wtorek, 8 maja 2012

The Another Gene cz. 3

Dziś kolejna część przygód mojej imienniczki Magdy! Zapraszam do lektury!


Dwa dni później, Kraków, lotnisko

Za pięć ósma Magda wysiadła z miejskiego autobusu naprzeciwko terminalu odlotów. Zarzuciła ogromny plecak na plecy, torbę podręczną na ramię i ruszyła pod terminal, rozglądając się dyskretnie za pułkownikiem i jego ekipą. Na razie nie było ich nigdzie widać, więc stanęła pod wejściem i czekała. Zrobiła głęboki wdech. Denerwowała się. Za chwilę po raz pierwszy wsiądzie do samolotu i znajdzie się w zupełnie innym świecie. Wiosenne słońce wesoło łaskotało jej twarz, a ciepły wietrzyk rozwiewał delikatnie włosy. Mijały kolejne minuty, a drużyna wciąż się nie pojawiała.
Było już pięć po ósmej. Magdę zaczynało to powoli dziwić i niepokoić. W wojsku takie spóźnienia? Nagle z kieszeni rozległ się jej ukochany utwór ulubionego zespołu i zarazem dzwonek komórki.
- Słucham?
- Magda? Coś się stało? Gdzie jesteś? Czekamy na ciebie – z telefonu rozległ się lekko zdenerwowany głos Daniela.
- A ja na was. Jestem pod terminalem – odpowiedziała.
- No, my też. – Magda podniosła lewą brew i rozejrzała się jeszcze raz po okolicy– Nie widzę was. Zaraz… a z której strony jesteście?
- Od płyty.
- Co?! O ślicznie. Ja myślałam, że będziecie czekać od ulicy. Już do was idę.
- Wyjdziemy ci naprzeciw. Kieruj się do bramki numer 1.
- O.K. – odpowiedziała i nacisnęła czerwoną słuchawkę.
Weszła na teren lotniska. Codzienny tutejszy hałas był naprawdę ogłuszający. Pożegnalne rozmowy, łzy, objęcia. Tłum. Średniego wzrostu szatynka łatwo wtopiła się w niego, przeciskając się do wskazanej przez doktora bramki. Gdy w końcu do niej dotarła i położyła torbę do kontroli bagażowej, odetchnęła głęboko. Po drugiej stronie zobaczyła Jacka, Sam i Daniela. Pomachała do nich i chciała już załatwiać tradycyjne formalności, gdy celniczka zapytała:
- Pani z nimi? – i wskazała ręką na Amerykanów, a w tym momencie Jack uśmiechnął się i puścił do niej oko. Magda odwzajemniła uśmiech. Dobrze wiedziała, że „maczał” w tym palce.
- Tak. Z nimi – uśmiechając się chytrze.
- To proszę podać paszport.
- Proszę – odpowiedziała studentka i poddała dokument.
- Zgadza się – celniczka oddała paszport i przepuściła dziewczynę. Magda natychmiast podbiegła się przywitać z zespołem.
- Miło was widzieć. Tylko skąd pomysł by czekać na mnie od strony płyty? – wzrok dziewczyny zatrzymał się na Jacku.
- No, ja się zawsze tak umawiam – przewrócił oczami pułkownik i rozłożył ręce.
- W końcu służymy w lotnictwie – pospieszyła mu z pomocą Sam i trąciła dziewczynę łokciem.
- No tak, racja.
Po kilku minutach wyszli na płytę lotniska, a przed nimi stał jeden z amerykańskich samolotów rządowych, VC-25.
- Ej, no bez przesady! – rzuciła studentka, widząc że towarzysze kierują się właśnie do niego.
- A ty myślałaś, że co? Mówiłem, że nam zależy. Idziesz czy nie? – odpowiedział pułkownik, odwracając się. Przez chwilę szedł do tyłu i nie zauważył małej szczeliny w asfalcie, nagle stracił równowagę i… po chwili leżał już na ziemi, powodując niemałą salwę śmiechu u reszty – Kurczę…
- Nie wiesz, że polskie drogi słyną z dziur? – powiedziała Magda.
- Nieee… , ale już wiem. Chodźmy do samolotu.
Magda weszła do samolotu i usadowiła się w jednym z wygodnych foteli. Teraz, gdy już miała podpisaną klauzulę była bardzo ciekawa, w co się wpakowała, tak na serio. Teraz patrzyła po całej drużynie z zniecierpliwieniem, aż ktoś jej to wyjaśni.
- To kto mi wyjaśni o co chodzi z tym genem?
- Dawno, dawno temu… - zaczął Jack, ale Daniel mu przerwał:
- W 1928 roku ekspedycja archeologiczna znajduje w Gizie kamienne tablice w całości pokryte hieroglifami i ogromny pierścień z metalu, który nie występuję na Ziemi. Ten pierścień to Gwiezdne Wrota. Jest urządzenie umożliwiające podróże między planetarne, które skonstruowali Starożytni, bardzo wysoko zaawansowana technologicznie rasa obcych, których wytraciła jakaś tajemnicza, groźna choroba. Jednak Wrota nie są jedynym dziedzictwem po Starożytnych. Nie dawno na Antarktydzie odkryto całą masę urządzeń stworzonych przez nich. Niestety nie wszyscy są w stanie uruchomić te urządzenia. Potrzeba do tego specjalnego genu, Genu Starożytnych.
- I ja taki gen mam?
- Najprawdopodobniej. Pułkownik też go posiada – wtrąciła major Carter.
- To skoro pułkownik go ma to dlaczego on nie może pomóc? Czemu ja?
- Ponieważ, dr Freiser, nasz lekarz stwierdziła, że twój gen nieco różni się od genu… - major Carter urwała na chwilę, ale za chwilę dodała - chociażby pułkownika.
- I co z tego?
- Niedawno odkryto na Antarktydzie urządzenie, którego nikt nie potrafił uruchomić. Nawet pułkownik – wtrącił Daniel.
- I podejrzewacie, że ja, dzięki temu że mam ten inny gen Starożytnych będę potrafiła włączyć to „coś”?
- Zgadza się – uśmiechnął się do studentki doktor Jackson.
Magda lekko skrzywiła się na te słowa, nie miała zamiaru zostawać królikiem doświadczalnym. Ale teraz nie miała odwrotu. Jack może i obiecał jej, że po wszystkim nie zostanie zabita, ale sumienie i ciekawość nie dały by jej spokoju. Może i była spokojną, cichą studentką, mimo to zawsze kochała książki przygodowe i sensacyjne. Teraz przygoda zaprosiła i ją do swojej zabawy, a według dziewczyny głupio by było z zaproszenia nie skorzystać.
Wyjrzała przez okno samolotu. To był jej pierwszy lot i jak na razie bardzo jej się podobał. Niebo za oknem było bezchmurne tak, że Magda mogła dostrzec ocean pod nimi. Światło słońca grało na muskanych delikatnym wiatrem falach.
- Piękny widok – skomentowała studentka.
- I między innymi za to kocham latanie – odpowiedział jej O’neill.
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
- Twój pierwszy lot? – spytał, a ona przytaknęła:
- I mam nadzieję, że nie ostatni.
Colorado Springs, lotnisko USAF

Kolejne krople ulewnego deszczu spadały na mokrą płytę lotniska, gdy koła VC-25 jej dotknęły. Po chwili samolot stanął naprzeciw wielkiego terminala i podjechał do niego wózek. Drzwi maszyny się otworzyły, a z środka zaczęli wysiadać kolejni pasażerowie, natychmiast rozkładający parasole. Spod zadaszenia nad wyjściem z terminalu wyłoniły się dwie postacie. Jedna była ubrana w galowy mundur Sił Powietrznych, druga w czarną, przeciwdeszczową kurtkę, identyczną z tą, jaką mieli Jack, Sam i Daniel. Gdy Magda i SG 1 stanęli już na płycie lotniska mężczyźni byli już przy schodach. Major i pułkownik zasalutowali, a niższy z przybyłych mężczyzn uczynił to samo, po czym zwrócił się do Magdy:
- Witam w Colorado Springs. Jestem generał George Hammond i dowodzę bazą w Cheyenne. To jest Teal’c, Jaffa, nasz przyjaciel.
- Witam - Teal’c głęboko ukłonił się w stronę dziewczyny. Magdzie nie pozostało nic innego jak odkłonić się mężczyźnie.
- Miło mi poznać.
- Mam nadzieję, że podróż przebiegła bez komplikacji i w miłej atmosferze?
- Dziękuję. Lot był naprawdę wspaniały.
- Klauzulę rozumiem pani ma?
- Przekazałam już ją major Carter – uśmiechnęła się w stronę kobiety.
- Świetnie.
- Przepraszam za pytanie, ale gdzie będę mieszkać?
- Możesz u mnie. Mam duży dom, poza tym coś Ci obiecałem – wtrącił pułkownik.
 - Dobrze. W takim razie jutro widzę wszystkich w bazie. – zakończył generał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz