środa, 29 lutego 2012

Kroniki Ludarvii - rozdział I

Myślałam, że wrzucę jutro, ale cóż... kobieta zmienna jest. Jest to początek historii dziejącej się w zimowym, fantastycznym świecie. Jak wszyscy wiemy, zima potrafi być tak samo urzekająca jak i śmiertelnie niebezpieczna, nawet w naszym realnym świecie. Co jednak by się stało, gdyby zima trwała okrągły rok, a to wszystko przez złą Cesarzową? I gdyby w takiej krainie roiło się od przebiegłych śnieżnych lisów i niedźwiedzi? A w dodatku odwilże, co prawda dość częste, lecz płytkie, po których trzeba było się zmierzyć z trzaskającym mrozem lub solidną śnieżycą? A drogi roiły się wręcz od niemałych zasp? W takiej krainie właśnie urodzili się Ovil i Texanna (Tex). Poznajcie ich historię, wczytując się w "Kroniki Ludarvii".


Rozdział I

Z deszczu pod rynnę



Ogromna śnieżyca szalała już od dobrych kilku godzin, szczelnie zasypując gościniec grubym, białym dywanem. Śnieg padał gęsto, a lodowaty wicher o sile huraganu unosił go niczym delikatne, łabędzie pióra, choć płaty były grube i ciężkie. Od kilku dni w okolicy Srebrzystych Równin trzymał siarczysty mróz. Droga prowadziła w głównej mierze przez odsłonięty teren, co sprzyjało tylko w usypywaniu się niemałych rozmiarów zasp, a huragan i opady ograniczały widoczność zaledwie do jednego stajania.
Mimo, że pogoda sprzyjała podróżom, a gościniec przykrywała znaczna warstwa świeżego, białego puchu, bystry obserwator mógł dostrzec szarą, zakapturzoną postać brnącą przez śniegi po kolana, w dodatku pod dudniący wicher. Wędrowiec poruszał się wolno, zmagając się z bezlitosnym wiatrem. Huk huraganu niemalże zagłuszał myśli, a porywy niejednokrotnie zmuszały do wyczerpujących pojedynków o utrzymanie się na nogach. Podróżnik z każdą mijającą chwilą tracił siły, coraz częściej poddając się potędze żywiołu i pozwalając porwać się nawet o kilkanaście cennych kroków. Wędrówki nie ułatwiał także śnieg, tnący bez wytchnienia w twarz tajemniczej postaci, która bezskutecznie próbowała ochronić ją ręką, drugą przytrzymując kaptur, gotowy w każdej chwili ześlizgnąć się z głowy pod naporem gnającego powietrza.
Nagle wędrowiec upadł, potykając się o ukrytą pod śniegiem kłodę. Minęło kilka minut, zanim na nowo stanął do walki z śnieżycą, w tym czasie na jego plecach zdążyła się usypać warstwa białego puchu, która szczelnie zamaskowała kolor płaszcza sprawiając, że stał się on praktycznie niewidoczny.  Kiedy wędrowiec z trudem ponownie stanął na nogach, zorientował się, że wpadł w kolejną zaspę, sięgającą mu aż po pas, postanowił spróbować jednak iść dalej. Przychodziło mu to z coraz większym wysiłkiem, czuł że musi odpocząć, choć przez krótki moment, tymczasem sytuacja stawała się coraz gorsza. Podniósł wzrok, z rozpaczą poszukując przez spadające płaty śniegu najmniejszego cienia budynku, światełka nadziei. Zmęczone oczy nagle dostrzegły  w oddali tlące się niewyraźnie światełko. Radość z ratunku przez moment zdekoncentrowała podróżnika, na tyle aby okrutny huragan, porywał wędrowca do tyłu. Siła wiatru pozwala mu zatrzymać się dopiero kilkanaście sążni dalej. Zdeterminowany spogląda w kierunku, gdzie przed chwilą dostrzegł światło. Niestety, tym razem go nie dostrzega. Próbuje iść przed siebie, co przez chwilę uniemożliwia mu gwałtowniejszy poryw wiatru, który niemalże wyrywa mu kaptur z ręki. Kiedy udaje mu się zrobić kilka kroków, cichutko w głębi duszy wierzy, że za kilka chwil ponownie ujrzy światełko.
