę odpocząć, osłaniając ją ciałem. Wiatr zerwał z ich
głów kaptury, tworząc z włosów ognistą kompozycję. Dłuższy moment stali tak
wtuli w siebie, nie ruszając się i milcząc.
- Lepiej już? – spytał mężczyzna, przekrzykując huragan, w
odpowiedzi Tex kiwnęła jedynie potakująco głową – Trzymaj się mnie mocno!
Odwrócił się, cały czas trzymając swoje ramię na placach
dziewczyny, która kurczowo trzymała się jego pasa.
- Tylko mnie nie uduś!
Texanna uśmiechnęła się jedynie przepraszająco, objęła mocno
Ovila i ruszyli dalej. Śnieg coraz bardziej ich oślepiał, przed sobą nie
widzieli nic oprócz białej ściany. Wiatr dzwonił w uszach i rzucał drobnymi
płatkami prosto w twarze dwójki uciekinierów.
Occidenelanka odwróciła głowę w stronę Ovila i ręką
ściągnęła mocniej kaptur. Ovil nie miał tak dobrze, jednym ramieniem obejmował
Tex, a drugą ręką starał się trzymać kaptur, co nie było łatwe.
Ich zmagania z zawieruchą trwały już ponad godzinę, kiedy
przed sobą ujrzeli przebijające się przez gęsty śnieg światło. Byli już bardzo
blisko miasta.
- Już niedaleko! – krzyknął do dziewczyny.
- Widzę! Jak wejdziemy?!
Ovil nie odpowiedział na pytanie, po krótkim namyśle
obmyślił prosty, całkiem sprytny, ale dość ryzykowny plan. Szybko zacisnął z
całej siły kaptur, a następnie bez uprzedzenia wziął Texannę na ręce.
- Co robisz?! – stanowczo zaprotestowała dziewczyna.
- Cicho! Udawaj, że straciłaś przytomność! Zbliżamy się do
bram!
Texanna wzruszyła jedynie ramionami, pozwoliła bezwładnie
opaść ciału i zamknęła oczy. Poczuła jak Ovil zdecydowanie przyspiesza kroku, a
po chwili usłyszała głośny, nieznajomy głos:
- Stać! Kto idzie?
- Wpuść mnie! – tym razem to był jej rudowłosy towarzysz –
Muszę ją zanieść szybko do uzdrowiciela!
- Mam zakaz…
- Chcesz mieć jej życie na sumieniu, żołnierzu?
- Nie. Ale…
Ovil szybko przerzucił „nieprzytomną” dziewczynę przez ramię i wolną ręką sięgnął do kieszeni,
niedługo potem Ovil z wiszącą z jego ramienia Texanną byli już w mieście, a w
ręku strażnika dzwoniło kilka złotych monet.
czwartek, 21 czerwca 2012
Legendy Wertiany
Rozdział I cz.2
- Wchodź -
powiedział, gdy się zatrzymali. Gilfras nie poznawał swojego przyjaciela.
Nigdy tak się nie zachowywał. Zawsze mogli
porozmawiać o wszystkim w dowolnym momencie. Czuł, że na Wertianie stało się
coś złego, coś, co wiązało się z tym dziwnym kryształem i Upiorem. Miał dziwne
przeczucie, że zaraz się tego dowie, choć nie do końca był pewien, czy tego
naprawdę chce. Na razie nie pozostawało mu nic innego, jak wspiąć się do
mieszkania Celtima.
- Witaj
Gilfrasie!- powitała go długonoga elfka o czarnych, jedwabistych włosach,
spływających jej na ramiona, a niesforny kosmyk opadał na jej niewiary gnie
błękitne, duże oczy, które wręcz idealnie komponowały się z jej niedużym, lekko
zadartym nosem i krwistoczerwonymi ustami.
Ubrana była w elegancki skórzany kaftanik, poprzecinany
złotymi nićmi, a spod niego wysuwała się piękna zielona suknia.
Gilfras nie znał jej, gdy ostatni raz widzieli się z
Celtimem, ten nie miał jeszcze żadnej towarzyszki życia, co więcej twierdził
wtedy, że miłość jest dla słabeuszy i naiwniaków. To najwyraźniej się zmieniło.
- Jestem Asmalla, przyjaciółka Celtima. Słyszałam o
tobie wiele miłych słów od mojego ukochanego – uśmiechnęła się serdecznie,
wyciągając do niego zgrabną dłoń.
