czwartek, 1 marca 2012

The Another Gene - fanfick scifi

Jak nastroje po wczorajszym meczu? Moim zdaniem nasi chłopcy spisali się nie najgorzej, w końcu bezbramkowo zremisować z Portugalią to przyzwoity wynik, ale bez rewelacji. Jest dobrze, ale zawsze może byc lepiej. Dzisiaj postanowiłam zamieść fragment z mojego starszego opowiadania, tym razem jest to typowy już fanfick odnośnie mojego ulubionego serialu sci-fi, a konkretnie StarGate SG-1. To opowiadanko jest czymś na kształt odcinka serialu, występują w nim postacie z serialu, ale również wymyślone przeze mnie, bądź co bądź nie zamierzam ciągnąć z tego korzyści ekonomicznych, więc myślę, że PIPA lub SOPA mi nic nie zrobi :-). Od razu zaznaczam będzie tu trochę, hmmm, potriotyzmu? Z resztą sami się zorientujecie. Jeżeli ktos nie zna serialu, spoko, wszystko jest opisane, więc "no problem". Zapraszam do czytania:


The Another Gene *** Odmienny gen


Cheyenne Mountain Complex.
Sala odpraw.

- To, na czym będzie polegała ta misja?- Spytał wesoło pułkownik O’Neill, przeciągając się na krześle. SG 1 już od dłuższego czasu nie otrzymało misji, na której działo by się cokolwiek ciekawego. Przynajmniej dla pułkownika. Od dwóch miesięcy zawsze trafiał im przydział na badanie samych nadzwyczaj nudnych planet, na których jedynie dr Jackson mógł poczuć się szczęśliwy. Na każdej były ruiny z jakimś nieznanym im dotychczas obcym pismem.
- Polecicie do Polski- odparł spokojnie gen. Hammond.
 - Do Polski?! Ale, po co?- Takiej reakcji dowodzący bazą spodziewał się jedynie po dowódcy drużyny, a nie po major Carter i Danielu. Teal’c zareagował jedynie lekkim zdziwieniem, wyrażonym przez podniesienie lewej brwi.
 - Tak, do Polski. Dostaliśmy od tamtejszych władz bardzo ciekawe informacje na temat pewnej dziewczyny. Ma wyjątkowe zdolności szybkiego uczenia się, ponadto podejrzewamy, że posiada gen Starożytnych. W dodatku, niedawno na dziewczynę napadnięto. Z jej zeznań wynika, iż napastnicy posługiwali się dziwną bronią, podobną do malutkiego węża, strzelającego impulsami elektrycznymi…
- Zat'y - skwitowała pani major.
- Najprawdopodobniej. Oczywiście, dziewczynie nikt nie uwierzył w tę wersję.
- To w takim razie jak ta informacja trafiła do polskich władz?- Spytał Daniel.
- Sprawę zwietrzył polski wywiad wojskowy, stwierdzając, że taka broń może być przydatna. Zaczęli sprawę badać, skąd ta broń. Kilku najlepszych polskich agentów zginęło. Przez porażenie prądem. To zainteresowało z kolei nasze służby i w ten sposób doszło do wymiany informacji. Polski prezydent i premier wiedzą już o Wrotach, natomiast my o dziewczynie.
- Dobrze. Ale skąd pewność, że ona posiada ten gen?
- Właśnie to macie ustalić, a jeśli dziewczyna się zgodzi na podpisanie klauzuli, sprowadzić ją do Cheyenne.
- Polski rząd nie ma nic przeciwko?
- Nie. Prezydent rozmawiał już ze swoim polskim odpowiednikiem. Tu są dane dziewczyny- gen. Hammond podsunął członkom drużyny po teczce.- I jeszcze jedno. Ze względów bezpieczeństwa, w misji nie będzie uczestniczył Teal’c.
- Co takiego?- Jack był oburzony.
- To jest decyzja z góry, pułkowniku. Nawet ja musiałem się jej podporządkować.
- Rozumiem- mruknął O’neill wyraźnie niezadowolony, patrząc ze współczuciem na przyjaciela.
- W porządku, pułkowniku. Mogę zostać- uspokoił go Jaffa.
 - Dobrze. Podsumowując, macie zbadać skąd broń Goaul’d znalazła się w Polsce oraz nawiązać kontakt z dziewczyną. Samolot odlatuje za godzinę.

