Hej, dzisiaj nowy przepis. Dziś zdradzę Wam jaką potrawą "zrobiłam wrażenie" na moim narzeczonym, a mianowicie zapiekanką ziemniaczaną. Jako, że jak głosi staropolskie przysłowie "przez żołądek do serca", postanowiłam zrobić coś extra. Niestety, extra oznacza trochę pracochłonności, ale za to danko jest proste, w smaku pycha, a w wersji "patelnianej", którą Wam podam, wygląda jak... pizzomlet XD. Serio. Zrobicie, to sami zrozumiecie dlaczego.
Zapiekanka ziemniaczana (wersja na małą patelnię; 2 os.)
Składniki:
6 dorodnych ziemniaków
1 duży pomidor lub 2 strąki czerwonej papryki (może być konserwowa)
15 dkg dowolnej wędliny
2 jajka
10 dkg sera żółtego
ketchup
sól, pieprz
olej
Wykonanie:
1. Obieramy ziemniaki i gotujemy je w osolonej wodzie (najlepiej zrobić to rano). Po ugotowaniu czekamy aż ostygną i kroimy je 2-3 cm plastry.
2. Na patelnię lejemy trochę oleju, tyle aby przykrył cieniutką warstwą dno. Na oleju układamy warstwę z połowy ziemniaków. Ważne, by ta warstwa była dość szczelna.
3. Na ziemniaki układamy warstwę pokrojonej w grubą kostkę wędliny.
4. Jajko wbijamy do garnka i roztrzepujemy. Kiedy zrobi się z niego jednolita paćka rozlewamy ją po całej patelni.
5. Teraz pora na pierwszą warstwę pomidora lub papryki, wczęśniej również pokrojonych w plastry, w tym momencie solimy i pieprzymy zapiekankę (ostrożnie z solą bo ziemniaki już były solone!)
6. Kolejna warstwa to wędlina, później znowu pomidor lub papryka.
7. Przedostatnia warstwa to druga połowa ziemniaków, na końcu układamy sera żółtego.
8. Dusimy naszą zapiekankę pod przykryciem na małym(!) ogniu ok. 15 minut. Potem gasimy gaz i czekamy kolejne 5 minut aby potrawa "doszła" (wiem, że ciężko wytrzymać, ten zapach pysznego jedzonka jest nie do zniesienia :-P)
9. W końcu dzielimy na równe części i polewamy do woli ketchupem i w końcu można powiedzieć: "SMACZNEGO!".
sobota, 31 marca 2012
piątek, 30 marca 2012
Kroniki Ludarvii - rozdział 2
Po małych problemach technicznych ze sprzętem wracam. Dziś "Kroniki Ludarvii", wiem że część z Was nie może się już doczekać, więc nie przedłużam i zapraszam do czytania oraz komentowania!
Rozdział II
Pożyteczny napad
Ovil siedział z podkurczonymi nogami pod jedną ze ścian
nory. Głowę oparł na kolanach smętnie wpatrując się w dziewczynę leżącą po
drugiej stronie jaskini. Była całkiem ładna, długie ciemne jak smoła loki delikatnie
opadały na jej niezbyt dużą, owalną twarz. Czasami, kiedy uśmiechała się przez
sen, mężczyzna spostrzegł, że wtedy pojawiają się na niej śmieszne, wręcz
dziecięce dołeczki. Powoli jego wzrok przesunął się z śpiącej twarzy młodej
kobiety na resztę jej ciała. Dopiero teraz zwrócił uwagę na jej filigranową figurę.
Jego towarzyszka była przeciętnego wzrostu, lecz posiadała niezwykle szczupłą
sylwetkę. Najwyraźniej ostatnio jej były szef płacił jej niewiele, więc nie
mogła sobie pozwolić na solidniejsze posiłki. Ovil zaczął się zastanawiać jak
taka kruszynka utrzymałaby się podczas takiego huraganu jaki przeszedł tędy dwa
dni temu. Wydawało mu się, że wystarczyłby mocniejszy poryw wiatru, by straciła
równowagę i została porwana.
Jakby na zawołanie do nory wpadł podmuch rozpędzonego
powietrza. Nie było ono jednak tak lodowate jak ostatnio. Tym razem mężczyzna
poczuł przyjemne ciepło na twarzy, Szła odwilż, co było dobrym znakiem dla
nich, dzięki temu podróż do Occidenell będzie znacznie łatwiejsza. Do miasta,
jak przypuszczał dzielił ich zaledwie dzień, może dwa dni drogi. Mógł się
jednak mylić w końcu nigdy nie był w tych okolicach.
Wtem pod przeciwległą ścianą nory, gdzie leżała dziewczyna dostrzegł
jakiś ruch. Podszedł bliżej by sprawdzić, co się dzieje.
- Gdzie ja jestem? – wyszeptała, jakby do siebie czarnowłosa,
siadając i niemrawo rozglądając się dookoła.
- Witaj, Texanna. Lepiej się czujesz? Pamiętasz
cokolwiek? - spytał dźwięcznym głosem.
- Kim jesteś? Skąd znasz moje imię?! – krzyknęła dziewczyna
z przerażeniem odkrywając, że nie jest sama i nerwowo odsunęła się od niego.
- Ciii… spokojnie –jedną rękę wyciągnął przed siebie, drugą
przyłożył w wymownym geście do ust, aby ją uciszyć – jestem Ovil. Byłem
gościem, w gospodzie gdzie pracowałaś. Pamiętasz? Potem był napad…
- … Rycerzy Zakonu, razem wyskoczyliśmy z okna i
uciekaliśmy przed nimi. Potem ja zwichnęłam kostkę, Ty zostałeś walczyć z nimi,
a ja zaczęłam uciekać dalej – dokończyła za niego, ale po chwili dodała – ale
więcej nie mogę sobie przypomnieć.
- Nic dziwnego, byłaś dwa dni nieprzytomna.
- Co takiego? – dziewczyna spojrzała na niego ze zdumieniem.
W odpowiedzi Ovil wzruszył jedynie ramionami, spojrzał na
otwór w ziemi, przez który docierało do nich słońce i usiadł obok niej.
- Rozumiem – odparła dziewczyna.
- Póki co, musimy się stąd zmywać. Żołnierze chyba cały czas
krążą po okolicy i w każdej chwili mogą nas znaleźć. Udamy się do Occiedenell i
tam się rozstaniemy. Nie mogę cię dłużej narażać. Znasz tam kogoś, u kogo
mogłabyś zamieszkać?
- Oczywiście. Wychowałam się tam. Co prawda moi rodzice już
nie żyją – tu Texanna urwała ze smutkiem na chwilę i odwróciła głowę w ten
sposób, by jej rozmówca nie widział jak do oczu podchodzą jej łzy.
- Przykro mi.
- Nie szkodzi. Każdego to kiedyś czeka – w jej głosie
zabrzmiała nuta tęsknoty i żalu – wracając do tematu, z tego co wiem w mieście
mieszka jeszcze mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, Roteg. Myślę, że
mogłabym u niego przez jakiś czas pomieszkać. Przynajmniej dopóki nie znajdę
nowej pracy i własnego kąta – spuściła głowę ze smutkiem, dopiero teraz
docierały do niej ponure konsekwencje, tego, co się wydarzyło.
- Spokojnie, Texanna. Przepraszam, to wszystko przeze mnie.
Wynagrodzę ci to jakoś.
- I tak już Ci coś zawdzięczam. Gdybyś ich nie zatrzymał
pewnie bym już nie żyła – uśmiechnęła się niepewnie.
-Może. Póki co musimy ruszać – Ovil wstał i wdrapał się po
stromym wejściu do jaskini.
Nieznacznie wychylił się na zewnątrz. W pobliżu nie
dostrzegł niczego podejrzanego, nie słyszał też żadnego nieprzyjaznego odgłosu
żołnierskich buciorów.
- Nie ma ich – spojrzał w stronę Tex i przynaglił ją ręką.
Ta podniosła się i chciała już zrobić pierwszy krok w jego
kierunku, lecz w tym samym momencie przypomniała o sobie zwichniętej kostce.
- Auć – szepnęła, ale próbowała iść dalej.
Ovil zaklął cicho pod nosem, tak by dziewczyna nie słyszała
i szybko podbiegł do niej.
- Zapomniałem o
twojej nodze. Właź – rzucił szorstko, odwrócił się plecami i przykucnął.
Tex spojrzała na niego z zaskoczeniem.
- Nie mamy czasu, a tylko tak nie będziesz nas opóźniać.
Nie mając dużego wyboru wdrapała się na jego sporych
rozmiarów plecy i mocno objęła jego szyję.
- Nie jestem za ciężka?
- To Ty już na mnie jesteś? Nic nie poczułem – odpowiedział
z przekąsem.
-Podrywacz - Tex zmrużyła jedynie oczy i cichutko
zachichotała.
- Trzymasz się mocno? – spytał nie komentując tej uwagi.
- Tak.
- To ruszamy – odpowiedział i ponownie zbliżył się do
wejścia.
Wokół jaskini wciąż na szczęście nie działo się nic
podejrzanego, dlatego też mężczyzna nie zastanawiając się zbytnio wyszedł na
zewnątrz i skierował się na południowy – wschód w głąb wypustki Starego Boru. To właśnie tam miał, według
jego mniemania, znajdować się gościniec prowadzący do miasta, z którego
pochodziła Tex.
Czekał ich przynajmniej dzień drogi przez gęsty las. Co
prawda, drzewa nie tutaj rosły tak blisko siebie jak chociażby w okolicy chatki
starego opiekuna Ovila, pomimo tego wędrówka wcale nie należała do
najprzyjemniejszych. Nic dziwnego, w końcu według legend Ludarvii pierwsze
drzewo w Starym Borze zasadził bóg urodzaju, słońca, harmonii i stwórca tegoż
świata, Tworswat. To właśnie dzięki tej boskiej interwencji las był aż taki
gęsty i różnorodny. Niestety, w czasach Ovila i Texanny nie cieszył on oka tak
bardzo jak ich przodków. W dawnych czasach, przed panowaniem okrutnej
Cesarzowej Nixavii, okolica ta tętniła życiem i wręcz ociekała różnymi
odcieniami zieleni. W puszczy było pełno zwierzyny, a w runie można było się
natknąć na grzyby, jeżyny oraz inne leśne owoce. Teraz po lesie krążyły jedynie
wygłodniałe drapieżniki szukające łatwego łupu, a z szmaragdowego raju zostały
jedynie poszarzałe już od długich, mroźnych lat igły sosen, świerków oraz jodeł.
Część z nich leżała już na ziemi, pokonana bądź przez starość, huraganowe
wiatry lub tony śniegu, zagradzając drogę zagubionym podróżnym, którzy odważyli
się zagłębić w Stary Bór, tak jak uciekinierzy z gospody „Pod Śpiącym
Puszczykiem”.
- Ovil – nieśmiało za jego pleców odezwał się piskliwy
głosik, który idealnie pasował do właścicielki.
- Tak?
- Nie masz ochoty odpocząć?
- Niezbyt się zmęczyłem – odpowiedział, bez większego wysiłku
przekraczając kolejny zwalony pień na ich drodze.
- Bo widzisz, chyba kojarzę gdzie jesteśmy. Niedaleko tu
jest polanka i…
- Znasz te okolice? – tym razem Ovil nie krył zdziwienia.
- Tak. Przecież mówiłam ci, że wychowałam się w Occidenell. I
zdarzyło się raz czy dwa wymknąć się do Boru – na twarzy Tex wymalowała się
mina niewiniątka, a jej towarzysz musiał przyznać, że wyglądała całkiem słodko,
ale nie dał się zwieść pozorom:
- Raz czy dwa, tak?
- Dobra, może więcej, ale to stare czasy. A ty skąd
pochodzisz?
- Hm – Ovil odwrócił wzrok i skutecznie udał zamyślenie,
zastanawiając się, na ile może dziewczynie zaufać - dorastałem u drwala w zachodnich krańcach
Starego Boru.
- Ooo, to pewnie dlatego jesteś taki wytrzymały i silny.
- Eee, dzięki – rudzielec nieco zmieszał się na te słowa,
gdyż jako samotnik, nie nawykł do komplementów, postanowił więc szybko zmienić
temat – To gdzie jest ta polana?
- W tamtą stronę – wskazała po krótkim namyśle Tex.