- Miło mi cię
poznać, Asmallo.- odpowiedział jej na przywitanie, skłaniając się w pas i
całując elfkę w rękę.
- O! Widzę, że
zdążyliście się już poznać. Dodam tylko, że wkrótce planujemy ślub i serdecznie
zapraszamy cię na ceremonię przysięgi oraz późniejszą ucztę.- powiedział
Celtim, gdy tylko wszedł na górę i objął w pasie swoją narzeczoną, dając jej na
przywitanie słodkiego całusa w policzek.
- Co za radość!
Gratuluję! Czemu nie wspomniałeś mi o tym w liście? Nie planowałem większych
uroczystości… nie zabrałem strojów odpowiednich na tak ważną uroczystość
–wielki uśmiech zagościł na twarzy Gilfrasa.
- Nie szkodzi.
Na Wertianie można znaleźć równie przepiękne szaty jak na Lorfitien.- odparła
Asmalla, widząc zakłopotanie gościa.- Ale, ale, rozgość się, zaraz podam coś do
jedzenia. Z pewnością jesteś głodny- dodała, po czym znikła w dalszej części
mieszkania.
Dom Celtima miał
tylko jedno piętro, lecz miejsce rozgałęzienia było na tyle duże, aby na jednym
poziomie zmieścić dwie małe, jednoosobowe sypialnie, jedną dużą, dwuosobową
oraz wszystkie inne niezbędne pomieszczenia. Główne pomieszczenie, oddzielone
od części kuchennej zaledwie zieloną zasłoną, wyglądało bardzo przytulnie.
Widać było, iż gospodarz ma dobrze wyrobiony gust. Obrazy, magiczny płomień w
malutkim kominku, wygodne siedziska okryte bodowym, grubym kocem, wszystko to tworzyło
pewną oazę spokoju od zgiełku panującego na dole. Asmalla krzątała się po
kuchni, nucąc nostalgiczną pieśń o kolejach życia jakiegoś króla Eidionu. Wtedy
Gilfras postanowił wykorzystać okazję, że są z Celtimem sami i zapytać
przyjaciela o jego tajemnicze zachowanie na Placu Leśnym.
Celtim spuścił wzrok i przez chwilę tępo wpatrywał się
w podłogę, tak jakby nie wiedział od czego powinien zacząć, wkrótce jednak
odpowiedział przyciszonym, ponurym tonem:
- Widzisz przyjacielu, od dłuższego czasu nasze miasto
nawiedzają po zmroku dziwne, krwiożercze zjawy. Pierwszy raz pojawiły się
siedem miesięcy temu, podczas Święta Wiosny. To była istna rzeź. Wszędzie było
pełno krwi, na całym placu leżały ciała zabitych elfów. Razem z Asmallą i jej
rodziną ledwo zdołaliśmy im uciec. To był… jest… jakiś koszmar. Chyba nie ma w
Ceintiren rodziny, która nie straciłaby wtedy kogoś bliskiego. Od tamtej pory,
Upiory Zmroku, jak je zaczęto wkrótce nazywać pojawiały się jeszcze kilka razy
i zawsze kończyło się to tragedią. Nocą nikt, kto został na dworze nie jest
bezpieczny. Mało tego, te Upiory pojawiają się również w innych miastach,
królestwach!
- Upiory Zmroku? Tak je nazywacie?
- Skąd o nich
wiesz? Czyżbyś je spotkał?- Celtim słowo „je” wymówił z nieukrywanym przerażeniem,
ale na jego twarzy malowała się cała mieszanka uczuć. Strach i radość, a przede
wszystkim zdumienie.
Gilfras nie
odpowiedział. Skinął jedynie w potakującym geście głową.
- Jakim cudem
przeżyłeś? Przecież… przecież nikt nie uszedł jeszcze żywy ze spotkania z nimi.
Ani jeden człowiek, centaur, hobbit czy elf!- Celtim nie krył swych emocji, z
entuzjazmem i niedowierzaniem wyliczając kolejne rasy – mało tego, z tymi
potworami nie radzą sobie nawet magicy!
- Uratowało mnie
to. – Gilfras wyciągnął zaciśniętą dłoń nad stół, przy którym siedzieli. Po
chwili ją otworzył, a z pięści wyleciał malutki kamyk. Elf przyciągnął rękę do
siebie i zaczął opowiadać swoją przygodę w lesie.