***

Kraków, lotnisko
- Z danych wynika, że ta dziewczyna to jeszcze studentka – zaczęła major, gdy tylko znaleźli się w samochodzie, który miał ich zawieźć do szpitala, w którym leżała napadnięta – Nazywa się Magdalena Nie…dzwiecka. Nie wiem jak się czyta tą kreskę nad ‘z’. Studiuje kulturoznawstwo.
- No to może pójść jak po grudzie- wtrącił O’neill, odchylając głowę do tyłu.
- Niby, czemu? – Spytał dr Jackson, któremu już podobała się perspektywa spotkania, kogoś o podobnych zainteresowaniach.
- No, bo zajmuję się czymś historiopodobnym- rzucił wymowne spojrzenie w kierunku archeologa – Kolejny wrzód na tył…
- Do czego pijesz, co? Ja tam sądzę, że będzie ciekawa i podpisze klauzulę- przerwał mu znowu Daniel.
- A ja tam mam złe przeczucia, a wiesz jak to się kończy, gdy je mam – Jack zrobił kwaśną minę i wyjrzał przez okno na polski krajobraz.
Na zewnątrz migały ostatnie drzewa, wjeżdżali do miasta. Minęli pierwsze bloki, następne były dopiero budowane. Pogoda była paskudna. Deszcz mocno zacinał. Zazwyczaj Jack nie przejmował się takimi bzdurami, ale dzisiaj było wyjątkowo inaczej. Przytłaczało go to. Może, dlatego, że chciał misji na innej planecie, dając kopa kolejnym oddziałom wroga? Tęsknił za tym, pomagało mu to zapomnieć o śmierci syna, Charliego. Co prawda wyleczył się już z depresji, ale ból po stracie ciągle powracał niczym bumerang. Zamknął oczy i zanurzył się we wspomnieniach: jak grali w baseball albo jak uczył go trzymać wędkę, gdy wyjeżdżali nad jezioro w Minessocie.
- Sir, wszystko ok?- Carter patrzyła w tej chwili na niego tymi swoimi, niebieskimi oczami.
Kochał, gdy ona mówiła to swoje formalistyczne „sir” i nie tylko. Gdyby nie ten głupi regulamin, mogliby być razem. Na ogół nienawidził wszystkiego, co wiązało się zapamiętywaniem, trudnym słowami, ale ten feralny punkt wojskowego regulaminu SGC znał na pamięć. Do dziś pamiętał, gdy razem z Teal’c’em utknął w dziesięciogodzinnej pętli czasowej i mógł robić, co chciał, nie przejmując się konsekwencjami. Zawsze uśmiechał się do momentu, kiedy wkładał rezygnację w ręce Hammonda, a chwilę później całował gorąco kompletnie zdezorientowaną Samanthę.
- Tak, Carter. Nawet bardzo- odpowiedział po chwili, uśmiechając się do niej.
Odwzajemniła uśmiech. Nie tylko należała do grona najlepszych żołnierzy, co największych umysłów w dziedzinie Wrót i obcych technologii. Do tego była niewątpliwie piękną kobietą. Czuła, że pułkownik nie mówi prawdy, ale też nie chciała naciskać. Nie mogłaby. Sam darzyła swojego przełożonego uczuciem, daleko wybiegającym poza granicę zwykłej przyjaźni. Nie miała jednak pojęcia, czy Jack odwzajemnia jej uczucia. Nieraz marzyła, że tak, ale to wydawało jej się niemożliwe. Jack imponował jej opanowaniem i poczuciem humoru, nawet wtedy, gdy sytuacja zdawała się być bez wyjścia. I niezwykłą odwagą. Swoje uczucie kryła pod pancerzem pracy i formalnych zwrotów. To była jej jedyna broń przed „zdemaskowaniem”. Wspólne imprezy czy bankiety były dla niej jak piekło. Teraz również wyjrzała przez okno samochodu. Tęskniła do ojca, generała, który ze względu na chorobę musiał skorzystać z pomocy obcych, Tok’ra, dzięki czemu mógł przeżyć, kosztem utraty kontaktu z synem.
Tymczasem dr Jackson widząc, że Sam i Jack pogrążeni są we własnych myślach, zajrzał kolejny raz do dokumentów na temat dziewczyny. Bardzo ciekawiło go jak zareaguje na informacje, czym są naprawdę egipskie piramidy. W końcu jego teoria, jak się później okazało prawdziwa teoria, że to lądowiska dla statków kosmicznych, została szeroko wyśmiana w światku archeologów i kulturoznawców. Dopiero wojsko „doceniło” jego pracę na ten temat. Daniel doskonale pamiętał tamten dzień. Lało tak samo jak dzisiaj, a on właśnie wychodził z uczelni po kolejnej, nieudanej próbie udowodnienia swoich racji. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to wydarzenie wywróci całe jego dotychczasowe życie do góry nogami. Od tamtej pory nie miał już nigdy problemów finansowych, a niektórych przygód pozazdrościłby mu niejeden sławny archeolog. Należał obecnie do najlepszej jednostki w bazie, zdobył szacunek u pułkownika, co jako dla cywila i w dodatku naukowca było szczególnie trudne, to potwierdził swoją teorię i poznał całe tuziny nowych cywilizacji, o których nawet nie śnił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz