I
Przepowiednia
Był rześki poranek, gdy do brzegów Wertiany zbliżyło się kilka majestatycznych, wielkich, elfickich statków, które pomimo swego ogromu zadziwiały każdego swoją lekkością i zwrotnością. Te przedziwne właściwości zapewniały im długowieczne tradycje budowniczych z Lorfitien, ale przede wszystkim treilein, drewno, z którego zostały wykonane.
Przepowiednia
Był rześki poranek, gdy do brzegów Wertiany zbliżyło się kilka majestatycznych, wielkich, elfickich statków, które pomimo swego ogromu zadziwiały każdego swoją lekkością i zwrotnością. Te przedziwne właściwości zapewniały im długowieczne tradycje budowniczych z Lorfitien, ale przede wszystkim treilein, drewno, z którego zostały wykonane.
Białe, niczym świeży
śnieg, żagle okrętów trzepotały na wietrze, grając jedną z morskich pieśni
znanych tylko im. Wkrótce przerzucono pomosty na brzeg, a z każdego ze statków
zaczęła wysiadać spora liczba mieszkańców elfiego raju, jak nie raz nazywano
Lorfitien. Przybysze początkowo przystawali na brzegu, chcąc jeszcze raz
spojrzeć w kierunku swojej ojczyzny, po czym kierowali się na Szmaragdowy Szlak,
prowadzący w głąb pradawnego lasu. Podobnie postąpił też pewien zielonooki elf
o długich, kasztanowych włosach. Odziany w ciepły, ciemnozielony płaszcz
skierował się w kierunku starej puszczy.
Nie planował długo zabawić
na Wertianie. Zwyczajnie stęsknił się z swoimi przyjaciółmi, którzy bardziej
lubowali się w przygodach śmiertelników niż on. To miała być „krótka”,
kilkumiesięczna wizyta. Ubranie zapewniało mu ochronę przed ciekawskimi oczami
ludzi, hobbitów, i krasnoludów. Nie, nie miał żadnych rasowych uprzedzeń, ale
nie przepadał za przedstawicielami innych ras. Nigdy nie potrafił i nie starał
się ich zrozumieć. To właśnie odpychało go od Wertiany. Tymczasem słońce
wznosiło się coraz wyżej, a zielonooki elf podziwiał budzący się z zimowego snu
las. Na niektórych gałęziach rozwijały się już pierwsze liście. Ptaki świergotały
zawzięcie krążąc pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami i wyczyniając niezwykłe
powietrzne akrobacje. Gilfras, bo wędrowiec tak miał na imię, zamknął oczy i
uśmiechnął się. To była jedna z rzeczy, która naprawdę podobała się mu na
Wertianie – przyroda. Przeniósł się myślami na Lorfitien. Minął zaledwie
miesiąc, kiedy po raz ostatni widział jego brzeg. Uśmiech na twarzy stał się
jeszcze szerszy. Uwielbiał powracać do czasu, który tam spędzał. Elf otworzył
oczy i spojrzał w dal, pomiędzy drzewa. Nagle coś błysnęło wśród otaczającej go
zieleni. Nigdy wcześniej nie zwróciłby na coś takiego uwagi, ale tym razem było
inaczej. To coś go zaintrygowało. Zboczył z wytyczonej przez lata elfich
wędrówek ścieżki. Przeczuwał, że postępuje nierozważnie. Jednak pragnienie
zbadania tej rzeczy było silniejsze. Nawet nie był pewny, czy to było tylko
„pragnienie”. Raczej jakaś niewidzialna, magiczna siła, której nie mógł się
oprzeć żadną miarą. W końcu dotarł do miejsca, skąd pochodziły dziwne błyski.
Jeszcze raz się rozejrzał. W pierwszej chwili nic nie dojrzał. Starał się jak
najbardziej wysilić swoje zmysły. Niestety, na próżno. Miał już zawracać w
kierunku Szlaku, kiedy znowu zauważył migotanie wśród traw. Tuż pod stopami
Gilfrasa leżał malutki klejnot emanujący magiczną, szmaragdową poświatą, która
co pewien czas zwiększała się i zmniejszała. Mimowolnie podniósł kamień.
Obejrzał go. Był mały, ale jakże piękny. Nagle elf poczuł się dziwnie. Jakby
coś skręcało się wewnątrz niego, a potem ciągnęło go w dół, wprost do środka
kryształu.
Niespodziewanie znalazł się na uliczce w jakimś mieście. Do jego uszu zewsząd dochodziły przerażone krzyki i płacz. Wszystko było skąpane w ognistej czerwieni wielkiego pożaru, będącego jedynie tłem dla brutalnej rzezi, dokonywanej przez nieznane mu szare, zakapturzone postacie.
- Nie! Zostaw ich!!! - Gilfras krzyczał z całych sił i z przerażenia.
Nieznane mu szare postacie sunęły w kierunku jego przyjaciół, trzymając w ręku obnażone miecze z zielonymi rękojeściami, skąpane we krwi poprzednich ofiar. Elf wyciągnął swoją broń. Chciał zadać cios, ale ostrze miecza przeszyło jedynie powietrze.
- Co?! - zdziwił się.