Rzeczywiście po kolejnej godzinie marszu znaleźli się na
skraju niewielkiej, polanki w kształcie jaja. Ovil spojrzał w niebo, które było
już koloru ciemnego lazuru, co oznaczało, że pora pomyśleć o noclegu.
- Cóż, wygląda na to, że pora zorganizować sobie w miarę
bezpieczne miejsce do spania – spojrzał na nieco przerażoną Texannę.
- Chcesz nocować pod gołym niebem?
- Tak – odparł, jakby to była najnormalniejsza rzecz na
świecie.
- Przecież my tu zamarzniemy!
- Spokojnie. Zanim się poznaliśmy, już nie raz tak
nocowałem.
- Ale… .
- Texanna, nie panikuj – powiedział delikatnie zdejmując
dziewczynę z ramion i stawiając na ziemi, widząc jej niepewny wyraz twarzy,
szybko poszperał w kieszeni spodni i wyciągnął z niej osełkę – wiesz co to?
- Wiem. Osełka, ale jak chcesz rozpalić ognisko w śniegu?
-Drwale mają na to sposoby. A teraz poczekaj tu chwilę,
muszę znaleźć trochę chrustu i innych rzeczy- nie czekając na odpowiedź
dziewczyny zagłębił się w las.
Kruczowłosa pozostawiona sama sobie zaczęła powoli kuśtykać
do najbliższego drzewa, usiadła, opierając się gruby pień jodły. Teraz spod
warstwy śniegu wystawała jedynie jej popiersie. Podniosła oczy ku niebu. Już
nieco ściemniało, lecz ciągle miało ten lekko szarawy odcień, którego tak
bardzo nie lubiła. W pewnym momencie zrobiło jej się zimno, więc szczelniej
otuliła się płaszczem Ovila. Jej niewielkich rozmiarów osóbka wręcz tonęła w
nim, ale Tex ani trochę to nie przeszkadzało. W tym odzieniu było jej dość
ciepło, zwłaszcza że przychodząc do pokoju Ovila wczorajszego ranka miała na
sobie jedynie cienki golf i tak samo cienkie spodnie oraz fartuch.
Zaczęła zastanawiać się, kim jest jej towarzysz. Z tego co
pamiętała, dowiedziała się o nim niewiele. Po pierwsze wychowywał go drwal w drugim
końcu Starego Boru, po drugie ścigają go żołnierze Nixavii. Poza tym, ma dziwne, lecz całkiem ładne żółte
oczy, które są powodem jego kłopotów. W dodatku odniosła wrażenie, że Ovil jest
bardzo nieufny i coś przed nią ukrywa. Za to potrafi nieźle posługiwać się
mieczem, ma niezwykłą siłę i wytrzymałość, a także jest honorowy i co jej niezwykle
imponowało, skromny.
- Tak. I potrafi obchodzić się z kobietami – mruknęła do
siebie, wspominając innych gości gospody, którzy nieraz ordynarnie ją
zaczepiali.
Rozejrzała się po okolicy, lecz w zasięgu wzroku wciąż nie
było widać rudzielca. Westchnęła i z nudów zaczęła kręcić wokół palca jednego
ze swoich loczków, wyglądała przy tym bardzo dziecinnie. Powoli zmęczenie
ostatnich dwóch dni zaczęło się odzywać. Była coraz bardziej znużona i senna.
Już prawie zamykała powieki, kiedy tuż przed sobą usłyszała nieprzyjazne
warczenie. Momentalnie podniosła wzrok i zobaczyła przed sobą trzy pary krwistoczerwonych
oczu lisów śnieżnych. W jednej chwili oprzytomniała i wyciągnęła zza paska
sztylet, który zwykła mieć stale przy sobie.
- A sio! Wynoście się, wy, wy… bestie! Nie jestem smaczna!
Sama skóra i kości! – krzyczała wymachując niepewnie bronią w kierunku
śnieżnobiałych zwięrząt.
Lisy najwyraźniej niewiele sobie robiły z takiej obrony,
gdyż wolno zaczęły zbliżać się do swej ofiary. Tex była coraz bardziej
przerażona.
- Ratunku! – krzyknęła – Ovil !!! Pomocy! Spadaj, ty, ty, zwierzaku!
– syknęła z paniką w głosie, gwałtownie kierując sztylet w kierunku lisa, który
podszedł niebezpiecznie blisko – Ovil!
W tym momencie powietrze przecięła strzała celnie godząc
jednego z lisów.
- Zostawcie ją! – z ciemności wyłonił się nagle rudzielec,
który wbiegł między dzikie zwierzęta, przy okazji raniąc jednego z nich i
zasłaniać sobą Texannę.
Najwyraźniej pojawienie się mężczyzny tylko rozwścieczyło
bestie, bo nie czekając na dalszy rozwój wypadków rzuciły się w ich kierunku.
Ovil szybkim blokiem odparł atak i sekundę później sam wyprowadził celny cios,
zabijając drugiego lisa. Ostatnie zwierzę najwyraźniej spostrzegło się, że
przeciwnik nie jest wcale taki łatwy, jakby się zdawało i zmieniło taktykę.
Powoli zaczęło okrążać parę. Przewidując jego ruchy, Ovil zmienił szybko
pozycję i zaatakował. Lis zręcznie odskoczył w bok, ale mężczyzna już
wyprowadzał kolejny cios, lecz z drugiej strony zabijając ostatnią bestię.
Odwrócił się do dziewczyny i stwierdził żartobliwie :
- Nawet na chwilę nie można cię spuścić z oczu.
- Dziękuję – powiedziała, tak jakby nie słyszała zdania,
które przed chwilą wypowiedział.
- Tylko tyle? – spytał, ale zanim zdążył się zorientować,
Texanna rzuciła mu się na szyję, przy okazji obdarzając go dużym całusem w
policzek – cóż, nie ma za co – dodał po chwili, uwalniając się z jej uścisku.
Tex opadła bezwładnie na drzewo i spojrzała w kierunku swojego
wybawcy.
- Pójdę po ten opał – już miał się odwrócić, kiedy
dziewczyna złapała go za rękaw.
- Nie zostawiaj mnie samej – powiedziała błagalnym i
przerażonym tonem.
- Texanna, zostawiłem go po drugiej stronie polany, zaraz
wrócę.
- Ale, ale… ja się boję. A nie możemy tam przenocować?
- Dobrze, już dobrze, chodź – westnął Ovil i ruszył wolno w
kierunku, gdzie w pośpiechu zostawił drewna.
Kiedy dotarli na miejsce, Texanna zobaczyła w śniegu
rozrzucony stos gałęzi i kamieni. Podeszła do pobliskiego drzewa, oparła się o
nie i zaczęła się przyglądać poczynaniom Ovila. Mężczyzna schylił się i zaczął
rozgrzebywać niemałych rozmiarów dziurę w śniegu i obkładać ją kamieniami na
wysokość pokrywy. Kiedy to skończył w środku zaczął układać pokaźny stos
drewna. Od razu można było dostrzec, że nie robi tego po raz pierwszy. Tex
patrzyła na to z lekkim powątpiewaniem, ale gdy przed nią buchnął wielki,
ciepły, przyjemny snop ognia nie kryła podziwu:
- Brawo!
- Ech, to nic takiego. Taki płomień powinien odstraszyć
lisy.
-Jesteś pewny?
-Tak sądzę. Nie przejmuj się nimi. Nawet tymi martwymi.
Dziewczyna mruknęła jedynie coś pod nosem i spojrzała na
drzewo, pod którym usiadła. Była to sosna. Jej igły były długie i twarde. W tym
momencie w niewielkiej główce zakiełkował niezły pomysł:
- Ovil, umiesz oprawiać zwierząta?
- Tak, a co?
- To jutro z tych lisów zrobię sobie nowy płaszcz –
stwierdziła wesoło i klasnęła z entuzjazmem w dłonie.
- Ciekawy pomysł. Ale to zrobimy rano, teraz chodźmy spać –
odpowiedział, siadając obok dziewczyny – Dobranoc.
- Dobranoc. Ovil, a i mów do mnie Tex – szepnęła, zamknęła
oczy i oparła się o jego ramię.
- Dobrze, Tex – odpowiedział cicho, ale nie zamknął oczu.
***
Spała spokojnie, kiedy nagle poczuła przyjemny zapach.
Niespiesznie zaczęła rozchylać powieki. Niedaleko jej Ovil właśnie smażył na
ułamanej gałęzi dwa soczyste kawałki mięsa.
- Lubisz dziczyznę? – spytał, kiedy dostrzegł, że dziewczyna
już nie śpi.
- Jasne – odpowiedziała, przeciągając się.
- Proszę – podał jej patyk z dwoma udźcami – Powinny być już
dobre.
- Dzięki – wzięła od niego jedzenie i po chwili dodała – za
wszystko. Jak dotrzemy do Occidenell spróbuję ci się jakoś odwdzięczyć.
- Wystarczy jak mnie nie wydasz – powiedział smutno, nabijając
kolejne porcje mięsa – tak przy okazji, znalazłem kilka ziół rano, powinny
pomóc na tą twoją nogę.
- Nie sądziłam, że znasz się na zielarstwie – odpowiedziała,
lekko zmieszana uczynnością mężczyzny.
Kiedy już zjedli śniadanie, Ovil zrobił Tex opatrunek z
kawałka jej fartucha i uzbieranych leczniczych liści.
- To powinno uśmierzyć ból przy chodzeniu – skomentował –
spróbuj wstać i przejść kilka kroków.
Kruczowłosa wstała nie pewnie i nieśmiało zrobiła krok do
przodu. Ból w kostce pojawił się, ale nie był na tyle mocny, by stanowić
specjalną przeszkodą w chodzeniu. Uśmiechnęła się słodko do mężczyzny:
- Działa – zrobiła jeszcze kilka kroków, podchodząc do
jednej sosen i urwała dwie igły – teraz do roboty.
Rudzielec widząc, że Texanna naprawdę zamierza uszyć sobie
ubranie, wzruszył jedynie ramionami i zaczął sobie czyścić broń.
Po kilkunastu godzinach wspólnego milczenia, płaszcz był
niemalże gotowy. Tex podniosła swoje dzieło do góry i przymierzyła. Pasował
idealnie.
- Hehe… to teraz będę podróżował z głową – zaśmiał się Ovil,
na jej widok.
Po chwili dołączyła do niego dziewczyna, spostrzegając, że
jej odzienie prawie doskonale zlewa się z otoczeniem, czyniąc ją niewidzialną.
- To co, idziemy? – spytała.
Ovil popatrzył w niebo, chcąc zgadnąć ile im zostało do
końca dnia.
-
Chyba nie zdążymy przed zachodem słońca. Spędzimy tutaj jeszcze jedną noc, a z
samego rana ruszamy – zawyrokował rzeczowym tonem.
środa, 21 marca 2012
Cykl ekonomiczny cz. 2 - Czyli komentarz do słynnej wypowiedzi pana wicepremiera
Zapewne każdy z Was pamięta słynną wypowiedź naszego wicepremiera Pawlaka o jego oczekiwaniach (a raczej ich braku) co do państwowych emerytur. Moim zdaniem pan Pawlak jak rzadko kiedy był z Polakami do końca szczery. Świadczy o tym chociażby fakt późniejszego rugania go za tę wypowiedź od premiera Tuska i szybkim wycofaniu się ze stanowiska, że tak naprawdę przyszli emeryci nie mają na co liczyć i lepiej samemu zatroszczyć się o swoją przyszłość. Dlaczego? Po pierwsze: w ciągu ostatniego pół roku chyba najlepiej odczuliśmy co o nas myśli partia rządząca (jeśli mam być konkretna i zarazem delikatna mają nas gdzieś), a poza tym obecny system emerytalny jest do kosza:
1. częściowo emerytury mają być brane z zarobków... naszych dzieci i wnuków, których jak wiemy jest coraz mniej i właściwie to państwo powinno ostro zainwestować politykę prorodzinną a nie w "wiek emerytalny".
2. Druga część emerytur ma być finansowanych ze środków państwowych. Brzmi to nawet nieźle, tyle że jest mały problem. A właściwie to duży jak nasza dziura budżetowa. W moim mniemaniu, skoro obecny budżet nie radzi sobie z obecnymi wydatkami to powinno się je zmniejszać, a nie powiększać. A skoro powiększamy wydatki budżetowe to musimy mieć na nie kasę. A znając pomysły Tuska i Rostowskiego bez żadnych skrupułów mogą znów podwyższyć podatki. Co rzecz jasna zwiększy nasze koszty utrzymania.