W trakcie
opowieści wróciła Asmalla, przynosząc kosz tutejszych owoców i również zaczęła
uważnie przysłuchiwać się opowieści gościa. Gdy ten skończył, krzyknęła z nutą
wyrzutu do Celtima:
- Mówiłam ci, że
mój ojciec miał wizję! Nie chciałeś mi wierzyć! Teraz widzisz? W końcu masz
dowody, niedowiarku jeden!
- Ależ moja
droga Asmallo, to nie są żadne dowody!
- Owszem są!
- A mogę
wiedzieć, o co chodzi?- Gilfras zmieszany obrotem rozmowy, postanowił wtrącić
się we sprzeczkę pary.
- Oczywiście,
Gilfrasie. Mój ojciec nie tak dawno miał wizję. Dosyć bolesną i nie wiele z
niej pamiętał. Mówił jedynie, że chodziło o jakieś kryształy. Niestety poza tym
nie powiedział nic konkretnego – odpowiedziała narzeczona Celtima.
- Mówisz, że ta
wizja była bolesna?
- Tak –
odpowiedziała, nieco zaskoczona pytaniem, Asmalla.
- Mógłbym się spotkać
z twoim ojcem, Asmallo?- spytał Gilfras. Ta boleść wizji go zaintrygowała.
Najprawdopodobniej chodziło o ten sam kryształ, ale wolał to sprawdzić. Poza
tym, ojciec Asmalli mógł sobie jeszcze coś przypomnieć, dzięki czemu tajemnicza
moc kryształu stałaby się bardziej znajoma.
- Oczywiście.
Ale może jutro? Zaczyna się ściemniać, a po zachodzie lepiej nie wychodzić z
domów. Muszę już iść.- odpowiedziała smutno, spoglądając na krajobraz za oknem.
Wstała z gracją i skierowała się na taras okalający
dom, a następnie zwinnie przeszła jednym z pomostów, aby po chwili zniknąć
pomiędzy gałęziami drzew.
- Piękna – stwierdził
z westchnieniem Gilfras, pragnąc zmienić temat. Nie chciał przypominać sobie
wydarzeń ostatniej nocy, które powoli zaczynały powracać.
- Wiem. Będzie
dobrą żoną. Dba o rodzinę. Sam słyszałeś.- pomimo odbytej przed chwilą kłótni,
Celtim uśmiechał się. Kochał Asmallę.
- Tak. Jak
lwica. Szczęściarz z ciebie, Celtimie.
- Zazdrościsz
mi?
- Wiesz, ja na
swoją pokrewną duszę jeszcze nie trafiłem.- Gilfras wzruszył ramionami.
- Mówiłem ci, że
jak będziesz cały czas siedział w Lorfitien to nigdy nie znajdziesz żadnej! Ale
spokojnie, czuję, że już niedługo spotkasz jakąś przepiękną elfkę. Choć na
pewno nie tak cudną jak moja Asmalla.- gospodarz uśmiechnął się z przekąsem, a
Gilfras uniósł brwi.- ale teraz rozgość się i zapomnij o wczorajszych
przeżyciach. Domy dają ochronę.
- Nie przypominaj mi o wczorajszym. Na samą myśl ciary
mnie przechodzą… brr… ale wracając do tematu. Nie sądziłem, że tak szybko
zmienisz zdanie. Gdy ostatnio się widzieliśmy z uporem utrzymywałeś, że nigdy
się nie zakochasz, że miłość to coś dla głupoli i naiwniaków.
- Może, ale też i dla takich farciarzy jak ja –
skomentował wesoło Celtim. – Ale skoro mamy rozmawiać na te tematy, jak nic
przyda się karafka pełna nalewki z jagód mutrii – dodał po chwili i wyciągnął
ze schowka ozdobny szklany pojemnik, wypełniony po brzegi granatowym,
jedwabistym płynem.
- O tak! Jak nic innego! – zaśmiał się wesoło gość.
Po kilku godzinach ożywionych rozmów i wspomnień
dawnych lat Gilfras udał się do swojego pokoju na spoczynek. Długo nie mógł
zasnąć. Wspomnienia ostatniej nocy, odepchnięte w głąb podświadomości podczas
rozmowy z przyjacielem, w końcu dały o sobie znać. Mimo to w pewnym momencie
Gilfrasowi udało się wreszcie zasnąć.