Mija trochę czasu, kiedy znowu postać widzi światło. Brnie w śniegu w jego kierunku. W pewnej chwili zaczyna dostrzegać niewyraźne zarysy płotu. Motywacja wzrasta, lecz sił jest coraz mniej. W końcu udaje mu się dotrzeć do ogrodzenia. Postać kurczowo chwyta się go ręką, niczym tonący deski, dając sobie czas na małą regenerację nadwątlonych sił,  dostrzega spod kaptura cienie budynku. Wkrótce podejmuje dalszy marsz, a niedługo później znajduje wejście na podwórze. Kilka minut później dociera pod drzwi. Z okna dolatuje ciepły blask ognia, oświetlając napis nad drzwiami:  „Gospoda pod Śpiącym Puszczykiem”. Postać otwiera drzwi, wpuszczając do środka lodowaty powiew wichru, niosącego ze sobą sporą ilość śniegu. Wędrowiec wszedł do środka i natychmiast ogarnęło go przyjemne ciepło oraz niezadowolone docinki gości. Karczmarz prędko doskoczył do drzwi, by je zamknąć, lecz wichura skutecznie mu to utrudniała przez dłuższą chwilę. Wreszcie, kiedy gospodarzowi udało się zamknąć drzwi, zwrócił się do tajemniczego przybysza, który nadal nie raczył ściągnąć głębokiego kaptura:
- Witam „Pod śpiącym puszczykiem”, czego szlachetny pan sobie życzy? – wędrowiec dopiero teraz mu się przyjrzał.
Właściciel gospody praktycznie niewiele różnił się od swoich kolegów po fachu. Tak samo jak pozostali posiadał sumiaste wąsy, spod których ledwie widać było usta, a także niemałych rozmiarów brzuch. Jeżeli przeprowadzono by konkurs na najbardziej okazały brzuch wśród karczmarzy, z pewnością gospodarz „Śpiącego Puszczyka” mógł liczyć na jedno z pierwszych miejsc. Niestety właściciel nie mógł się poszczyć zbyt okazałym wzrostem, ani też bujną fryzurą, gdyż na jego głowie pobłyskiwała łysina.
- Kufel gorącego, pitnego miodu i pokój. Ile waść bierzesz za noc? – spod kaptura odezwał się dźwięczny, głęboki, lecz zmęczony, męski głos.
- Dwie kanpele, szlachetny panie – odparł opasły karczmarz.
- Masz – przybysz sięgnął pod płaszcz i wyciągnął cztery srebrne monety, po chwili dzwoniące w dłoni zaskoczonego karczmarza.
- Dziękuję, wielmożny panie, wielce dziękuję – odpowiedział z niedowierzając hojności nowego gościa i szybko zniknął za barem.
                Przybysz zlustrował czujnym wzrokiem izbę. Oprócz niego w gospodzie znajdowało się jeszcze kilkunastu gości, na pozór zajętych swoimi talerzami i kuflami, najczęściej, z grzanym piwem, ale mężczyzna odniósł wrażenie, że jest bacznie obserwowany. Pomijając to, w gospodzie panowała sielska atmosfera. Drewna trzaskały w ogromnym kominku, zajmującym połowę krótszej ściany, dzięki czemu w całej gospodzie było przyjemnie ciepło. W pomieszczeniu mieściło się kilkanaście stołów z ławami, a ściany zdobiły myśliwskie trofea, zdradzając zamiłowania właściciela zajazdu. Tajemniczy mężczyzna ruszył w stronę stołu obok kominka, pragnąc się ogrzać, jednak cały czas nie ściągnął kaptura.