W takim razie jak możemy się zabezpieczyć? To przede wszytskim zależy w jakim jesteśmy wieku, jakie mamy środki finansowe i jakie ryzyko jesteśmy w stanie podjąć.
Jeżeli dopiero wchodzimy w życie i mamy małe dochody, wbrew pozorom dobrze jest zainwestować w lokaty. Trzeba tu jednak bardzo uważać. Przede wszystkim przy wyborze lokaty musimy zwrócić uwagę, w jakim banku ją zakładamy, jak ten bank inwestuje swoje środki finansowe. Szczególnie teraz w dobie kryzysu, jeśli słyszmy że dany bank skupuje obligacje krajów "chwiejących się gospodarczo" lepiej wykreślić go z naszej listy. Dlatego warto omijać banki śródziemnomorskie i angielskie, jesli chodzi o Europę. Względnie bezpieczne są banki niemieckie, szwajcarskie, skandynawskie oraz, uwaga, nasz ojczysty: PKO BP. Wbrew pozorom PKO BP ma całkiem mądrych analityków. Ważne jest też oprocentowanie i warunki lokaty. Ciekawym instrumentem finansowym są też polisy lokacyjne, omijające podatek Belki (przypominam, jest to aż 19%).
Kiedy jesteśmy już ustatkowani, mamy stałe dochody, a także lubimy ryzyko można się zacząć poważnie zastanowić nad kupnem akcji. Co prawda, jest kryzys, ale to nie znaczy, że nie można na nim zarobić. Niezły paradoks. Trzeba się skupić tak naprawdę na grze na tzw. "spadkach" i kasa wraca do kieszeni z niezłym profitem. Jest to jednak działka dla osób o mocnych nerwach. Bardziej bezpieczne są fundusze inwestycyjne. Tu zwracamy uwagę na termin wykupu jednostek!
A co zrobić, kiedy zbliżamy się już do jesieni życia? Tu polecam obligacje skarbowe, najbezpieczniejszą z inwestycji. Nie polecam bynajmniej obligacji krajów, które mają kłopoty z gospodarką (typu: Grecja, Włochy Hiszpania, Irlandia).
1. częściowo emerytury mają być brane z zarobków... naszych dzieci i wnuków, których jak wiemy jest coraz mniej i właściwie to państwo powinno ostro zainwestować politykę prorodzinną a nie w "wiek emerytalny".
2. Druga część emerytur ma być finansowanych ze środków państwowych. Brzmi to nawet nieźle, tyle że jest mały problem. A właściwie to duży jak nasza dziura budżetowa. W moim mniemaniu, skoro obecny budżet nie radzi sobie z obecnymi wydatkami to powinno się je zmniejszać, a nie powiększać. A skoro powiększamy wydatki budżetowe to musimy mieć na nie kasę. A znając pomysły Tuska i Rostowskiego bez żadnych skrupułów mogą znów podwyższyć podatki. Co rzecz jasna zwiększy nasze koszty utrzymania.
W takim razie jak możemy się zabezpieczyć? To przede wszytskim zależy w jakim jesteśmy wieku, jakie mamy środki finansowe i jakie ryzyko jesteśmy w stanie podjąć.
Jeżeli dopiero wchodzimy w życie i mamy małe dochody, wbrew pozorom dobrze jest zainwestować w lokaty. Trzeba tu jednak bardzo uważać. Przede wszystkim przy wyborze lokaty musimy zwrócić uwagę, w jakim banku ją zakładamy, jak ten bank inwestuje swoje środki finansowe. Szczególnie teraz w dobie kryzysu, jeśli słyszmy że dany bank skupuje obligacje krajów "chwiejących się gospodarczo" lepiej wykreślić go z naszej listy. Dlatego warto omijać banki śródziemnomorskie i angielskie, jesli chodzi o Europę. Względnie bezpieczne są banki niemieckie, szwajcarskie, skandynawskie oraz, uwaga, nasz ojczysty: PKO BP. Wbrew pozorom PKO BP ma całkiem mądrych analityków. Ważne jest też oprocentowanie i warunki lokaty. Ciekawym instrumentem finansowym są też polisy lokacyjne, omijające podatek Belki (przypominam, jest to aż 19%).
Kiedy jesteśmy już ustatkowani, mamy stałe dochody, a także lubimy ryzyko można się zacząć poważnie zastanowić nad kupnem akcji. Co prawda, jest kryzys, ale to nie znaczy, że nie można na nim zarobić. Niezły paradoks. Trzeba się skupić tak naprawdę na grze na tzw. "spadkach" i kasa wraca do kieszeni z niezłym profitem. Jest to jednak działka dla osób o mocnych nerwach. Bardziej bezpieczne są fundusze inwestycyjne. Tu zwracamy uwagę na termin wykupu jednostek!
A co zrobić, kiedy zbliżamy się już do jesieni życia? Tu polecam obligacje skarbowe, najbezpieczniejszą z inwestycji. Nie polecam bynajmniej obligacji krajów, które mają kłopoty z gospodarką (typu: Grecja, Włochy Hiszpania, Irlandia).
niedziela, 18 marca 2012
The Another Gene - cz.2
Witam, po przerwie! Niestety miałam naukę na poprawki, stąd nie było notek, ale już wracam. Dzisiaj postanowiłam pokazać Wam, drodzy Czytelnicy, kolejny odcinek przygód Magdy z TAG-u. Dla znawców SG - na potrzeby ficka musiałam umieścić wcześniej odkrycie genu. Rzecz jasna, wszystkie postacie oraz urządzenia oprócz Magdy i hmmm... pewnych urządzonek które dopiero pojawią się w przyszłym odcinku należą do MGM. Dobra formalności były pora na zabawę, czyli to co O'neill lubi najbardziej ;-). Zapraszam! Czekam na komenty!!!
Ostatnie ciepłe promienie zachodzącego wiosennego słońca wesoło muskały twarze spacerujących, także Magdy, która właśnie wracała z zajęć i postanowiła skorzystać z pięknej pogody i odreagować ostatnie przeżycia. Dużo się wydarzyło. To była jej pierwsza chwila relaksu od wyjścia ze szpitala. Przez pobyt tam narobiła sobie trochę zaległości i teraz musi wszystko nadrabiać. W dodatku dowiedziała się, że jutro jej grupa ma kolokwium z angielskiego. Nic dobrego to nie wróżyło, ale doskonale wiedziała, że jeśli nie uporządkuje myśli i spraw w głowie to będzie jeszcze gorzej. Teraz jednak rozkoszowała się trwającą chwilą. Śpiewające ptaszki, młode pączki na drzewach, ciepłe promienie słońca i ta cisza… CISZA?! Cisza na Plantach? Magda zaczęła się trochę nerwowo rozglądać, zastanawiając się, gdzie podziali się inni przechodnie. Nie zauważyła jednak nic podejrzanego. Wzruszyła ramiona i ruszyła dalej. Po chwili za nią rozległ się cichy trzask łamanej gałązki. Odwróciła się w kierunku, z którego dochodził dźwięk. . Zza drzewa mierzył do niej z „wężyka” jeden z goryli, którzy nie tak dawno ją napadli, dokładnie z tej samej broni co ostatnio. Sam miała rację, wrócili. Napastnik nacisnął spust i…
- PADNIJ!!! – Zza drzewa obok dziewczyny wyskoczył pułkownik, powalając dziewczynę na ziemię i ochraniając ją od strzału.
- Puł…
- Cicho. Carter, zdejmij go – powiedział i przyłożył jej palec do ust – za to drzewo. Szybko.
Pobiegli do najbliższego drzewa, a za innego major strzeliła serią z „wężyka” do napastnika, który nagle rozpłynął się w powietrzu.
- No, teraz skończ, jeśli chcesz – pułkownik uśmiechnął się do studentki.
- Skąd się…
- … wiedzieliśmy? Zdecydowałem się na obserwację ciebie. Znam aż za dobrze tych gości - Magda spojrzała pytająco na O’ Neilla, a ten jedynie odpowiedział z niewinnym uśmieszkiem – zabierali mi zabawki w piaskownicy.
Studentka spróbowała wyobrazić sobie małego Jacka i roześmiała się.
- I dlatego ich tak nie lubisz? – Spytała.
- To oficjalna wersja. A właśnie myślałaś o klauzuli?
- Ups… przepraszam, ale przez ten cały szpital, mam trochę zaległości i nie za bardzo miałam, kiedy się za to zabrać – zarumieniła się delikatnie.
- No, ale jak widzisz oni nie odpuszczają – powiedział zbliżający się do nich dr Jackson.
- Ale przecież on zniknął.
- Przyślą następnego – wtrąciła się major, która też doszła do nich.
- To ich jest więcej?
- Niestety – zakończył pułkownik.
Magda spuściła głowę. Praktycznie nie miała wyboru. Jeżeli tych gości jest więcej, to nie wyrobi. Ale jeśli to blef?
- Magda, spójrz mi w oczy, może i znamy się dopiero dwa dni, nie masz podstaw by mi ufać, ale… - Jack urwał, nigdy nie był dobry w tych klockach – od twojej decyzji, może zależeć o wiele więcej niż myślisz. Możliwe, że nawet więcej niż ja myślę.
Dziewczyna posłuchała go. Spojrzała w intensywnie brązowe oczy pułkownika, a co najważniejsze szczere. Takie miała przeczucie. Niby, w takich chwilach to przeczucie nigdy jej nie zawodziło, ale… teraz miała przed sobą oficera amerykańskiego wojska. Musieli go ćwiczyć. Jednak odkąd tylko sięgała pamięcią, zawsze to wyczuwała i to trafnie.
- Sama nie wiem – szepnęła, ciągle nie była zdecydowana, nawet po tym, co stało się dosłownie przed chwilą.
- Magda, oni nie odpuszczają nigdy. Przyślą wkrótce kogoś następnego. Nie opędzisz się od tych wielbicieli.
- Ale… jak nie będę wam potrze…
- Będziesz. I wiesz, co? Nie wiem, skąd mi się to bierze. Nie rozumiem tego, ale… polubiłem cię. A moją przyjaźń jest zdobyć wyjątkowo trudno. Jak nie wierzysz, możesz spytać Jacksona. I tak się składa, że ja moich przyjaciół nie krzywdzę i nie pozwalam, aby ich krzywdzono. Jasne? Więc, jeśli podpiszesz ten papierek, pojedziesz z nami, pomożesz i nagle staniesz się nie potrzebna to poruszę wszystkie kontakty, żeby nic ci nie zrobili. No, chyba, że puścisz parę. Łapiesz?
Magda uważnie wysłuchała pułkownika. Tym razem była pewna, że mówi serio. A skoro tak… to może jednak warto się zgodzić.
- Łapię, łapię. I ja też nie mam pojęcia, dlaczego, ale ufam pa.. Ci, Jack - zmieniła wersje widząc wyraz twarzy pułkownika – No, to co? Lecę z wami.
- A klauzula? – Przypomniał Daniel.
- Nie mam jej przy sobie. Ale jak wrócę do domu, złożę na niej podpis.
- O. K. To, co jutro z rana odlot? – Spytał Jack, przeciągając się.
- Nie! Ja mam jutro kolosa wieczorem! Nie chcę mieć większych zaległości – Magda skrzywiła się na propozycję.
- Ej, chyba nie jesteś kujonką?
- Nie jestem, tylko… - dziewczyna spuściła i pokręciła głową – doktorze Jackson może im to pan wytłumaczyć?- Spojrzała błagalnym wzrokiem na Daniela.
- Jack, jeden dzień nie zrobi tak wielkiej różnicy, a ona może sobie narobić sporych zaległości. Na takich studiach o to naprawdę łatwo.
- Dobra. Pojutrze o 8.00 pod terminalem odlotów. Z podpisaną klauzulą, jasne?
- Jak słońce.