***
Bynajmniej nie
na długo. Dwie godziny potem obudził go okropny hałas, dobiegający z ulic
miasta. Kiedy nerwowo otworzył oczy, pokój był cały skąpany w czerwonym świetle
ognia, brutalnie wdzierającym się przez okno. Gilfras od razu domyślił się co
się stało. Upiory zaatakowały śpiące miasto i podpaliły czarami niektóre z
tahronów, aby wypłoszyć elfy z domów. Gilfras spojrzał szybko na kryształ
leżący na stoliku. Znowu emanował dziwną poświatą. Elf pośpiesznie chwycił
kamień i broń. Po chwili był już w sypialni Celtima, ale tam go nie znalazł. W
mgnieniu oka zrozumiał gdzie jego przyjaciel mógł pobiec. Wybiegł na taras i
skierował się w stronę, gdzie kilka godzin temu znikła Asmalla. Nie było to
proste, kilka z pomostów było już zerwanych przez szalejący wszędzie
niebezpieczny żywioł, przez co musiał szukać okrężnej drogi. Elfie zdolności na
szczęście mu pomagały. Co prawda nie wiedział, gdzie znajduje się dom ukochanej
Celtima, mimo to czuł że zmierza w dobrym kierunku. Nagle usłyszał znajomy krzyk:
- Oszczędź ją!
Nic nie zrobiła! Zabij mnie!- to był głos Celtima. Byli na dole, oparci o
drzewo. Celtim obejmował Asmallę. Nad nimi stał jeden z Upiorów, gotowy zadać
cios zielonym mieczem. Gilfras w momencie zsunął się na ziemie po najbliższej
drabinie.
Teraz zrozumiał.
Tą scenę widział w krysztale!!! To była wizja!
Schował miecz.
Wiedział, że w tej chwili jest on zbędny. Chwycił natomiast za kamień.
- Zostaw ich!!!-
powtórzył zdanie z ubiegłej nocy, lecz o sekundę za późno. Upiór zdążył już
zadać pierwszy cios i zabić Celtima.- Odejdź stąd i nigdy nie wracaj. Ty i twoi
towarzysze!- burknął do zjawy. Wiedział, że teraz nie może pomścić przyjaciela.
Mógł jedynie uratować Asmallę. Upiór, o dziwo, usłuchał. Jego towarzysze chyba
również, bo za chwilę umilkły wszystkie wrzaski. Pozostałe elfy zwyczajnie
oniemiały, nie wiedząc, co ich uratowało. Gilfras jednak się tym nie
przejmował. Upadł na kolana obok ciała Celtima. Spóźnił się. O sekundę, może
dwie. Nie płakał. Patrzył tylko na ciało przyjaciela. Nie potrafił go uratować.
Zwiesił głowę. Stracił największego przyjaciela. Nie mógł sobie tego darować.
Nagle poczuł czyjeś ciepłe ramiona, oplatające jego szyję, a koło swojej twarzy
poczuł inną. To była Asmalla.
- Przepraszam. –
powiedział cicho, tak aby tylko oni dwoje to słyszeli. Nic więcej nie był w
stanie powiedzieć. Tylko tyle. I aż tyle.
- Nie mam do
ciebie żalu, choć kochałam Celtima - puściła go. Dopiero teraz zobaczył jej
twarz. Była cała rozpłakana. Odwróciła głowę.- I tak powinnam być ci wdzięczna.
Dzięki tobie żyję.
Tym razem to on
ją przytulił. Teraz poczuł, że cała drżała. Nie miał pojęcia, czy to po straci
ukochanego czy ze strachu, że Upiory wrócą. Nigdy zbytnio nie rozumiał elfek.
Były dla niego jak jedna wielka niewiadoma. Starał się ją uspokoić, choć na
chwilę. Niezbyt jednak mu to wychodziło, pewnie z braku doświadczenia, tak
myślał.
Tymczasem niebo zaczęło się rozjaśniać. Wstawał nowy
dzień. Dookoła nich tliły się jeszcze resztki nocnego pożaru, który zaczęła
gasić część mieszkańców. Gdzieniegdzie leżały ciała zamordowanych elfów. Ci,
którzy przeżyli najazd klęczeli przy swoich zmarłych, opłakując ich śmierć.
Powoli las zaczął rozbrzmiewać pięknymi, lirycznymi, żałobnymi pieśniami.
Gilfras delikatnie puścił Asmallę. Elfka otarła łzy. Natomiast on wstał powoli
z ziemi i wziął ciało Celtima na ręce.
- Gdzie
urządzacie zwykle ceremonie pogrzebowe po…?- zapytał bez żadnych emocji.
Zupełnie bezbarwnie. Nie spodziewał się tego po sobie. Nie po tym.
- Na polanie
Ostatniego Marzenia - odpowiedziała cichym, płaczliwym głosem Asmalla.
Ruszył we
wskazanym przez Asmallę kierunku. Elfka szła kilka kroków za nim. Podobne
grupki również zmierzały w stronę placu. W końcu znalazły się tam wszystkie
elfy z Ceintiren, żywe i martwe. Wszyscy składali ciała pośrodku placu. Tam też
zmarłego Celtima położył Gilfras. Cofnął się kilka kroków. Wtedy bliżej stosu
przystąpił jeden z elfów. Widać już było na jego twarzy doświadczenia minionych
wieków. Z jego twarzy można było wyczytać, że widział zarówno szczęście, jak i
zło tego świata. Zapadła cisza.
- Bracia i
siostry! Tej nocy spotkało nas kolejne wielkie nieszczęście. Można je porównać
jedynie z Nocą Cienia.
- To mój ojciec,
Asmallar.- powiedziała szeptem Asmalla, tymczasem stary elf mówił dalej.
- Nie oszukujmy
się. To wielka strata i będzie nam brakować każdego z braci i sióstr, którzy
zginęli. Dziś każdy z nas utracił część swojej duszy, swego serca. Ale miłość
tych, którzy odeszli do krainy wieczności na zawsze pozostanie w nas. – stary
elf skończył mówić. Podszedł do stosu i podpalił je dziwnym, niebieskawym
ogniem. Po chwili zajęły się nim wszystkie ciała. Nie paliły się długo, ledwie
kilka minut. Później, rozpłynęły się w powietrzu jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki. Asmalla podbiegła ze łzami w oczach do ojca, wtulając się w jego,
długą, niebieską szatę. Asmallar objął mocno córkę. Po chwili do pary podszedł
nieśmiało Gilfras. Stary elf spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Gilfras
zdobył się tylko na jedno, krótkie zdanie:
- Panie, Celtim
nie żyje.- starzec pocałował delikatnie Asmallę w czoło. Nie powiedział do niej
nic. Znał ją doskonale. Wiedział, że rozgrzebując tę ranę po stracie ukochanego
tylko powiększy jej cierpienie, a tego nie chciał. Zwrócił się natomiast do
Gilfrasa:
- Uratowałeś
moją córkę?
- Tak, ojcze.-
uprzedziła go Asmalla. Jej ojciec popatrzył na Gilfrasa z niedowierzaniem. Do
tej pory schronienie zapewniały tylko domy, symbole miłości i domowego ciepła.
- Tym – odpowiedział
na spojrzenie Gilfras i pokazał Asmallarowi zielony kryształ. Ten wypuścił
córkę ze swoich czułych ramion i podszedł do elfa. Obejrzał dokładnie kryształ,
a później spojrzał jego „właścicielowi” prosto w oczy. Po chwili brązowe
tęczówki starca znikły, on sam zaczął natomiast przemawiać niezwykłym,
wyjątkowo dźwięcznym, nawet jak na elfa, głosem:
Kres swój ma
Każdy dzień i każda noc,
Co przychodzi gnębić nas.
Tęczy kolory
W biel połączy, ten, kto
W najmniejszym dostrzeże moc.
Pokona zło,
Ten, co miłość dla każdego w sercu ma
Elfa, człeka, krasnoluda czy nizołka.
Ty go znajdziesz,
Synu mój, oko mądrości masz,
Nie gardź tym, co niepozorny jest.
Kres swój ma
Każdy dzień i każda noc,
Co przychodzi gnębić nas.
Tęczy kolory
W biel połączy, ten, kto
W najmniejszym dostrzeże moc.
Pokona zło,
Ten, co miłość dla każdego w sercu ma
Elfa, człeka, krasnoluda czy nizołka.
Ty go znajdziesz,
Synu mój, oko mądrości masz,
Nie gardź tym, co niepozorny jest.
Albowiem
tylko czysta miłość
Kryształu
posiada siłę,
Aby
zniszczyć dziecko nienawiści.
Lecz
tylko z boską radą i pomocą,
Możesz
dokonać tego,
Co
niemożliwym jest.
Subskrybuj:
Posty (Atom)