piątek, 11 maja 2012

Legendy Wertiany rozdział 1. część 1.


I
Przepowiednia


Był rześki poranek, gdy do brzegów Wertiany zbliżyło się kilka majestatycznych, wielkich, elfickich statków, które pomimo swego ogromu zadziwiały każdego swoją lekkością i zwrotnością. Te przedziwne właściwości zapewniały im długowieczne tradycje budowniczych z Lorfitien, ale przede wszystkim treilein, drewno, z którego zostały wykonane.
Białe, niczym świeży śnieg, żagle okrętów trzepotały na wietrze, grając jedną z morskich pieśni znanych tylko im. Wkrótce przerzucono pomosty na brzeg, a z każdego ze statków zaczęła wysiadać spora liczba mieszkańców elfiego raju, jak nie raz nazywano Lorfitien. Przybysze początkowo przystawali na brzegu, chcąc jeszcze raz spojrzeć w kierunku swojej ojczyzny, po czym kierowali się na Szmaragdowy Szlak, prowadzący w głąb pradawnego lasu. Podobnie postąpił też pewien zielonooki elf o długich, kasztanowych włosach. Odziany w ciepły, ciemnozielony płaszcz skierował się w kierunku starej puszczy.
Nie planował długo zabawić na Wertianie. Zwyczajnie stęsknił się z swoimi przyjaciółmi, którzy bardziej lubowali się w przygodach śmiertelników niż on. To miała być „krótka”, kilkumiesięczna wizyta. Ubranie zapewniało mu ochronę przed ciekawskimi oczami ludzi, hobbitów, i krasnoludów. Nie, nie miał żadnych rasowych uprzedzeń, ale nie przepadał za przedstawicielami innych ras. Nigdy nie potrafił i nie starał się ich zrozumieć. To właśnie odpychało go od Wertiany. Tymczasem słońce wznosiło się coraz wyżej, a zielonooki elf podziwiał budzący się z zimowego snu las. Na niektórych gałęziach rozwijały się już pierwsze liście. Ptaki świergotały zawzięcie krążąc pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami i wyczyniając niezwykłe powietrzne akrobacje. Gilfras, bo wędrowiec tak miał na imię, zamknął oczy i uśmiechnął się. To była jedna z rzeczy, która naprawdę podobała się mu na Wertianie – przyroda. Przeniósł się myślami na Lorfitien. Minął zaledwie miesiąc, kiedy po raz ostatni widział jego brzeg. Uśmiech na twarzy stał się jeszcze szerszy. Uwielbiał powracać do czasu, który tam spędzał. Elf otworzył oczy i spojrzał w dal, pomiędzy drzewa. Nagle coś błysnęło wśród otaczającej go zieleni. Nigdy wcześniej nie zwróciłby na coś takiego uwagi, ale tym razem było inaczej. To coś go zaintrygowało. Zboczył z wytyczonej przez lata elfich wędrówek ścieżki. Przeczuwał, że postępuje nierozważnie. Jednak pragnienie zbadania tej rzeczy było silniejsze. Nawet nie był pewny, czy to było tylko „pragnienie”. Raczej jakaś niewidzialna, magiczna siła, której nie mógł się oprzeć żadną miarą. W końcu dotarł do miejsca, skąd pochodziły dziwne błyski. Jeszcze raz się rozejrzał. W pierwszej chwili nic nie dojrzał. Starał się jak najbardziej wysilić swoje zmysły. Niestety, na próżno. Miał już zawracać w kierunku Szlaku, kiedy znowu zauważył migotanie wśród traw. Tuż pod stopami Gilfrasa leżał malutki klejnot emanujący magiczną, szmaragdową poświatą, która co pewien czas zwiększała się i zmniejszała. Mimowolnie podniósł kamień. Obejrzał go. Był mały, ale jakże piękny. Nagle elf poczuł się dziwnie. Jakby coś skręcało się wewnątrz niego, a potem ciągnęło go w dół, wprost do środka kryształu.

Niespodziewanie znalazł się na uliczce w jakimś mieście. Do jego uszu zewsząd dochodziły przerażone krzyki i płacz. Wszystko było skąpane w ognistej czerwieni wielkiego pożaru, będącego jedynie tłem dla brutalnej rzezi, dokonywanej przez nieznane mu szare, zakapturzone postacie.
- Nie! Zostaw ich!!! - Gilfras krzyczał z całych sił i z przerażenia.
Nieznane mu szare postacie sunęły w kierunku jego przyjaciół, trzymając w ręku obnażone miecze z zielonymi rękojeściami, skąpane we krwi poprzednich ofiar. Elf wyciągnął swoją broń. Chciał zadać cios, ale ostrze miecza przeszyło jedynie powietrze.
- Co?! - zdziwił się.
Magia nie była obcą mu sztuką, lecz z taką jej postacią nie spotkał się nigdy. W tym samym momencie znów zaczęło go skręcać w środku. Ból był znacznie silniejszy niż poprzednio. Gilfras jęknął i zamknął oczy. Gdy je na nowo otworzył, leżał na ziemi, ciężko dysząc. Wstał powoli i niepewnie. W dłoni cały czas trzymał zielony kamień. Elf spojrzał ze strachem na przedmiot. Nie zmierzał go zostawić. Nie mógł go zostawić. Bez właściciela mógł narobić jeszcze więcej szkody, niż tylko porządnie kogoś wystraszyć. Jednak z drugiej strony bał się zabrać go ze sobą. Nie miał pojęcia, jaką jeszcze moc skrywa jeszcze w sobie ten klejnot. Miał jednak przeczucie, że wyrzuty sumienia nie dadzą mu ani chwili wytchnienia, dlatego schował zielony kryształ do kieszeni.
Spojrzał w górę. Sklepienie zaczynało robić się rumienić niczym zawstydzona niewiasta, co było niewątpliwym znakiem zmiany warty na niebieskim firmamencie. Niedługo, zamiast jasnego blasku ciepłego słońca, pojawi się jedynie blade, nikłe światło księżyca.
Myślałem, że trwało to znacznie krócej - pomyślał głośno z przerażeniem, ale nie panikował.
Zdawał sobie jednak sprawę, że na świecie istnieją przeróżne rodzaje zaklęć, które mają jeszcze bardziej nieprzewidywalne skutki. W tym momencie nie pozostało mu nic innego, jak tylko udać się w stronę Ceintiren.
Nie zamierzał wracać już na Szmaragdowy Szlak, oznaczałoby to niepotrzebną stratę czasu. Na szczęście las Troudien znał dobrze jeszcze z lat, kiedy był jedynie wyrostkiem. Gilfras nie urodził się jak większość elfów na Lorfitien, lecz na Wertianie. Dopiero(albo według ludzkiej miary aż), gdy miał czterdzieści lat, przeniósł się na tamten kontynent, który pokochał swym całym, elfim sercem.
 Pośpiesznie przemykał pomiędzy kolejnymi drzewami w kierunku miasta. Robiło się coraz ciemniej, a tym samym bardziej tajemniczo i złowieszczo. Gilfras lubił ten zwykle spokojny las, jednakże w tym momencie przyprawiał on o dreszcze. Nerwowo rozejrzał się dokoła, jakby spodziewając się ataku nieznanej mu siły w każdej chwili. Łuk trzymał cały czas napięty, ale wokół panowała cisza, ani jednego szelestu liści, ani jednego trzasku łamanej gałązki. Mimo to przybysza nie opuszczało wrażenie, że ktoś go obserwuje i w dodatku nie ma dobrych zamiarów wobec niego.
I nie mylił się:
- Zostaw go! Nie należy do ciebie. Nie należy do sił Mina’at’a. - do uszu Gilfrasa dobiegł ochrypły, demoniczny głos.
Zatrzymał się i zaczął rozglądać się za jego właścicielem. Nie dostrzegł jednak nikogo. Natomiast poczuł za sobą dziwne zimno, które przenikało każdą komórkę jego ciała. Owszem, powietrze tego wieczora było mroźne, ale ten chłód przejmował go całego, tak bardzo, że czuł wszystkie swoje kości i to pod ciepłym płaszczem z Lorfitien. Powoli zaczął się odwracać. Gdy to uczynił, od razu tego pożałował. Przed jego oczyma niespodziewanie wyrosła wielka, szara, zakapturzona postać, która właśnie mierzyła w niego zielonym mieczem. Wyglądała identycznie jak te, które widział w krysztale. W innym przypadku podjąłby walkę, ale jedyne, co mógł teraz zrobić, to szybko sparować cios i uciekać przed śmiercią, o której nikt by się nie dowiedział. Nie zamierzał tak zginąć. Nie mógł do tego dopuścić, a jedynym sposobem na przeżycie była teraz właśnie próba ucieczki. W walce nie miałby szans. Żyjąc na spokojnym Lorfitienie odwykł od walki, przez co jego umiejętności pozostawiały wiele do życzenia.
Upiór wciąż niestrudzenie sunął za nim, jakby nie czuł zmęczenia. Natomiast przerażony elf coraz bardziej dotkliwiej je odczuwał. Stracił rachubę czasu. Dystans pomiędzy ofiarą a koszmarnym myśliwym zaczynał się powoli zmniejszać. Elf ścisnął kamień jeszcze bardziej, niż dotychczas. Ten znowu zaczął się jarzyć swoim niezwykłym światłem. W tym samym momencie chłód zniknął. Gilfras odwrócił głowę. W jednej chwili zatrzymał się i stanął jak wryty, wpatrując się w pusty las. Za nim nie było nikogo. Żadnego śladu Upiora. Rozejrzał się niepewnie, lecz nigdzie nie dostrzegł szarej, zakapturzonej postaci. Odetchnął z ulgą i rozluźnił uścisk. Znowu poczuł dotkliwe zimno.
- Czyżby ten kamień miał nad nim władzę?- pomyślał i natychmiast zacisnął dłoń. Ociepliło się. Instynkt podpowiadał mu, że jest bezpieczny. Niezwłocznie ruszył dalej w kierunku miasta.

***
Zimne, poranne powietrze delikatnie szczypało Gilfrasa w twarz. Wędrował teraz uliczkami Ceintiren, jeśli tak można nazwać dużej szerokości ścieżki wytyczone pomiędzy drzewami. Mieszkania elfów, nie mieściły się na ziemi, lecz na tahronach, drzewach o niewyobrażalnie grubym i długim pniu, który rozgałęział się dopiero na wysokości kilkudziesięciu metrów nad ziemią. Właśnie dzięki temu elfy budowały swe domy nie na ziemi, lecz wysoko pod szmaragdowymi koronami drzew. Wchodziło się do nich przez upuszczane drabinki, które były dodatkowo wzmocnione, aby służyć przez długi czas. Kolejne domy były połączone ze sobą drewnianymi pomostami, także gdyby sąsiedzi pragnęli wspólnie spędzić trochę czasu, nie musieli schodzić na dół i z powrotem wspinać się na następne tahrony. Natomiast w dolnym mieście znajdowały się jedynie pomieszczenia użyteczności publicznej, z których największym zainteresowaniem cieszył się Plac Leśny, który po prawdzie był wielką polaną pośrodku Ceintiren. Znajdował się na nim również targ, na którym każdy mógł wystawić swoje towary na sprzedaż, a także spotkać się ze znajomymi. W tym właśnie kierunku zmierzał Gilfras.
 Gdy w końcu dotarł na miejsce, zewsząd ogarnął go kolorowy tłum elfów oraz innych nacji. Z każdego zakątka Placu dochodziły Gilfrasa rozmowy, krzyki, śmiechy. Przybysz po chwili delektowania się wesołym gwarem zaczął się rozglądać w poszukiwaniu swojego przyjaciela z dzieciństwa, Celtima. Ostatni raz widzieli się pięćdziesiąt lat temu i Gilfras wcale nie był pewien czy pozna towarzysza zabaw i wojaży po Lesie Troudien.
 - Gilfras?! To naprawdę ty?- za jednego ze straganów wyłonił się wysoki elf o jasnych, prostych włosach sięgających mu do ramion i niebieskich oczach.
 - Witaj Lir’min’ie! Przybyłem odwiedzić stare kąty. Widziałeś może Celtima?- przybysz skinął lekko głową na znak pozdrowienia starego znajomego.
 - A jakże. Czeka na ciebie. O, tam – odpowiedział handlarz, ruchem głowy wskazując północno-wschodni róg Placu.
Gilfras uprzejmie pożegnał się z Lir’min’em i szybkim krokiem pomaszerował we wskazanym kierunku. Po niedługim czasie dostrzegł w tłumie dobrze mu znaną postać.  
 - Celtim! Jak miło cię znów zobaczyć! Jak ci się wiedzie?- na widok kruczowłosego elfa o ciemnej karnacji i oczach koloru fiołków szeroko się uśmiechnął i wyciągnął ramiona na powitanie.
 Celtim, nie odpowiedział od razu na pozdrowienie, jedynie przyjaźnie uścisnął swojego najlepszego przyjaciela. Kiedy panowie wreszcie się przywitali, na twarzy Celtima nagle radość ustąpiła miejsca głębokiemu smutkowi. Tradycją wśród elfów było, aby na takie pozdrowienie stwierdzić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, lecz dawny kompan Gilfrasa w obecnej chwili ani trochę nie uważał, że w kraju się dzieje dobrze. W końcu odparł:
 - Chciałbym powiedzieć, że dobrze, lecz wtedy skłamałbym.
 - Chyba rozumiem, o co ci chodzi.
 Celtim spojrzał ze zdziwieniem na Gilfrasa, pytając się w myślach:
- O czym on mówi? Przecież przybył zaledwie wczorajszego ranka… chyba, że… w nocy…, ale jakim sposobem mógł przeżyć? - ciemnowłosy elf skrzywił się delikatnie, po czym powiedział już głośno:
 - Lepiej tutaj o tym nie rozmawiajmy. I tak już za dużo zostało wypowiedziane. Chodź pogadamy o tym u mnie, na spokojnie.
 - Ale dlaczego?
 - Nie teraz. Później ci to wyjaśnię.- Celtim chwycił przyjaciela za rękę i poprowadził pomiędzy tahronami w kierunku swojego mieszkania.

wtorek, 8 maja 2012

The Another Gene cz. 3

Dziś kolejna część przygód mojej imienniczki Magdy! Zapraszam do lektury!


Dwa dni później, Kraków, lotnisko

Za pięć ósma Magda wysiadła z miejskiego autobusu naprzeciwko terminalu odlotów. Zarzuciła ogromny plecak na plecy, torbę podręczną na ramię i ruszyła pod terminal, rozglądając się dyskretnie za pułkownikiem i jego ekipą. Na razie nie było ich nigdzie widać, więc stanęła pod wejściem i czekała. Zrobiła głęboki wdech. Denerwowała się. Za chwilę po raz pierwszy wsiądzie do samolotu i znajdzie się w zupełnie innym świecie. Wiosenne słońce wesoło łaskotało jej twarz, a ciepły wietrzyk rozwiewał delikatnie włosy. Mijały kolejne minuty, a drużyna wciąż się nie pojawiała.
Było już pięć po ósmej. Magdę zaczynało to powoli dziwić i niepokoić. W wojsku takie spóźnienia? Nagle z kieszeni rozległ się jej ukochany utwór ulubionego zespołu i zarazem dzwonek komórki.
- Słucham?
- Magda? Coś się stało? Gdzie jesteś? Czekamy na ciebie – z telefonu rozległ się lekko zdenerwowany głos Daniela.
- A ja na was. Jestem pod terminalem – odpowiedziała.
- No, my też. – Magda podniosła lewą brew i rozejrzała się jeszcze raz po okolicy– Nie widzę was. Zaraz… a z której strony jesteście?
- Od płyty.
- Co?! O ślicznie. Ja myślałam, że będziecie czekać od ulicy. Już do was idę.
- Wyjdziemy ci naprzeciw. Kieruj się do bramki numer 1.
- O.K. – odpowiedziała i nacisnęła czerwoną słuchawkę.
Weszła na teren lotniska. Codzienny tutejszy hałas był naprawdę ogłuszający. Pożegnalne rozmowy, łzy, objęcia. Tłum. Średniego wzrostu szatynka łatwo wtopiła się w niego, przeciskając się do wskazanej przez doktora bramki. Gdy w końcu do niej dotarła i położyła torbę do kontroli bagażowej, odetchnęła głęboko. Po drugiej stronie zobaczyła Jacka, Sam i Daniela. Pomachała do nich i chciała już załatwiać tradycyjne formalności, gdy celniczka zapytała:
- Pani z nimi? – i wskazała ręką na Amerykanów, a w tym momencie Jack uśmiechnął się i puścił do niej oko. Magda odwzajemniła uśmiech. Dobrze wiedziała, że „maczał” w tym palce.
- Tak. Z nimi – uśmiechając się chytrze.
- To proszę podać paszport.
- Proszę – odpowiedziała studentka i poddała dokument.
- Zgadza się – celniczka oddała paszport i przepuściła dziewczynę. Magda natychmiast podbiegła się przywitać z zespołem.
- Miło was widzieć. Tylko skąd pomysł by czekać na mnie od strony płyty? – wzrok dziewczyny zatrzymał się na Jacku.
- No, ja się zawsze tak umawiam – przewrócił oczami pułkownik i rozłożył ręce.
- W końcu służymy w lotnictwie – pospieszyła mu z pomocą Sam i trąciła dziewczynę łokciem.
- No tak, racja.
Po kilku minutach wyszli na płytę lotniska, a przed nimi stał jeden z amerykańskich samolotów rządowych, VC-25.
- Ej, no bez przesady! – rzuciła studentka, widząc że towarzysze kierują się właśnie do niego.
- A ty myślałaś, że co? Mówiłem, że nam zależy. Idziesz czy nie? – odpowiedział pułkownik, odwracając się. Przez chwilę szedł do tyłu i nie zauważył małej szczeliny w asfalcie, nagle stracił równowagę i… po chwili leżał już na ziemi, powodując niemałą salwę śmiechu u reszty – Kurczę…
- Nie wiesz, że polskie drogi słyną z dziur? – powiedziała Magda.
- Nieee… , ale już wiem. Chodźmy do samolotu.
Magda weszła do samolotu i usadowiła się w jednym z wygodnych foteli. Teraz, gdy już miała podpisaną klauzulę była bardzo ciekawa, w co się wpakowała, tak na serio. Teraz patrzyła po całej drużynie z zniecierpliwieniem, aż ktoś jej to wyjaśni.
- To kto mi wyjaśni o co chodzi z tym genem?
- Dawno, dawno temu… - zaczął Jack, ale Daniel mu przerwał:
- W 1928 roku ekspedycja archeologiczna znajduje w Gizie kamienne tablice w całości pokryte hieroglifami i ogromny pierścień z metalu, który nie występuję na Ziemi. Ten pierścień to Gwiezdne Wrota. Jest urządzenie umożliwiające podróże między planetarne, które skonstruowali Starożytni, bardzo wysoko zaawansowana technologicznie rasa obcych, których wytraciła jakaś tajemnicza, groźna choroba. Jednak Wrota nie są jedynym dziedzictwem po Starożytnych. Nie dawno na Antarktydzie odkryto całą masę urządzeń stworzonych przez nich. Niestety nie wszyscy są w stanie uruchomić te urządzenia. Potrzeba do tego specjalnego genu, Genu Starożytnych.
- I ja taki gen mam?
- Najprawdopodobniej. Pułkownik też go posiada – wtrąciła major Carter.
- To skoro pułkownik go ma to dlaczego on nie może pomóc? Czemu ja?
- Ponieważ, dr Freiser, nasz lekarz stwierdziła, że twój gen nieco różni się od genu… - major Carter urwała na chwilę, ale za chwilę dodała - chociażby pułkownika.
- I co z tego?
- Niedawno odkryto na Antarktydzie urządzenie, którego nikt nie potrafił uruchomić. Nawet pułkownik – wtrącił Daniel.
- I podejrzewacie, że ja, dzięki temu że mam ten inny gen Starożytnych będę potrafiła włączyć to „coś”?
- Zgadza się – uśmiechnął się do studentki doktor Jackson.
Magda lekko skrzywiła się na te słowa, nie miała zamiaru zostawać królikiem doświadczalnym. Ale teraz nie miała odwrotu. Jack może i obiecał jej, że po wszystkim nie zostanie zabita, ale sumienie i ciekawość nie dały by jej spokoju. Może i była spokojną, cichą studentką, mimo to zawsze kochała książki przygodowe i sensacyjne. Teraz przygoda zaprosiła i ją do swojej zabawy, a według dziewczyny głupio by było z zaproszenia nie skorzystać.
Wyjrzała przez okno samolotu. To był jej pierwszy lot i jak na razie bardzo jej się podobał. Niebo za oknem było bezchmurne tak, że Magda mogła dostrzec ocean pod nimi. Światło słońca grało na muskanych delikatnym wiatrem falach.
- Piękny widok – skomentowała studentka.
- I między innymi za to kocham latanie – odpowiedział jej O’neill.
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
- Twój pierwszy lot? – spytał, a ona przytaknęła:
- I mam nadzieję, że nie ostatni.
Colorado Springs, lotnisko USAF

Kolejne krople ulewnego deszczu spadały na mokrą płytę lotniska, gdy koła VC-25 jej dotknęły. Po chwili samolot stanął naprzeciw wielkiego terminala i podjechał do niego wózek. Drzwi maszyny się otworzyły, a z środka zaczęli wysiadać kolejni pasażerowie, natychmiast rozkładający parasole. Spod zadaszenia nad wyjściem z terminalu wyłoniły się dwie postacie. Jedna była ubrana w galowy mundur Sił Powietrznych, druga w czarną, przeciwdeszczową kurtkę, identyczną z tą, jaką mieli Jack, Sam i Daniel. Gdy Magda i SG 1 stanęli już na płycie lotniska mężczyźni byli już przy schodach. Major i pułkownik zasalutowali, a niższy z przybyłych mężczyzn uczynił to samo, po czym zwrócił się do Magdy:
- Witam w Colorado Springs. Jestem generał George Hammond i dowodzę bazą w Cheyenne. To jest Teal’c, Jaffa, nasz przyjaciel.
- Witam - Teal’c głęboko ukłonił się w stronę dziewczyny. Magdzie nie pozostało nic innego jak odkłonić się mężczyźnie.
- Miło mi poznać.
- Mam nadzieję, że podróż przebiegła bez komplikacji i w miłej atmosferze?
- Dziękuję. Lot był naprawdę wspaniały.
- Klauzulę rozumiem pani ma?
- Przekazałam już ją major Carter – uśmiechnęła się w stronę kobiety.
- Świetnie.
- Przepraszam za pytanie, ale gdzie będę mieszkać?
- Możesz u mnie. Mam duży dom, poza tym coś Ci obiecałem – wtrącił pułkownik.
 - Dobrze. W takim razie jutro widzę wszystkich w bazie. – zakończył generał.