Wojskowy Szpital Kliniczny w Krakowie
„Białe więzienie” – tak o swym położeniu myślała jedna z
pacjentek szpitala. Krótko ścięta szatynka, mimo że czuła się już całkiem
dobrze, ciągle nie dostawała wypisu do domu. Pielęgniarki i lekarz prowadzący
sprawnie uchylali się od odpowiedzi. Na początku myślała, że wykryto u niej
jakąś chorobę, ale szybko zmieniła zdanie. Zainteresował się nią, a raczej
ludźmi, którzy ją napadli, wojsko, a ściślej wywiad. Chodziło im o broń, użytą w
trakcie zajścia. Nie podobało jej się to. Może i lubiła filmy szpiegowskie, ale
wiedziała, że bliższa współpraca może się dla niej źle skończyć. Wystarczy, że
przestanie być potrzebna i… nie chciała nawet o tym myśleć.
Tymczasem leżała w biało-kremowym, szpitalnym łóżku, czytając jedno z kolorowych pism. Właśnie miała zacząć czytać artykuł o swoim ulubionym aktorze, gdy do pokoju weszła pielęgniarka i dwóch obcych mężczyzn. Jeden z nich, wyglądał na starszego, jego włosy zdążyła już przyprószyć siwizna. Jednak nie wydało się studentce, aby był w kiepskiej formie, wręcz przeciwnie. Z poprzednich „dziwnych odwiedzin” podobnych typów wnioskowała, że to pewnie jakiś oficer. Natomiast drugi mężczyzna, wyraźnie młodszy z ciemnymi włosami, nosił okulary i wyglądał na stereotypowego naukowca.
- To pułkownik Jack O’neill i doktor Daniel Jackson z Amerykańskich Sił Powietrznych. Chcieli z Tobą porozmawiać - oznajmiła siostra i zostawiła zdziwioną dziewczynę sam na sam z gośćmi.
- A-me-ry-kań-skich? Sił Powietrznych? No dobra, oficjalnie, to jest co najmniej dziwne - powiedziała Magda, patrząc to na pułkownika to na doktora, którzy zdążyli się już rozsiąść na sąsiednich łóżkach.
- I’m very sorry, but my English is quaite bad, so...- zaczęła nawijać kiepską angielszyczyzną. Ten język był jej piętą achillesową na studiach. Ale nie zdążyła dokończyć.
- Twój angielski jest świetny. A i wystarczy jak będziesz mi mówiła Jack - wtrącił pułkownik, uśmiechając się przyjaźnie. I to czystym polskim! Bez jakiegokolwiek cienia amerykańskiego akcentu!
- Powoli, mówicie po pol-sku?
- Tak - odpowiedział dr Jackson - Dzięki translatorom. Z resztą dość często używanym.
- Aaa… taki trick. No, ale niestety nie będę mogła pomóc. Wszystko już powiedziałam policji. Przykro mi - dziewczyna wzruszyła lekko ramionami.
Pułkownik i doktor wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Ale nam nie do końca chodzi o tamten napad – zaczął dr Jackson.
- Jak to?
- Cóż. Więcej szczegółów dowiesz się, gdy podpiszesz to - powiedział Daniel i podsunął jej kartkę. Magda spojrzała na nią i zamknęła oczy. Teraz, to się już naprawdę wpakowała w niezłe tarapaty. Przed nią leżała klauzula poufności.
- Yyy…a od kiedy Siły Powietrzne są tajnymi służbami? – Zagadała.
- No, praktycznie rzecz biorąc już dość długo… - zamyślił się pułkownik.
- Mniejsza z tym, i tak nie podpisze tego.
- No, nie mów, że nie chcesz wiedzieć, dlaczego tu przyszliśmy! – Jack przekrzywił głowę na bok.
- Nie. Nie chcę.
- Ale dlaczego?
- Z prostego powodu puł.. Jack. Wystarczy, że przestanę być potrzebna i… - Magda przejechała sobie palcem po szyi w wymownym geście.
- Nie przestaniesz być – studentka zrobiła zdziwiona minę na słowa, wypowiedziane przez doktora. – Jack, jak jej nie powiemy ogólnie o genie to nici z wypełnienia misji.
- Daniel!- Wrzasnął pułkownik.
- Zaraz, o jakim genie mówisz?- Studentka patrzyła z coraz to większym zdziwieniem na Jacksona.
- Podejrzewamy, że masz bardzo rzadki gen, pozwalający na uruchamianie pewnych urządzeń.
- Ale skąd wiecie?
- Nie wiemy, podejrzewamy. Aby, to stwierdzić na 100% musimy przeprowadzić badania u nas, w USA. Te urządzenia są nam wyjątkowo potrzebne. Zależy nam na tym i na Tobie.
- Dobra, jeszcze raz: to skąd te podejrzenia?
- Z wyników Twoich badań – do sali weszła wysoka, krótko ścięta blondynka.
- O! Sam! Może Ty ją przekonasz? My z Danielem nie dajemy rady – powiedział kiepsko udawanym błagalnym głosem pułkownik.
- Witaj, jestem major Samantha Carter, właściwie to czemu nie chcesz z nami pojechać? – Uśmiechnęła się do Magdy kobieta.
- No, jak to? Wystarczy, że przestanę wam być potrzebna. Z resztą, O.K. załóżmy, że się zgodzę i pojadę z Wami do tej Ameryki i co? Przecież ja studiuje, mam tu rodzinę i… nie tylko.
- Jeśli chodzi o uczelnię, nie martw się. Załatwimy Ci dziekankę albo jakąś wymianę międzynarodową – stwierdziła Sam – a jeśli chodzi o to, że przestaniesz być potrzebna w to wątpię. Co chwilę znajdujemy coś, co mogą uchronić tylko tacy jak Ty. Poza tym ci goście mogą tu wrócić, a my zapewnimy ci ochronę, rzecz jasna, jeśli podpiszesz.
- No dobra, a moja rodzina? Znajomi, przyjaciele?
- Powiesz im tą oficjalną wersję. Proste – wymyślił Daniel – np. że dostałaś się na wymianę.
- Nie, nie. Ja to muszę sama przemyśleć. Dacie mi czas?
- Jasne - rzucił Jack i wszyscy wyszli. Magda została sama rozmyślając nad tym czy wziąć długopis do ręki i zaryzykować.
Tymczasem leżała w biało-kremowym, szpitalnym łóżku, czytając jedno z kolorowych pism. Właśnie miała zacząć czytać artykuł o swoim ulubionym aktorze, gdy do pokoju weszła pielęgniarka i dwóch obcych mężczyzn. Jeden z nich, wyglądał na starszego, jego włosy zdążyła już przyprószyć siwizna. Jednak nie wydało się studentce, aby był w kiepskiej formie, wręcz przeciwnie. Z poprzednich „dziwnych odwiedzin” podobnych typów wnioskowała, że to pewnie jakiś oficer. Natomiast drugi mężczyzna, wyraźnie młodszy z ciemnymi włosami, nosił okulary i wyglądał na stereotypowego naukowca.
- To pułkownik Jack O’neill i doktor Daniel Jackson z Amerykańskich Sił Powietrznych. Chcieli z Tobą porozmawiać - oznajmiła siostra i zostawiła zdziwioną dziewczynę sam na sam z gośćmi.
- A-me-ry-kań-skich? Sił Powietrznych? No dobra, oficjalnie, to jest co najmniej dziwne - powiedziała Magda, patrząc to na pułkownika to na doktora, którzy zdążyli się już rozsiąść na sąsiednich łóżkach.
- I’m very sorry, but my English is quaite bad, so...- zaczęła nawijać kiepską angielszyczyzną. Ten język był jej piętą achillesową na studiach. Ale nie zdążyła dokończyć.
- Twój angielski jest świetny. A i wystarczy jak będziesz mi mówiła Jack - wtrącił pułkownik, uśmiechając się przyjaźnie. I to czystym polskim! Bez jakiegokolwiek cienia amerykańskiego akcentu!
- Powoli, mówicie po pol-sku?
- Tak - odpowiedział dr Jackson - Dzięki translatorom. Z resztą dość często używanym.
- Aaa… taki trick. No, ale niestety nie będę mogła pomóc. Wszystko już powiedziałam policji. Przykro mi - dziewczyna wzruszyła lekko ramionami.
Pułkownik i doktor wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Ale nam nie do końca chodzi o tamten napad – zaczął dr Jackson.
- Jak to?
- Cóż. Więcej szczegółów dowiesz się, gdy podpiszesz to - powiedział Daniel i podsunął jej kartkę. Magda spojrzała na nią i zamknęła oczy. Teraz, to się już naprawdę wpakowała w niezłe tarapaty. Przed nią leżała klauzula poufności.
- Yyy…a od kiedy Siły Powietrzne są tajnymi służbami? – Zagadała.
- No, praktycznie rzecz biorąc już dość długo… - zamyślił się pułkownik.
- Mniejsza z tym, i tak nie podpisze tego.
- No, nie mów, że nie chcesz wiedzieć, dlaczego tu przyszliśmy! – Jack przekrzywił głowę na bok.
- Nie. Nie chcę.
- Ale dlaczego?
- Z prostego powodu puł.. Jack. Wystarczy, że przestanę być potrzebna i… - Magda przejechała sobie palcem po szyi w wymownym geście.
- Nie przestaniesz być – studentka zrobiła zdziwiona minę na słowa, wypowiedziane przez doktora. – Jack, jak jej nie powiemy ogólnie o genie to nici z wypełnienia misji.
- Daniel!- Wrzasnął pułkownik.
- Zaraz, o jakim genie mówisz?- Studentka patrzyła z coraz to większym zdziwieniem na Jacksona.
- Podejrzewamy, że masz bardzo rzadki gen, pozwalający na uruchamianie pewnych urządzeń.
- Ale skąd wiecie?
- Nie wiemy, podejrzewamy. Aby, to stwierdzić na 100% musimy przeprowadzić badania u nas, w USA. Te urządzenia są nam wyjątkowo potrzebne. Zależy nam na tym i na Tobie.
- Dobra, jeszcze raz: to skąd te podejrzenia?
- Z wyników Twoich badań – do sali weszła wysoka, krótko ścięta blondynka.
- O! Sam! Może Ty ją przekonasz? My z Danielem nie dajemy rady – powiedział kiepsko udawanym błagalnym głosem pułkownik.
- Witaj, jestem major Samantha Carter, właściwie to czemu nie chcesz z nami pojechać? – Uśmiechnęła się do Magdy kobieta.
- No, jak to? Wystarczy, że przestanę wam być potrzebna. Z resztą, O.K. załóżmy, że się zgodzę i pojadę z Wami do tej Ameryki i co? Przecież ja studiuje, mam tu rodzinę i… nie tylko.
- Jeśli chodzi o uczelnię, nie martw się. Załatwimy Ci dziekankę albo jakąś wymianę międzynarodową – stwierdziła Sam – a jeśli chodzi o to, że przestaniesz być potrzebna w to wątpię. Co chwilę znajdujemy coś, co mogą uchronić tylko tacy jak Ty. Poza tym ci goście mogą tu wrócić, a my zapewnimy ci ochronę, rzecz jasna, jeśli podpiszesz.
- No dobra, a moja rodzina? Znajomi, przyjaciele?
- Powiesz im tą oficjalną wersję. Proste – wymyślił Daniel – np. że dostałaś się na wymianę.
- Nie, nie. Ja to muszę sama przemyśleć. Dacie mi czas?
- Jasne - rzucił Jack i wszyscy wyszli. Magda została sama rozmyślając nad tym czy wziąć długopis do ręki i zaryzykować.
***
Dwa dni później, Planty KrakowskieOstatnie ciepłe promienie zachodzącego wiosennego słońca wesoło muskały twarze spacerujących, także Magdy, która właśnie wracała z zajęć i postanowiła skorzystać z pięknej pogody i odreagować ostatnie przeżycia. Dużo się wydarzyło. To była jej pierwsza chwila relaksu od wyjścia ze szpitala. Przez pobyt tam narobiła sobie trochę zaległości i teraz musi wszystko nadrabiać. W dodatku dowiedziała się, że jutro jej grupa ma kolokwium z angielskiego. Nic dobrego to nie wróżyło, ale doskonale wiedziała, że jeśli nie uporządkuje myśli i spraw w głowie to będzie jeszcze gorzej. Teraz jednak rozkoszowała się trwającą chwilą. Śpiewające ptaszki, młode pączki na drzewach, ciepłe promienie słońca i ta cisza… CISZA?! Cisza na Plantach? Magda zaczęła się trochę nerwowo rozglądać, zastanawiając się, gdzie podziali się inni przechodnie. Nie zauważyła jednak nic podejrzanego. Wzruszyła ramiona i ruszyła dalej. Po chwili za nią rozległ się cichy trzask łamanej gałązki. Odwróciła się w kierunku, z którego dochodził dźwięk. . Zza drzewa mierzył do niej z „wężyka” jeden z goryli, którzy nie tak dawno ją napadli, dokładnie z tej samej broni co ostatnio. Sam miała rację, wrócili. Napastnik nacisnął spust i…
- PADNIJ!!! – Zza drzewa obok dziewczyny wyskoczył pułkownik, powalając dziewczynę na ziemię i ochraniając ją od strzału.
- Puł…
- Cicho. Carter, zdejmij go – powiedział i przyłożył jej palec do ust – za to drzewo. Szybko.
Pobiegli do najbliższego drzewa, a za innego major strzeliła serią z „wężyka” do napastnika, który nagle rozpłynął się w powietrzu.
- No, teraz skończ, jeśli chcesz – pułkownik uśmiechnął się do studentki.
- Skąd się…
- … wiedzieliśmy? Zdecydowałem się na obserwację ciebie. Znam aż za dobrze tych gości - Magda spojrzała pytająco na O’ Neilla, a ten jedynie odpowiedział z niewinnym uśmieszkiem – zabierali mi zabawki w piaskownicy.
Studentka spróbowała wyobrazić sobie małego Jacka i roześmiała się.
- I dlatego ich tak nie lubisz? – Spytała.
- To oficjalna wersja. A właśnie myślałaś o klauzuli?
- Ups… przepraszam, ale przez ten cały szpital, mam trochę zaległości i nie za bardzo miałam, kiedy się za to zabrać – zarumieniła się delikatnie.
- No, ale jak widzisz oni nie odpuszczają – powiedział zbliżający się do nich dr Jackson.
- Ale przecież on zniknął.
- Przyślą następnego – wtrąciła się major, która też doszła do nich.
- To ich jest więcej?
- Niestety – zakończył pułkownik.
Magda spuściła głowę. Praktycznie nie miała wyboru. Jeżeli tych gości jest więcej, to nie wyrobi. Ale jeśli to blef?
- Magda, spójrz mi w oczy, może i znamy się dopiero dwa dni, nie masz podstaw by mi ufać, ale… - Jack urwał, nigdy nie był dobry w tych klockach – od twojej decyzji, może zależeć o wiele więcej niż myślisz. Możliwe, że nawet więcej niż ja myślę.
Dziewczyna posłuchała go. Spojrzała w intensywnie brązowe oczy pułkownika, a co najważniejsze szczere. Takie miała przeczucie. Niby, w takich chwilach to przeczucie nigdy jej nie zawodziło, ale… teraz miała przed sobą oficera amerykańskiego wojska. Musieli go ćwiczyć. Jednak odkąd tylko sięgała pamięcią, zawsze to wyczuwała i to trafnie.
- Sama nie wiem – szepnęła, ciągle nie była zdecydowana, nawet po tym, co stało się dosłownie przed chwilą.
- Magda, oni nie odpuszczają nigdy. Przyślą wkrótce kogoś następnego. Nie opędzisz się od tych wielbicieli.
- Ale… jak nie będę wam potrze…
- Będziesz. I wiesz, co? Nie wiem, skąd mi się to bierze. Nie rozumiem tego, ale… polubiłem cię. A moją przyjaźń jest zdobyć wyjątkowo trudno. Jak nie wierzysz, możesz spytać Jacksona. I tak się składa, że ja moich przyjaciół nie krzywdzę i nie pozwalam, aby ich krzywdzono. Jasne? Więc, jeśli podpiszesz ten papierek, pojedziesz z nami, pomożesz i nagle staniesz się nie potrzebna to poruszę wszystkie kontakty, żeby nic ci nie zrobili. No, chyba, że puścisz parę. Łapiesz?
Magda uważnie wysłuchała pułkownika. Tym razem była pewna, że mówi serio. A skoro tak… to może jednak warto się zgodzić.
- Łapię, łapię. I ja też nie mam pojęcia, dlaczego, ale ufam pa.. Ci, Jack - zmieniła wersje widząc wyraz twarzy pułkownika – No, to co? Lecę z wami.
- A klauzula? – Przypomniał Daniel.
- Nie mam jej przy sobie. Ale jak wrócę do domu, złożę na niej podpis.
- O. K. To, co jutro z rana odlot? – Spytał Jack, przeciągając się.
- Nie! Ja mam jutro kolosa wieczorem! Nie chcę mieć większych zaległości – Magda skrzywiła się na propozycję.
- Ej, chyba nie jesteś kujonką?
- Nie jestem, tylko… - dziewczyna spuściła i pokręciła głową – doktorze Jackson może im to pan wytłumaczyć?- Spojrzała błagalnym wzrokiem na Daniela.
- Jack, jeden dzień nie zrobi tak wielkiej różnicy, a ona może sobie narobić sporych zaległości. Na takich studiach o to naprawdę łatwo.
- Dobra. Pojutrze o 8.00 pod terminalem odlotów. Z podpisaną klauzulą, jasne?
- Jak słońce.
sobota, 10 marca 2012
Kuchnia studencka - Przysmak azjatycki
Troszkę droższe niż poprzednio danie, ale za to mamy obiad na zazwyczaj dwa dni, jeśli nie trzy Zależy to przede wszystkim od dostępności ryżu oraz oszczędności podającego. Danie jest rzecz jasna smaczne, dość sycące i dość szybkie (ostatnio jak je robiłam, przysmak trafił już na talerze po lekko ponad 30 minutach :-) ).
Jeśli chodzi o historię tego dania to razem z mamą natrafiłyśmy na nie w jednym z poczytnych pism kobiecych, jeszcze długo przed moimi studiami. Zasmakowało, więc trafiło do rodzinnego jadłospisu, a później sprawdziło się w warunkach studenckich (dosłownie troszeczkę je przerobiłam), więc teraz proponuje to danie Wam, moi drodzy czytelnicy.
Przysmak azjatycki (na 2 duże* porcje)
Składniki:
Zamiast kurczaka można użyć 0,5 kg mięsa mielonego (wersja oryginalna, przed moimi studenckimi przeróbkami).
Jeśli chodzi o historię tego dania to razem z mamą natrafiłyśmy na nie w jednym z poczytnych pism kobiecych, jeszcze długo przed moimi studiami. Zasmakowało, więc trafiło do rodzinnego jadłospisu, a później sprawdziło się w warunkach studenckich (dosłownie troszeczkę je przerobiłam), więc teraz proponuje to danie Wam, moi drodzy czytelnicy.
Przysmak azjatycki (na 2 duże* porcje)
Składniki:
- 1 por
- 1 strąk czerwonej papryki (jeżeli jest sezon polecam świeżą, ale poza nim doskonale sprawdza się papryka konserwowa)
- 2 torebki ryżu
- pojedyncza pierś z kurczaka
- sos pieczarkowy lub grzybowy z torebki (chyba że macie trochę czasu to polecam sos zrobić samodzielnie - zdrowsze)
- olej do smażenia
- sól, pieprz do smaku (ostatnio dodałam szczyptę ziół prowansalskich, dobre wyszło, więc jak ktoś lubi to śmiało)
- Zaczynamy od umycia i oczyszczenia mięsa z tłuszczyku, a następnie kroimy w kostkę, następnie smażymy kilka minut na oleju oraz doprawiamy.
- W tym momencie warto zacząć gotować w lekko osolonej wodzie ryż (zgodnie z przepisem na opakowaniu). Pamiętamy, żeby czasami zamieszać kurczaka.
- Teraz zabieramy się za warzywa, konkretniej: myjemy, osuszamy, pora obieramy. Następnie kroimy paprykę w kostkę, a pora w krążki. Dodajemy do mięsa, mieszamy.
- Pora na sos. Przygotowujemy go według przepisu na opakowaniu, z tą różnicą, że nie gotujemy go osobno, lecz zimny wlewamy do potrawki i razem z wszystkim gotujemy przez ok. 8 minut.
- Na koniec ryż wykładamy na talerze i polewamy potrawką wedle upodobań. Smacznego!
Zamiast kurczaka można użyć 0,5 kg mięsa mielonego (wersja oryginalna, przed moimi studenckimi przeróbkami).
środa, 7 marca 2012
Legendy Wertiany
Witam wszystkich!
Dzisiaj na moim blogasku premiera :-)! A konkretniej prolog nowego fanfick'a fantasy. Tym razem chciałabym Was poznać z światem Ósmego Wymiaru. Akcja dzieje się na jednym z zamieszkanych kontynentów tego świata, Wertianie. Mieszkańców tego świata od jakiegoś czasu nawiedzą tajemnicze, szare, zakapturzone postacie i bynajmniej nie mają one przyjaznych zamiarów. Czy uda się je pokonać? Skąd się wzięły? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie, czytając "Legendy Wertiany". Tak więc zapraszam i serdecznie zapraszam do komentowania :-)
Centrum handlowe całej Wertiany stanowi barwne Elkroin. Jego przepych i potęga wyrosły na wymieszaniu się trzech różnych kultur: elfiej, krasnoludzkiej i ludzkiej. Dlatego społeczność tego miasta zawsze łączyła w sobie przedstawicieli wszystkich ras zamieszkujących Wertianę. Oprócz często spotykanych ludzi, elfów czy krasnoludów można tam spotkać przedstawicieli innych nacji: hobbitów, zwanych powszechnie niziołkami, których maleńkie państewko leży o kilkanaście dni jazdy konnej od Elkroin, a także wodników, mających swoje ukryte i niezbadane królestwo w odmętach rzeki Gremaniny. Również czasami, choć niezwykle rzadko, można natknąć się w grodzie na centaura, przybysza z odległego południa, a mianowicie z oazy Prenteir.
Znajduje ona się pośrodku pustyni Sefrath, rozciągającej się za Gremaniną. Pustynia jest jedną z najniebezpieczniejszych krain Wertiany. Z pozoru piękna i majestatyczna, potrafi być równie groźna. Często nawiedzają ją silne wiatry, powodujące złociste burze, Zreteir, jak zwą je centaury, które zdolne są w swym gniewie zasypywać całe karawany. Ponadto na śmiałków, ważących się zapuścić w te tereny, czyhają czieeny. Te bladożółte psy z czarnymi prążkami i święcącymi czerwonymi ślepiami, atakują całym stadem, liczącycm około dwudziestu wygłodniałych bestii bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Lecz nie niebezpieczeństwa pustyni spędzają sen z powiek stworzeniom zamieszkującym Wertianę, ale zło płynące z północno-wschodnich krańców kontynentu, czyli z mokradeł Grindeth…
Dawno, dawno temu na niedostępnych, grząskich terenach Greideth osiadł czarodziej władający niezwykle potężną magią. Wszyscy dziwili się, dlaczego wybrał samotność a nie możliwość dostatniego życia wśród mieszkańców któregoś z prężnie rozwijających się miast Eidionu. Mag jednak nie zamierzał się zwierzać się nikomu z powodów takiej, a nie innej decyzji. Oprócz małego chłopca, którego zabrał ze sobą na mokradła, aby przekazać mu swoją ezoteryczną wiedzę i uczynić go dziedzicem sztuki magii. Tak też się stało.
Aż pewnego dnia młody uczeń pokłócił się ze swoim mistrzem. Doszło do wielkiego pojedynku, który jak się później miało okazać, zaważył na losach całego świata. W dalekim Egomain tego wieczora do późna w nocy widać było na wschodzie wielkie rozbłyski kolorowego światła. Moc nagromadzona przez okres dojrzewania chłopca wtedy właśnie znalazła ujście: uczeń zabił swojego wieloletniego opiekuna i przewodnika po świecie magii.
Mimo tej energochłonnej zbrodni młody mężczyzna czuł, że zostało mu jeszcze całe mnóstwo niewykorzystanej siły. Młodzieniec nerwowo rozglądał się nad możliwością jej spożytkowania. Nagle jego wzrok zatrzymał się na źródle malutkiego światełka, płynącego z zachodu.
Najpierw wydało mu się ono jedną z tysięcy gwiazd na niebie, ale po chwili uświadomił sobie jego prawdziwe pochodzenie. Wróciły bolesne wspomnienia: to było miasto, które wydało go w ręce czarodzieja, przekreślając wszystkie dawne przyjaźnie i całe jego dzieciństwo! Wzbierająca fala nienawiści na nowo wyzwoliła jego magię. Wyciągnął machinalnie prawą dłoń i otworzył ją. Nagle z jej środka wystrzeliło w niebo krwistoczerwone światło, pędzące z zawrotną prędkością w stronę Egomain. Młodzieniec patrzył, jak światło pędzi nad gród i jak na niego opada. Wbrew pozorom jego moc nie była aż tak wielka, aż tak potężna, by bezpośrednio zagrozić miastu. Nie sądził, że tak wiele jej wykorzystał, aby zabić mistrza.
Bordowe kropelki resztki czaru opadły już na ziemię, wypalając w niej dziurę wielkości dorodnego jabłka, ale jednocześnie stwarzając siedem kryształów o różnych barwach: czarnej, przezroczystej, zielonej, żółtej, czerwonej, błękitnej i fioletowej. Po chwili wszystkie uniosły się w powietrze, wirując zaciekle. Po chwili znikły one z oczu maga, jednak w tym samym momencie coś zimnego zawisło na jego rozpalonej od emocji szyi. Na zniszczonej w zaciętym pojedynku szacie, na srebrnym wisiorku znajdował się kruczoczarny kryształ, największy z powstałej siódemki. Mężczyzna zaczął mu się uważnie przyglądać. Był piękny, wspaniale błyszczał w blasku księżyca i gwiazd.
Dzisiaj na moim blogasku premiera :-)! A konkretniej prolog nowego fanfick'a fantasy. Tym razem chciałabym Was poznać z światem Ósmego Wymiaru. Akcja dzieje się na jednym z zamieszkanych kontynentów tego świata, Wertianie. Mieszkańców tego świata od jakiegoś czasu nawiedzą tajemnicze, szare, zakapturzone postacie i bynajmniej nie mają one przyjaznych zamiarów. Czy uda się je pokonać? Skąd się wzięły? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie, czytając "Legendy Wertiany". Tak więc zapraszam i serdecznie zapraszam do komentowania :-)
Legendy Wertiany
Wertiana,
jeden z kontynentów Świata Ósmego Wymiaru i jeden z dwóch w pełni zamieszkany, podczas gdy pozostałe, szczęśliwe, że jeszcze nie zostały naruszone i
przekształcane działalnością istot rozumnych. Wyjątek spośród nich stanowi
Lorfitien. Z tej krainy radości i nieśmiertelności elfy przybywają na Wertianę,
a gdy sprzykrzą im się przygody i zmartwienia śmiertelnych ras, odpływają na
wypełniony pokojem i szczęściem swój ojczysty ląd. Wody, rozdzielające te dwa najważniejsze kontynenty
dzięki tym wojażom zyskały nazwę Oceanu Odnowionego Życia.
Statki elfów, przybywające na
Wertianę, przybijają do Zielonej Przystani w Zatoce Gartemir. Stąd elfy
wyruszają Szmaragdowym Szlakiem do Ceintiren, miasta, które wybrały na swą stolicę
na tym kontynencie, a państwo, które tu założyli zwie się Troudien. Kraj ten jest
w całości pokryty starą puszczą, która pamięta jeszcze czasy, kiedy żadna stopa
nie dotykała wertiańskiej ziemi. Za lasem, wyznaczającym jednocześnie granice
Troudien, rozciąga się step, zarówno na północ, jak i na południe.
Natomiast na wschodzie
majaczą się groźne Góry Greterth, w których krasnoludowie wydobywają ze swoich
kopalni złoto, srebro oraz inne metale i drogie kamienie. Główne miasto ich
królestwa, wykute we wnętrzu gór, nazywa się Twerir. W nim gromadzone są skarby
wydobyte z odległych krańców Greterth i jest to jedyne miasto dostępne
przedstawicielom innych ras. Wejście w dalsze korytarze podziemnego państwa
grozi albo śmiercią głodową, bowiem w labiryncie tuneli bez dobrego przewodnika
łatwo się zgubić, albo przez ścięcie toporem za próbę naruszenia górskich
skarbów. Krasnoludowie, z pozoru groźni i nieobliczalni, są jedynie dumni i
chciwi, lecz skłonni wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do dobrej,
długiej i hucznej zabawy zakrapianej hojnie ich ulubionym trunkiem – lekko schłodzonym piwem z domieszką karmelu.
Na powierzchni królestwo
krasnoludów okalają ziemie należące do ludzi. Również nimi rozporządza król, a
nazwa jego państwa zwie się Eidoin. Siedziba króla znajduje się w otoczonym
potężnymi murami grodzie Egomain. Pomimo swej wysokiej rangi, nie jest to
jednak najliczniejsze i najbogatsze miasto w państwie. Poprzedni królowie nie
przenieśli jednak stolicy z powodu wielowiekowej tradycji, która jest bardzo
bliska sercu każdego Eidończyka, a złamanie jej grozi nawet wybuchnięciem
zbrojnego buntu.
Centrum handlowe całej Wertiany stanowi barwne Elkroin. Jego przepych i potęga wyrosły na wymieszaniu się trzech różnych kultur: elfiej, krasnoludzkiej i ludzkiej. Dlatego społeczność tego miasta zawsze łączyła w sobie przedstawicieli wszystkich ras zamieszkujących Wertianę. Oprócz często spotykanych ludzi, elfów czy krasnoludów można tam spotkać przedstawicieli innych nacji: hobbitów, zwanych powszechnie niziołkami, których maleńkie państewko leży o kilkanaście dni jazdy konnej od Elkroin, a także wodników, mających swoje ukryte i niezbadane królestwo w odmętach rzeki Gremaniny. Również czasami, choć niezwykle rzadko, można natknąć się w grodzie na centaura, przybysza z odległego południa, a mianowicie z oazy Prenteir.
Znajduje ona się pośrodku pustyni Sefrath, rozciągającej się za Gremaniną. Pustynia jest jedną z najniebezpieczniejszych krain Wertiany. Z pozoru piękna i majestatyczna, potrafi być równie groźna. Często nawiedzają ją silne wiatry, powodujące złociste burze, Zreteir, jak zwą je centaury, które zdolne są w swym gniewie zasypywać całe karawany. Ponadto na śmiałków, ważących się zapuścić w te tereny, czyhają czieeny. Te bladożółte psy z czarnymi prążkami i święcącymi czerwonymi ślepiami, atakują całym stadem, liczącycm około dwudziestu wygłodniałych bestii bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Lecz nie niebezpieczeństwa pustyni spędzają sen z powiek stworzeniom zamieszkującym Wertianę, ale zło płynące z północno-wschodnich krańców kontynentu, czyli z mokradeł Grindeth…
Dawno, dawno temu na niedostępnych, grząskich terenach Greideth osiadł czarodziej władający niezwykle potężną magią. Wszyscy dziwili się, dlaczego wybrał samotność a nie możliwość dostatniego życia wśród mieszkańców któregoś z prężnie rozwijających się miast Eidionu. Mag jednak nie zamierzał się zwierzać się nikomu z powodów takiej, a nie innej decyzji. Oprócz małego chłopca, którego zabrał ze sobą na mokradła, aby przekazać mu swoją ezoteryczną wiedzę i uczynić go dziedzicem sztuki magii. Tak też się stało.
Malec dorósł i nauczył się
równie zręcznie posługiwać się tajemniczymi formułami zaklęć jak jego mistrz.
Jednak odcięcie się od zewnętrznego świata i przebywanie jedynie w towarzystwie
bardzo sędziwego nauczyciela, wpływało na niego niekorzystnie. Stawał się coraz
bardziej zamknięty w sobie, nie wykorzystując w pełni posiadanej przez siebie
mocy. Ta magiczna siła kumulowała się w nim z każdą chwilą, i ciągle nie mogła
znaleźć upustu.
Aż pewnego dnia młody uczeń pokłócił się ze swoim mistrzem. Doszło do wielkiego pojedynku, który jak się później miało okazać, zaważył na losach całego świata. W dalekim Egomain tego wieczora do późna w nocy widać było na wschodzie wielkie rozbłyski kolorowego światła. Moc nagromadzona przez okres dojrzewania chłopca wtedy właśnie znalazła ujście: uczeń zabił swojego wieloletniego opiekuna i przewodnika po świecie magii.
Mimo tej energochłonnej zbrodni młody mężczyzna czuł, że zostało mu jeszcze całe mnóstwo niewykorzystanej siły. Młodzieniec nerwowo rozglądał się nad możliwością jej spożytkowania. Nagle jego wzrok zatrzymał się na źródle malutkiego światełka, płynącego z zachodu.
Najpierw wydało mu się ono jedną z tysięcy gwiazd na niebie, ale po chwili uświadomił sobie jego prawdziwe pochodzenie. Wróciły bolesne wspomnienia: to było miasto, które wydało go w ręce czarodzieja, przekreślając wszystkie dawne przyjaźnie i całe jego dzieciństwo! Wzbierająca fala nienawiści na nowo wyzwoliła jego magię. Wyciągnął machinalnie prawą dłoń i otworzył ją. Nagle z jej środka wystrzeliło w niebo krwistoczerwone światło, pędzące z zawrotną prędkością w stronę Egomain. Młodzieniec patrzył, jak światło pędzi nad gród i jak na niego opada. Wbrew pozorom jego moc nie była aż tak wielka, aż tak potężna, by bezpośrednio zagrozić miastu. Nie sądził, że tak wiele jej wykorzystał, aby zabić mistrza.
Jednakże czar został już
wypowiedziany, a śmiercionośne światło wystrzelone. Zaklęcie istniało, czy tego
chciał, czy nie. Konsekwencje musiały więc nastąpić. Nieważne, że nie do końca
były one zgodne z pierwotnym założeniem twórcy. Magia ta była przepełniona
nienawiścią do świata i do tego, co dobre oraz piękne w swej dobroci, czyli do
tego, co mu tak brutalnie zabrano jako jeszcze małemu chłopcu.
Bordowe kropelki resztki czaru opadły już na ziemię, wypalając w niej dziurę wielkości dorodnego jabłka, ale jednocześnie stwarzając siedem kryształów o różnych barwach: czarnej, przezroczystej, zielonej, żółtej, czerwonej, błękitnej i fioletowej. Po chwili wszystkie uniosły się w powietrze, wirując zaciekle. Po chwili znikły one z oczu maga, jednak w tym samym momencie coś zimnego zawisło na jego rozpalonej od emocji szyi. Na zniszczonej w zaciętym pojedynku szacie, na srebrnym wisiorku znajdował się kruczoczarny kryształ, największy z powstałej siódemki. Mężczyzna zaczął mu się uważnie przyglądać. Był piękny, wspaniale błyszczał w blasku księżyca i gwiazd.
Wtedy jakaś nieznana siła
niespodziewanie wciągnęła go do wnętrza kryształu. I zobaczył swoje dzieło.
Wielkie, szare i zakapturzone postacie sunęły tuż nad ziemią. Niby bez twarzy,
lecz spod spod ciemnego kaptura można było dostrzec dwa czerwone światła, tak
samo intensywnie jak smuga czaru, który niedawno został rzucony przez
młodzieńca. Postacie atakowały wszystkich, którzy nie znaleźli w porę
schronienia w swoich domach. Zabijały bez wytchnienia i litości. Zdawało się
już, że unicestwią całą Wertianę w taki sposób, aby zemsta maga mogła się
dopełnić.
Przeznaczenie nie mogło
jednak dopuścić do takiego końca. Nagle zaświeciło, zupełnie nieproszone wschodzące
słońce, oślepiające czarnoksiężnika i kończące morderczą działalność Upiorów
Nocy, jak później zaczęto nazywać zjawy, gdyż pojawiały się jedynie po
zachodzie słońca. Młodzieniec ocknął się. Wciąż znajdował się na mokradłach.
Wstając, otrzepał się z błota, a następnie pogroził pięścią miastu, którego nie
udało mu się zniszczyć. „ To dopiero początek naszej wojny”- pomyślał i udał
się w kierunku swej kryjówki, spowitej gęstą mgłą unoszącą się nad bagnami. A
czarny kryształ wciąż złowieszczo połyskiwał na jego piersi.
wtorek, 6 marca 2012
Cykl ekonomiczny cz. 1
Siemka!
Dzisiaj notkę poświęcę notkę na zagadnienie czysto
ekonomiczne, jakim jest zasiłek dla bezrobotnych. Ten post otwiera zarazem
cykl, który będzie pojawiał się co tydzień we wtorek. Postanowiłam go
rozpocząć, ponieważ spora część moich znajomych, jak i osób wypowiadających się
publicznie na temat ekonomii, a szczególnie makroekonomii ma bardzo niewielkie
pojęcie o niej, sprowadzające się jedynie do definicji podstawowych pojęć.
Tymczasem makroekonomia (jak i jej „mamuśka” – ekonomia oraz „siostra” – mikroekonomia) nie jest nauką suchych pojęć, ale przede wszystkim relacji między nimi, z których często statystyczny Polak nie zdaje sobie sprawy, choć decydują one niejednokrotnie na jakim poziomie żyje. Tak więc trzeba się troszkę podedukować moim zdaniem. A teraz do meritum:
Tymczasem makroekonomia (jak i jej „mamuśka” – ekonomia oraz „siostra” – mikroekonomia) nie jest nauką suchych pojęć, ale przede wszystkim relacji między nimi, z których często statystyczny Polak nie zdaje sobie sprawy, choć decydują one niejednokrotnie na jakim poziomie żyje. Tak więc trzeba się troszkę podedukować moim zdaniem. A teraz do meritum:
Zasiłek dla
bezrobotnych, cóż to takiego? Konkretniej przyjmuje ono postać ubezpieczenia od
utraty pracy: polega na tym, że państwo zapewnia pewien dochód pracownikom,
którzy tracą pracę. Tak i na tym mniej więcej kończy się powszechne prawidłowe
mniemanie o zasiłku. Od czasu do czasu w telewizji lub Internecie można
usłyszeć głosy, że państwo powinno podwyższyć zasiłek dla bezrobotnych. Jednak
rząd rzadko kiedy to robi, zastanawialiście dlaczego? Część osób z pewnością
odpowie „ chcą egoistyczni i całą kasę ciągną dla siebie” pewnie jest i w tym
sporo prawdy, jednak problem z punktu widzenia naukowego jest bardziej złożony.
Podwyższenie zasiłku dla bezrobotnych powoduje określone konsekwencje. Owszem
na chwilę obecną pozytywne dla społeczeństwa (o nich nie piszę, bo są proste do
wydedukowania), ale w dłuższej perspektywie niekoniecznie. Niby dlaczego? W tym
momencie posłużę się przykładem pewnego bezrobotnego z Niemiec. Co prawda jest
to skrajny przypadek, ale… idealnie pokazujący negatywne skutki podwyższenia
zasiłku:
Uogólniając: zbyt
wysoki poziom zasiłku może zniechęcić ludzi do podjęcia pracy, co spowoduje z
kolei wzrost bezrobocia. No bo po co harować jak za podobną kasę można siedzieć
w domu i nic nie robić? Byłoby nawet i ciekawie gdyby nie stagnacja gospodarcza
(nie kryzys!)
Dobra, czyli jak
powinien kształtować się poziom zasiłku? Według Leviatan’a zasiłek powinien być
wypłacany jedynie przez 6 miesiący:
Moim skromnym zdaniem
jest to również skrajność. W tej sytuacji najlepszy jest środek. Zasiłek nie
może być wypłacany jedynie przez 6 miesięcy. Sama znam przypadki, kiedy ludzie
pomimo aktywnego szukania pracy nie znaleźli jej w takim okresie. Wysokość
zasiłku zaproponowana przez Leviatana jest jak najbardziej akceptowalna,
ponieważ umożliwia „przeżycie”, ale równocześnie jest na tyle niska by
motywować do poszukiwania pracy, które mogą spowodować polepszenie warunków
życia. Jednakże, nie zgadzam się stanowczo, że zasiłek powinien być wypłacany
przez 6 miesięcy. Jest to krzywdzące dla tych osób, które nie ze swojej winy
nie mogą znaleźć pracy, ale dlatego, że jej zwyczajnie nie ma w miejscu
zamieszkania. Co w związku z tym? Trzeba zmienić zasady przyznawania zasiłku.
Konkretniej: do zasiłku powinni mieć prawo jedynie ci, którzy przedłożą
odpowiednie dokumenty poświadczające udział w przynajmniej kilku rozmowach
kwalifikacyjnych w ciągu ostatniego przykładowo miesiąca, rzecz jasna z
pieczątkami i podpisami, żeby uniknąć fałszerstw.
Tak więc, jeśli znowu przyjdzie komuś ochota krzyknąć: ZWIĘKSZYĆ
ZASIŁKI DLA BEZROBOTNYCH, niech najpierw zastanowi się nad konsekwencjami.
poniedziałek, 5 marca 2012
Kuchnia studencka - kurczak z cebulką, czyli...
jak dobrze pojeść, ale nie wydać za dużo. Tak, moi kochani po krótkiej nieobecności wracam :-) z nowym postem. Tym razem postanowiłam rozpocząć dział poświęcony kuchni, ściślej ulepszonej kuchni studeckiej. Dlaczego? Proste: sama jestem studentką, staram się gotować w miarę tanio i tak, by się szybko (w sensie przygotowań) najeść. Tak, gotuję sama i wcale nie są to stereotypowe zupki chińskie lub odgrzewanie wałówki od mamy. To drugie jest dla mnie okazją do zjedzenia czegoś, do czego nie mam póki co dostępu z racji techniczno-organizacyjno-kompetencyjnych (sama dopiero się uczę, co nie znaczy że umiem mało :-P)
Na początek chcę Wam zaproponować przepis, który dostałam od mojej mamy na początku studiów. Jak łatwo się domyślić, to była moja pierwsza samodzielnie ugotowana potrawa, a to ze względu na jej prostotę. Naprawdę nie trzeba do tej potrawy szczególnych umiejętności kulinarnych, tak więc zapraszam do przyrządzenia ze mną KURCZAKA Z CEBULKĄ (na 2 porcje):
Składniki:
Megi (mniam, mniam)
Na początek chcę Wam zaproponować przepis, który dostałam od mojej mamy na początku studiów. Jak łatwo się domyślić, to była moja pierwsza samodzielnie ugotowana potrawa, a to ze względu na jej prostotę. Naprawdę nie trzeba do tej potrawy szczególnych umiejętności kulinarnych, tak więc zapraszam do przyrządzenia ze mną KURCZAKA Z CEBULKĄ (na 2 porcje):
Składniki:
- 1 ćwiartka z kurczaka
- 1 duża cebula
- olej
- sól
- Kroimy ćwiartkę z kurczaka wzdłuż stawu, a następnie moczymy w wodzie ok. 10 minut w garnku, aby odeszły resztki krwi z mięsa.
- Odlewamy wodę, w której był kurczak, a następnie z powrotem zalewamy go wodą, tym razem do 3/4 wysokości mięsa i osalamy.
- Stawiamy garnek z mięsem na ogniu i czekamy aż mięso zmięknie. Jeśli woda zbytnio odparuje, podlewamy wg potrzeby.
- W między czasie kroimy cebulę w kostkę i smażymy na rozgrzanym oleju aż się zezłoci.
- Dodajemy cebulę do mięsa i dusimy pod przykryciem ok. 5 minut.
- Podajemy z ziemniakami/ryżem (polecam wersję pierwszą ;-) ) oraz z dowolną surówką.
Megi (mniam, mniam)
czwartek, 1 marca 2012
The Another Gene - fanfick scifi
Jak nastroje po wczorajszym meczu? Moim zdaniem nasi chłopcy spisali się nie najgorzej, w końcu bezbramkowo zremisować z Portugalią to przyzwoity wynik, ale bez rewelacji. Jest dobrze, ale zawsze może byc lepiej. Dzisiaj postanowiłam zamieść fragment z mojego starszego opowiadania, tym razem jest to typowy już fanfick odnośnie mojego ulubionego serialu sci-fi, a konkretnie StarGate SG-1. To opowiadanko jest czymś na kształt odcinka serialu, występują w nim postacie z serialu, ale również wymyślone przeze mnie, bądź co bądź nie zamierzam ciągnąć z tego korzyści ekonomicznych, więc myślę, że PIPA lub SOPA mi nic nie zrobi :-). Od razu zaznaczam będzie tu trochę, hmmm, potriotyzmu? Z resztą sami się zorientujecie. Jeżeli ktos nie zna serialu, spoko, wszystko jest opisane, więc "no problem". Zapraszam do czytania:
The Another Gene
*** Odmienny gen
Cheyenne Mountain Complex. Sala odpraw.
- To, na czym będzie polegała ta misja?- Spytał wesoło pułkownik O’Neill, przeciągając się na krześle. SG 1 już od dłuższego czasu nie otrzymało misji, na której działo by się cokolwiek ciekawego. Przynajmniej dla pułkownika. Od dwóch miesięcy zawsze trafiał im przydział na badanie samych nadzwyczaj nudnych planet, na których jedynie dr Jackson mógł poczuć się szczęśliwy. Na każdej były ruiny z jakimś nieznanym im dotychczas obcym pismem.
- Polecicie do Polski- odparł spokojnie gen. Hammond.
- Do Polski?! Ale, po co?- Takiej reakcji dowodzący bazą spodziewał się jedynie po dowódcy drużyny, a nie po major Carter i Danielu. Teal’c zareagował jedynie lekkim zdziwieniem, wyrażonym przez podniesienie lewej brwi.
- Tak, do Polski. Dostaliśmy od tamtejszych władz bardzo ciekawe informacje na temat pewnej dziewczyny. Ma wyjątkowe zdolności szybkiego uczenia się, ponadto podejrzewamy, że posiada gen Starożytnych. W dodatku, niedawno na dziewczynę napadnięto. Z jej zeznań wynika, iż napastnicy posługiwali się dziwną bronią, podobną do malutkiego węża, strzelającego impulsami elektrycznymi…
- Zat'y - skwitowała pani major.
- Najprawdopodobniej. Oczywiście, dziewczynie nikt nie uwierzył w tę wersję.
- To w takim razie jak ta informacja trafiła do polskich władz?- Spytał Daniel.
- Sprawę zwietrzył polski wywiad wojskowy, stwierdzając, że taka broń może być przydatna. Zaczęli sprawę badać, skąd ta broń. Kilku najlepszych polskich agentów zginęło. Przez porażenie prądem. To zainteresowało z kolei nasze służby i w ten sposób doszło do wymiany informacji. Polski prezydent i premier wiedzą już o Wrotach, natomiast my o dziewczynie.
- Dobrze. Ale skąd pewność, że ona posiada ten gen?
- Właśnie to macie ustalić, a jeśli dziewczyna się zgodzi na podpisanie klauzuli, sprowadzić ją do Cheyenne.
- Polski rząd nie ma nic przeciwko?
- Nie. Prezydent rozmawiał już ze swoim polskim odpowiednikiem. Tu są dane dziewczyny- gen. Hammond podsunął członkom drużyny po teczce.- I jeszcze jedno. Ze względów bezpieczeństwa, w misji nie będzie uczestniczył Teal’c.
- Co takiego?- Jack był oburzony.
- To jest decyzja z góry, pułkowniku. Nawet ja musiałem się jej podporządkować.
- Rozumiem- mruknął O’neill wyraźnie niezadowolony, patrząc ze współczuciem na przyjaciela.
- W porządku, pułkowniku. Mogę zostać- uspokoił go Jaffa.
- Dobrze. Podsumowując, macie zbadać skąd broń Goaul’d znalazła się w Polsce oraz nawiązać kontakt z dziewczyną. Samolot odlatuje za godzinę.
Cheyenne Mountain Complex. Sala odpraw.
- To, na czym będzie polegała ta misja?- Spytał wesoło pułkownik O’Neill, przeciągając się na krześle. SG 1 już od dłuższego czasu nie otrzymało misji, na której działo by się cokolwiek ciekawego. Przynajmniej dla pułkownika. Od dwóch miesięcy zawsze trafiał im przydział na badanie samych nadzwyczaj nudnych planet, na których jedynie dr Jackson mógł poczuć się szczęśliwy. Na każdej były ruiny z jakimś nieznanym im dotychczas obcym pismem.
- Polecicie do Polski- odparł spokojnie gen. Hammond.
- Do Polski?! Ale, po co?- Takiej reakcji dowodzący bazą spodziewał się jedynie po dowódcy drużyny, a nie po major Carter i Danielu. Teal’c zareagował jedynie lekkim zdziwieniem, wyrażonym przez podniesienie lewej brwi.
- Tak, do Polski. Dostaliśmy od tamtejszych władz bardzo ciekawe informacje na temat pewnej dziewczyny. Ma wyjątkowe zdolności szybkiego uczenia się, ponadto podejrzewamy, że posiada gen Starożytnych. W dodatku, niedawno na dziewczynę napadnięto. Z jej zeznań wynika, iż napastnicy posługiwali się dziwną bronią, podobną do malutkiego węża, strzelającego impulsami elektrycznymi…
- Zat'y - skwitowała pani major.
- Najprawdopodobniej. Oczywiście, dziewczynie nikt nie uwierzył w tę wersję.
- To w takim razie jak ta informacja trafiła do polskich władz?- Spytał Daniel.
- Sprawę zwietrzył polski wywiad wojskowy, stwierdzając, że taka broń może być przydatna. Zaczęli sprawę badać, skąd ta broń. Kilku najlepszych polskich agentów zginęło. Przez porażenie prądem. To zainteresowało z kolei nasze służby i w ten sposób doszło do wymiany informacji. Polski prezydent i premier wiedzą już o Wrotach, natomiast my o dziewczynie.
- Dobrze. Ale skąd pewność, że ona posiada ten gen?
- Właśnie to macie ustalić, a jeśli dziewczyna się zgodzi na podpisanie klauzuli, sprowadzić ją do Cheyenne.
- Polski rząd nie ma nic przeciwko?
- Nie. Prezydent rozmawiał już ze swoim polskim odpowiednikiem. Tu są dane dziewczyny- gen. Hammond podsunął członkom drużyny po teczce.- I jeszcze jedno. Ze względów bezpieczeństwa, w misji nie będzie uczestniczył Teal’c.
- Co takiego?- Jack był oburzony.
- To jest decyzja z góry, pułkowniku. Nawet ja musiałem się jej podporządkować.
- Rozumiem- mruknął O’neill wyraźnie niezadowolony, patrząc ze współczuciem na przyjaciela.
- W porządku, pułkowniku. Mogę zostać- uspokoił go Jaffa.
- Dobrze. Podsumowując, macie zbadać skąd broń Goaul’d znalazła się w Polsce oraz nawiązać kontakt z dziewczyną. Samolot odlatuje za godzinę.
***
Kraków, lotnisko
- Z danych wynika, że ta dziewczyna to jeszcze studentka
– zaczęła major, gdy tylko znaleźli się w samochodzie, który miał ich zawieźć
do szpitala, w którym leżała napadnięta – Nazywa się Magdalena Nie…dzwiecka.
Nie wiem jak się czyta tą kreskę nad ‘z’. Studiuje kulturoznawstwo.
- No to może pójść jak po grudzie- wtrącił O’neill, odchylając głowę do tyłu.
- Niby, czemu? – Spytał dr Jackson, któremu już podobała się perspektywa spotkania, kogoś o podobnych zainteresowaniach.
- No, bo zajmuję się czymś historiopodobnym- rzucił wymowne spojrzenie w kierunku archeologa – Kolejny wrzód na tył…
- Do czego pijesz, co? Ja tam sądzę, że będzie ciekawa i podpisze klauzulę- przerwał mu znowu Daniel.
- A ja tam mam złe przeczucia, a wiesz jak to się kończy, gdy je mam – Jack zrobił kwaśną minę i wyjrzał przez okno na polski krajobraz.
Na zewnątrz migały ostatnie drzewa, wjeżdżali do miasta. Minęli pierwsze bloki, następne były dopiero budowane. Pogoda była paskudna. Deszcz mocno zacinał. Zazwyczaj Jack nie przejmował się takimi bzdurami, ale dzisiaj było wyjątkowo inaczej. Przytłaczało go to. Może, dlatego, że chciał misji na innej planecie, dając kopa kolejnym oddziałom wroga? Tęsknił za tym, pomagało mu to zapomnieć o śmierci syna, Charliego. Co prawda wyleczył się już z depresji, ale ból po stracie ciągle powracał niczym bumerang. Zamknął oczy i zanurzył się we wspomnieniach: jak grali w baseball albo jak uczył go trzymać wędkę, gdy wyjeżdżali nad jezioro w Minessocie.
- Sir, wszystko ok?- Carter patrzyła w tej chwili na niego tymi swoimi, niebieskimi oczami.
Kochał, gdy ona mówiła to swoje formalistyczne „sir” i nie tylko. Gdyby nie ten głupi regulamin, mogliby być razem. Na ogół nienawidził wszystkiego, co wiązało się zapamiętywaniem, trudnym słowami, ale ten feralny punkt wojskowego regulaminu SGC znał na pamięć. Do dziś pamiętał, gdy razem z Teal’c’em utknął w dziesięciogodzinnej pętli czasowej i mógł robić, co chciał, nie przejmując się konsekwencjami. Zawsze uśmiechał się do momentu, kiedy wkładał rezygnację w ręce Hammonda, a chwilę później całował gorąco kompletnie zdezorientowaną Samanthę.
- Tak, Carter. Nawet bardzo- odpowiedział po chwili, uśmiechając się do niej.
Odwzajemniła uśmiech. Nie tylko należała do grona najlepszych żołnierzy, co największych umysłów w dziedzinie Wrót i obcych technologii. Do tego była niewątpliwie piękną kobietą. Czuła, że pułkownik nie mówi prawdy, ale też nie chciała naciskać. Nie mogłaby. Sam darzyła swojego przełożonego uczuciem, daleko wybiegającym poza granicę zwykłej przyjaźni. Nie miała jednak pojęcia, czy Jack odwzajemnia jej uczucia. Nieraz marzyła, że tak, ale to wydawało jej się niemożliwe. Jack imponował jej opanowaniem i poczuciem humoru, nawet wtedy, gdy sytuacja zdawała się być bez wyjścia. I niezwykłą odwagą. Swoje uczucie kryła pod pancerzem pracy i formalnych zwrotów. To była jej jedyna broń przed „zdemaskowaniem”. Wspólne imprezy czy bankiety były dla niej jak piekło. Teraz również wyjrzała przez okno samochodu. Tęskniła do ojca, generała, który ze względu na chorobę musiał skorzystać z pomocy obcych, Tok’ra, dzięki czemu mógł przeżyć, kosztem utraty kontaktu z synem.
Tymczasem dr Jackson widząc, że Sam i Jack pogrążeni są we własnych myślach, zajrzał kolejny raz do dokumentów na temat dziewczyny. Bardzo ciekawiło go jak zareaguje na informacje, czym są naprawdę egipskie piramidy. W końcu jego teoria, jak się później okazało prawdziwa teoria, że to lądowiska dla statków kosmicznych, została szeroko wyśmiana w światku archeologów i kulturoznawców. Dopiero wojsko „doceniło” jego pracę na ten temat. Daniel doskonale pamiętał tamten dzień. Lało tak samo jak dzisiaj, a on właśnie wychodził z uczelni po kolejnej, nieudanej próbie udowodnienia swoich racji. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to wydarzenie wywróci całe jego dotychczasowe życie do góry nogami. Od tamtej pory nie miał już nigdy problemów finansowych, a niektórych przygód pozazdrościłby mu niejeden sławny archeolog. Należał obecnie do najlepszej jednostki w bazie, zdobył szacunek u pułkownika, co jako dla cywila i w dodatku naukowca było szczególnie trudne, to potwierdził swoją teorię i poznał całe tuziny nowych cywilizacji, o których nawet nie śnił.
- No to może pójść jak po grudzie- wtrącił O’neill, odchylając głowę do tyłu.
- Niby, czemu? – Spytał dr Jackson, któremu już podobała się perspektywa spotkania, kogoś o podobnych zainteresowaniach.
- No, bo zajmuję się czymś historiopodobnym- rzucił wymowne spojrzenie w kierunku archeologa – Kolejny wrzód na tył…
- Do czego pijesz, co? Ja tam sądzę, że będzie ciekawa i podpisze klauzulę- przerwał mu znowu Daniel.
- A ja tam mam złe przeczucia, a wiesz jak to się kończy, gdy je mam – Jack zrobił kwaśną minę i wyjrzał przez okno na polski krajobraz.
Na zewnątrz migały ostatnie drzewa, wjeżdżali do miasta. Minęli pierwsze bloki, następne były dopiero budowane. Pogoda była paskudna. Deszcz mocno zacinał. Zazwyczaj Jack nie przejmował się takimi bzdurami, ale dzisiaj było wyjątkowo inaczej. Przytłaczało go to. Może, dlatego, że chciał misji na innej planecie, dając kopa kolejnym oddziałom wroga? Tęsknił za tym, pomagało mu to zapomnieć o śmierci syna, Charliego. Co prawda wyleczył się już z depresji, ale ból po stracie ciągle powracał niczym bumerang. Zamknął oczy i zanurzył się we wspomnieniach: jak grali w baseball albo jak uczył go trzymać wędkę, gdy wyjeżdżali nad jezioro w Minessocie.
- Sir, wszystko ok?- Carter patrzyła w tej chwili na niego tymi swoimi, niebieskimi oczami.
Kochał, gdy ona mówiła to swoje formalistyczne „sir” i nie tylko. Gdyby nie ten głupi regulamin, mogliby być razem. Na ogół nienawidził wszystkiego, co wiązało się zapamiętywaniem, trudnym słowami, ale ten feralny punkt wojskowego regulaminu SGC znał na pamięć. Do dziś pamiętał, gdy razem z Teal’c’em utknął w dziesięciogodzinnej pętli czasowej i mógł robić, co chciał, nie przejmując się konsekwencjami. Zawsze uśmiechał się do momentu, kiedy wkładał rezygnację w ręce Hammonda, a chwilę później całował gorąco kompletnie zdezorientowaną Samanthę.
- Tak, Carter. Nawet bardzo- odpowiedział po chwili, uśmiechając się do niej.
Odwzajemniła uśmiech. Nie tylko należała do grona najlepszych żołnierzy, co największych umysłów w dziedzinie Wrót i obcych technologii. Do tego była niewątpliwie piękną kobietą. Czuła, że pułkownik nie mówi prawdy, ale też nie chciała naciskać. Nie mogłaby. Sam darzyła swojego przełożonego uczuciem, daleko wybiegającym poza granicę zwykłej przyjaźni. Nie miała jednak pojęcia, czy Jack odwzajemnia jej uczucia. Nieraz marzyła, że tak, ale to wydawało jej się niemożliwe. Jack imponował jej opanowaniem i poczuciem humoru, nawet wtedy, gdy sytuacja zdawała się być bez wyjścia. I niezwykłą odwagą. Swoje uczucie kryła pod pancerzem pracy i formalnych zwrotów. To była jej jedyna broń przed „zdemaskowaniem”. Wspólne imprezy czy bankiety były dla niej jak piekło. Teraz również wyjrzała przez okno samochodu. Tęskniła do ojca, generała, który ze względu na chorobę musiał skorzystać z pomocy obcych, Tok’ra, dzięki czemu mógł przeżyć, kosztem utraty kontaktu z synem.
Tymczasem dr Jackson widząc, że Sam i Jack pogrążeni są we własnych myślach, zajrzał kolejny raz do dokumentów na temat dziewczyny. Bardzo ciekawiło go jak zareaguje na informacje, czym są naprawdę egipskie piramidy. W końcu jego teoria, jak się później okazało prawdziwa teoria, że to lądowiska dla statków kosmicznych, została szeroko wyśmiana w światku archeologów i kulturoznawców. Dopiero wojsko „doceniło” jego pracę na ten temat. Daniel doskonale pamiętał tamten dzień. Lało tak samo jak dzisiaj, a on właśnie wychodził z uczelni po kolejnej, nieudanej próbie udowodnienia swoich racji. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to wydarzenie wywróci całe jego dotychczasowe życie do góry nogami. Od tamtej pory nie miał już nigdy problemów finansowych, a niektórych przygód pozazdrościłby mu niejeden sławny archeolog. Należał obecnie do najlepszej jednostki w bazie, zdobył szacunek u pułkownika, co jako dla cywila i w dodatku naukowca było szczególnie trudne, to potwierdził swoją teorię i poznał całe tuziny nowych cywilizacji, o których nawet nie śnił.
Subskrybuj:
Posty (Atom)