                Czekając, aż przyniosą mu zamówiony miód, wędrowiec niepostrzeżenie wyciągnął spod płaszcza niewielki, prosty sztylet i zaczął się nim bawić, umilając sobie w ten sposób mijający czas. Wkrótce podeszła do niego niezbyt wysoka brunetka o długich, kręconych włosach, ubrana w roboczy fartuch.
- Oto pański miód, panie… – powiedziała dźwięcznym głosem, kładąc kufel ciepłego napoju przed gościem.
- Ovil – burknął cicho pod nosem tajemniczy przybysz.
- Może wielmożny pan raczyłby ściągnąć kaptur, w izbie ciepło, a… - zaczęła nieśmiało odgarniając kosmyk włosów, który ciągle opadał na jej duże, zielone oczy.
- Lepiej nie. Zarówno dla mnie, jak i dla ciebie, moja droga – wyszeptał stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu głosem.
- Ale…
- Nie – wymownie błysnął sztyletem, a pod kapturem nagle zaświeciły groźnie dwa żółte punkciki.
Służka zrobiła przestraszoną minę. Nie potrzebowała więcej tłumaczeń, odwróciła się śpiesznie i zniknęła za ladą kontuaru.
Po kilku godzinach i paru sporych kawałków pieczonego dzika, nasz bohater postanowił udać się na spoczynek. Na piętrze gospody znajdowało się kilka pokoi dla gości. Mężczyźnie dostał się nieduży pokój z łóżkiem i zamykanym na klucz drewnianym kufrem. Zarówno ściany, podłoga jak i sufit były wykonane z drewna, zapewne z pobliskiego Starego Boru. Dopiero kiedy wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi, Ovil ściągnął kaptur. Spod niego wyłoniły się długie, falowane włosy o ognistym kolorze, trójkątna twarz oraz największy sekret tajemniczego przybysza – jaskrawożółte oczy.
Ovil nie wiedział, dlaczego mają taki, a nie inny kolor. Jego rodzice wraz z resztą mieszkańców niewielkiej wioski położonej na fiordach nad Oceanem Niezgłębionych Myśli zginęli w najeździe rycerzy Zakonu Śniegu, kiedy był jeszcze małym chłopcem. On sam uratował się wyłącznie dzięki matce, która zdążyła w porę wepchnąć ukochanego malca do tajnego przejścia, prowadzącego z ich domu w głąb lasu. Chłopiec nie uciekł jednak od razu, lecz przez dziurkę od klucza patrzył z przerażeniem jak bezlitośni żołnierze podcinają jego matce gardło, a jej ciało upada wprost na drzwi przejścia, umożliwiając mu bezpieczną ucieczkę. W tamtej dramatycznej chwili Ovil poprzysiągł zemstę bezdusznym rycerzom Zakonu. Kiedy po kilkunastu dniach tułaczki przez gęsty las znalazł wreszcie chatkę drwala, był tak nieludzko głodny, wycieńczony i przemarznięty, że ledwo stał na nogach. Gdyby nie futro, w które był ubrany, zamarzłby pierwszej nocy. Do tej pory żywił się jedynie ziarenkami z szyszek i znalezionym mięsem upolowanej przez jakiegoś drapieżnika, wiewiórki. Dodatkowo przedzieranie się przez wielkie śniegi po burzy śnieżnej, która kilka dni temu nawiedziła tamte tereny, także wycieńczało mały organizm dziecka. Na początku Ovil bał się podchodzić do domostw, nie chcąc naprowadzić rycerzy na swój trop, lecz w tamtej chwili był już zdesperowany. Drwal widząc wychudzone ciało chłopca wzruszył się głęboko i zaopiekował się nim. W ten sposób chłopiec rósł pod czujnym okiem opiekuna, najpierw na młodzieńca, a następnie na postawnego i dobrze wychowanego mężczyznę o rzadko spotykanej sile, którą posiadają jedynie najlepsi drwale i kowale. Jednakże bolesne doświadczenie z dzieciństwa odbiło na Ovil’u swoje piętno. Młody mężczyzna podchodził do każdego obcego z dużą dozą nieufności i wrogości.
                Pewnego ranka, drwal zawołał młodego Ovil’a bardzo smutnym, lecz jak zwykle stanowczym głosem. Kiedy młody mężczyzna stanął przed nim, drwal spojrzał na niego badawczym wzrokiem i pokiwał głową, mówiąc:
- Tak, jesteś już gotowy .
- Gotowy na co, wuju? – drwal właśnie tak prosił, aby Ovil się do niego zwracał, nie chciał zastępować mu jego ojca, choć jego podopieczny mgliście go pamiętał.
- Pamiętasz, gdy byłeś jeszcze małym szkrabem, opowiadałem ci mnóstwo historii. Teraz nadszedł czas, abyś odnalazł swoją.
- Dalej niewiele z tego rozumiem.
- Drogi chłopcze, jesteś młody i silny. Przyszedł czas rozstania. Wychowałem cię jak własnego syna i przekazałem wszystko, co wiedziałem. Pora, abyś wyruszył w świat i zaznał przygód.
- Ale… ja nie chce cię opuszczać – Ovil spuścił ze smutkiem głowę.
- Ani ja nie chcę, abyś mnie opuszczał. Ale taka jest kolej życia. Pamiętaj, zawsze będziesz w moim sercu, tak jak i ja będę w twoim. Tu masz mapę najbliższych okolic , ciepłą odzież, prowiant, broń, trochę kanpeli w sakwie. Na początek taki ekwipunek powinien ci wystarczyć – stary już i doświadczony drwal wskazał na rzeczy leżące na ławie przed ich domem.
Ovil tym razem odpowiedział milczeniem. Wiedział, że nie tylko jego przyszywany wujek nie ustąpi, ale i ma dużo racji. Tak naprawdę, Ovil już od kilku lat marzył o zwiedzeniu świata, o którym opowiadał mu jego opiekun. Śnił o dalekich podróżach, samotnych, epickich potyczkach z rycerzami Zakonu Śniegu i pomszczeniu śmierci rodziców, a najbardziej skrywanym marzeniem było zmierzenie się z Złą Cesarzową Nixavią. Obaj mężczyźni uściskali się mocno, nawet bardzo. Taka wieź zdarza się tylko między ojcem a synem.
Tego samego popołudnia Ovil wyruszył na spotkanie swojego przeznaczenia. Swoje kroki najpierw skierował na południowy-wschód, ku Occidenell. Podróż zajęła mu cały tydzień, mocno nadszarpując jego prowiant, jednak on ciągle nie dotarł do miasta. Po uzupełnieniu zapasów żywności w najbliższej wiosce, młody podróżnik wyruszył dalej kierując się dalej na wschód, zamierzając się dostać do celu swojej podróży. Po drodze zaskoczyła go jednak potężna burza śnieżna, podczas której znalazł gospodę „Pod Śpiącym Puszczykiem”.     
   Nasz bohater tej nocy miał bardzo niespokojny sen, jeden z kolejnych koszmarów z tamtej nocy. Znowu widział jak matka wręcz na siłę wpycha go do tunelu i jak w ostatniej chwili zatrzaskuje otwór i… . Nagle, Ovil wyczuł, że ktoś jest w pokoju i niebezpiecznie zbliża się do jego łóżka. Na szczęście, mądry opiekun nauczył go podstawowej rzeczy, o jakiej należy pamiętać, kiedy nocuje się poza domem. Rudowłosy mężczyzna wyczekał, aż postać podejdzie jeszcze bliżej, a kiedy była już w wystarczająco blisko, szybkim ruchem ręki wyciągnął sztylet spod poduszki i przystawił niedoszłemu napastnikowi do gardła. W tym samym momencie powietrze przedarł pisk wystraszonej służki.
- Chcia…łam ty..ty…tylko przynieść pa…pa…nu śnia…da… nie – wyjąkała przerażona służka, nerwowo spoglądając na ostrze przy gardle i kurczowo trzymając tacę z posiłkiem – jeśli pan soo..bie nie życzy … to wyy.. jdęęę… .
Ovil odetchnął głęboko i schował sztylet w skórzanej, wewnętrznej kieszonce buta. Nie podnosząc wzroku burknął:
- Na drugi raz zapukaj.
- Oczy…wiście, panie – odpowiedziała już nieco spokojniej służka, macając gardło, tak jakby upewniając się, czy aby na pewno jest całe. Spojrzała uważniej na przybysza:
 – Masz waszmość bardzo niezwykłe oczy, nigdy takich nie widziałam.
- Odstaw tacę, wyjdź i zapomnij o moich oczach. Dla swojego własnego dobra. Tych, co je pamiętali spotkał – mężczyzna uciął na chwilę, jakby pragnął dobrać odpowiednie słowa - bardzo niemiły los.
- Wedle życzenia waszmości – szybko odstawiła tacę na kufrze i już miała wyjść, kiedy z dołu usłyszeli głośny tupot żołnierskiego obuwia.
- Co się, u licha, dzieje? – dziewczyna już chciała wybiec, aby to sprawdzić, lecz Ovil jednym ruchem ręki ją zatrzymał i pokazał, aby zachowała ciszę.
Sam doskonale domyślał się co się mogło stać. Bezszelestnie zbliżył się do kufra i wyciągnął swoje rzeczy, ubrał się i otworzył okno. Do pokoju wlało się nieprzyjemne, mroźne powietrze, tymczasem z dołu dobiegał hałas wywracanych ław i krzyki przerażonego karczmarza.
- Gdzie on jest?! – głośny, świszczący głos dowódcy oddziału domagał się odpowiedzi.
-Nie wiem o kim mówicie, panie…
- Wczoraj wieczorem przybył tu mieszkaniec północy, ścigany przez nas bandyta. Ma żółte jak słońce źrenice.
- Nie wiem panie, czy o niego chodzi, ale… wczoraj podczas tej zawieruchy przybył do nas dziwny gość, nie ściągał kaptura, mimo iż ogień w kominie bucha i grzeje jak szalony….
- Który pokój?!
- Ależ panie, nie wiem czy…
- Ty psubracie! Nie będę się z tobą patyczkował dłużej! – wrzasnął dowódca i nie tracąc zbytnio czasu, pchnął właściciela zajazdu prosto w brzuch – Przeszukać pokoje! On tu jest! – drąc się, wydał rozkaz podwładnym.
Żołnierze wbiegli na piętro i wdarli się do pokoi gości. Kiedy otworzyli drzwi do pokoju Ovil’a, ten kucał wraz z kelnerką na parapecie okna i posłał im kpiące spojrzenie, a następnie zeskoczył, pociągając za sobą kobietę. Rycerze w mgnieniu oka dobiegli do okna i wyciągnęli łuki. Po chwili strzały leciały tuż obok uciekinierów, brnących po kolana w śniegu.
- Za nimi! Łajdaki pieprzone! –wrzask mocno wkurzonego dowódcy przeszywał do szpiku kości.
Jedynym schronieniem przed pogonią stanowiły obrzeża Starego Boru. Kiedy Ovil i kelnerka dotarli do pierwszych drzew, skryli się za nimi pragnąc uniknąć strzał łuczników. Jednak nie mieli zbyt dużo czasu na odpoczynek, reszta rycerzy była już połowie drogi między nimi a gospodą. Trzeba było uchodzić w głąb starodawnego lasu.
Ścigani co chwilę się potykali o ukryte pod śniegiem konary, lecz nadal uparcie biegli naprzód. Jednak dystans między nimi a grupą pościgową, powoli, lecz nieubłaganie się zmniejszał. Nagle kobieta znowu upadła, tym razem jednak miała trudności z podniesieniem się, Ovil spojrzał na nią i krzyknął:
- Wstawaj!
- Chyba zwichnęłam… Nieee!!! – zapiszczała głośno.
W tym momencie nad jej głową błysnęła biała klinga najszybszego z rycerzy, na szczęście Ovil, zaprawiony w bojach skutecznie zablokował cios.
-Wiej! – krzyknął, a dziewczyna niezdarnie wstała i próbowała biec, utykając lekko na prawą nogę.
Tymczasem Ovil parował kolejne sztychy przeciwnika, dając tym samym dziewczynie trochę czasu. Atak, obrona, pchnięcie, sztych, sparowanie, pojedynek stawał się coraz bardziej zacięty. Kiedy Ovil’owi udało się już zyskać niewielką przewagę, do rycerza Zakonu dołączyli jego towarzysze z oddziału. Sytuacja pogarszała się z każdą chwilą. W końcu Ovil’owi udało się trafić jednego z rycerzy i wbić mu miecz w podgardle. W tym momencie z kierunku, w którym uciekła jego towarzyszka do jego uszu dotarł przerażony pisk. Mężczyzna w mgnieniu oka wyciągnął miecz z ciała przeciwnika i ruszył biegiem w tamtą stronę. Zanim jego przeciwnicy zorientowali się co się stało, Ovil zyskał już nad nimi kilka metrów. Biegł już kilka chwil, kiedy nagle poślizgnął się i wpadł prosto w jakąś ciemną, leśną jamę. Tuż obok niego leżała nieprzytomna kelnerka. Bohater odciągnął jej ciało na bok, poza krąg światła, który wpadał do nory. Dla dodatkowego zabezpieczenia okrył ich szczelnie swoim płaszczem. Kiedy już byli pod nim, sprawdził puls dziewczyny. Na szczęście przeżyła upadek. W tym czasie usłyszał nad sobą pokrzykiwania żołnierzy.
- Ej, zniknął!
-Gdzieś musi być!
- Zgubiliśmy ich!
- ŻE CO?! WY TŁUSTE DARMOZJADY! ZNALEŹĆ MI ICH! NATYCHMIAST! – nagle wśród krzyków pojawił się przeszywający wrzask dowódcy.
Rycerze rozbiegli się prędko, nie chcąc denerwować swego przełożonego. Jeden z nich nawet zajrzał do jamy, w której byli Ovil i kelnerka z gospody. Jednak nie mogąc niczego dostrzec, wzruszył ramionami i wrócił do oddziału. Gdy dowódca dowiedział się o bezowocnych poszukiwaniach zaklął siarczyście i stwierdził, że Cesarzowa Nixavia się z nimi rozliczy z tej niekompetencji, następnie zarządził odwrót.
Ovil tymczasem zaczął cucić nieznajomą, klepiąc ją delikatnie po policzku. Kiedy dziewczyna powoli zaczęła otwierać oczy, na jego twarzy pojawił się niewielki uśmieszek.
- Hej, słyszysz mnie? Powiedz coś, jak masz na imię?
- Texanna – odpowiedziała mu słabym głosem i znowu zamknęła oczy.  



CDN.


Nie wiem czy nie przydługie, ale chyba daliście radę? Mam nadzieję, że się podobało. Nie wiem, kiedy pojawi się dalsza część, ale spokojnie będzie co czytać, ponieważ na blogu pojawią się też inne opowiadania i nie tylko ;-).


Megi

1 komentarz:

  1. Magda, mówiłam już, jesteś coraz lepsza w te klocki, mam nadzieję, że będziesz pisać dalej;)

    OdpowiedzUsuń