Magia nie była obcą mu sztuką, lecz z taką jej postacią nie spotkał się nigdy. W tym samym momencie znów zaczęło go skręcać w środku. Ból był znacznie silniejszy niż poprzednio. Gilfras jęknął i zamknął oczy. Gdy je na nowo otworzył, leżał na ziemi, ciężko dysząc. Wstał powoli i niepewnie. W dłoni cały czas trzymał zielony kamień. Elf spojrzał ze strachem na przedmiot. Nie zmierzał go zostawić. Nie mógł go zostawić. Bez właściciela mógł narobić jeszcze więcej szkody, niż tylko porządnie kogoś wystraszyć. Jednak z drugiej strony bał się zabrać go ze sobą. Nie miał pojęcia, jaką jeszcze moc skrywa jeszcze w sobie ten klejnot. Miał jednak przeczucie, że wyrzuty sumienia nie dadzą mu ani chwili wytchnienia, dlatego schował zielony kryształ do kieszeni.
Spojrzał w górę. Sklepienie zaczynało robić się rumienić niczym zawstydzona niewiasta, co było niewątpliwym znakiem zmiany warty na niebieskim firmamencie. Niedługo, zamiast jasnego blasku ciepłego słońca, pojawi się jedynie blade, nikłe światło księżyca.
Myślałem, że trwało to znacznie krócej - pomyślał głośno z przerażeniem, ale nie panikował.
Zdawał sobie jednak sprawę, że na świecie istnieją przeróżne rodzaje zaklęć, które mają jeszcze bardziej nieprzewidywalne skutki. W tym momencie nie pozostało mu nic innego, jak tylko udać się w stronę Ceintiren.
Niespodziewanie znalazł się na uliczce w jakimś mieście. Do jego uszu zewsząd dochodziły przerażone krzyki i płacz. Wszystko było skąpane w ognistej czerwieni wielkiego pożaru, będącego jedynie tłem dla brutalnej rzezi, dokonywanej przez nieznane mu szare, zakapturzone postacie.
- Nie! Zostaw ich!!! - Gilfras krzyczał z całych sił i z przerażenia.
Nieznane mu szare postacie sunęły w kierunku jego przyjaciół, trzymając w ręku obnażone miecze z zielonymi rękojeściami, skąpane we krwi poprzednich ofiar. Elf wyciągnął swoją broń. Chciał zadać cios, ale ostrze miecza przeszyło jedynie powietrze.
- Co?! - zdziwił się.
Magia nie była obcą mu sztuką, lecz z taką jej postacią nie spotkał się nigdy. W tym samym momencie znów zaczęło go skręcać w środku. Ból był znacznie silniejszy niż poprzednio. Gilfras jęknął i zamknął oczy. Gdy je na nowo otworzył, leżał na ziemi, ciężko dysząc. Wstał powoli i niepewnie. W dłoni cały czas trzymał zielony kamień. Elf spojrzał ze strachem na przedmiot. Nie zmierzał go zostawić. Nie mógł go zostawić. Bez właściciela mógł narobić jeszcze więcej szkody, niż tylko porządnie kogoś wystraszyć. Jednak z drugiej strony bał się zabrać go ze sobą. Nie miał pojęcia, jaką jeszcze moc skrywa jeszcze w sobie ten klejnot. Miał jednak przeczucie, że wyrzuty sumienia nie dadzą mu ani chwili wytchnienia, dlatego schował zielony kryształ do kieszeni.
Spojrzał w górę. Sklepienie zaczynało robić się rumienić niczym zawstydzona niewiasta, co było niewątpliwym znakiem zmiany warty na niebieskim firmamencie. Niedługo, zamiast jasnego blasku ciepłego słońca, pojawi się jedynie blade, nikłe światło księżyca.
Myślałem, że trwało to znacznie krócej - pomyślał głośno z przerażeniem, ale nie panikował.
Zdawał sobie jednak sprawę, że na świecie istnieją przeróżne rodzaje zaklęć, które mają jeszcze bardziej nieprzewidywalne skutki. W tym momencie nie pozostało mu nic innego, jak tylko udać się w stronę Ceintiren.
Nie zamierzał wracać już
na Szmaragdowy Szlak, oznaczałoby to niepotrzebną stratę czasu. Na szczęście las
Troudien znał dobrze jeszcze z lat, kiedy był jedynie wyrostkiem. Gilfras nie
urodził się jak większość elfów na Lorfitien, lecz na Wertianie. Dopiero(albo
według ludzkiej miary aż), gdy miał czterdzieści lat, przeniósł się na tamten
kontynent, który pokochał swym całym, elfim sercem.
Pośpiesznie przemykał pomiędzy kolejnymi
drzewami w kierunku miasta. Robiło się coraz ciemniej, a tym samym bardziej
tajemniczo i złowieszczo. Gilfras lubił ten zwykle spokojny las, jednakże w tym
momencie przyprawiał on o dreszcze. Nerwowo rozejrzał się dokoła, jakby
spodziewając się ataku nieznanej mu siły w każdej chwili. Łuk trzymał cały czas
napięty, ale wokół panowała cisza, ani jednego szelestu liści, ani jednego
trzasku łamanej gałązki. Mimo to przybysza nie opuszczało wrażenie, że ktoś go
obserwuje i w dodatku nie ma dobrych zamiarów wobec niego.
I nie mylił się:
- Zostaw go! Nie należy do ciebie. Nie należy do sił Mina’at’a. - do uszu Gilfrasa dobiegł ochrypły, demoniczny głos.
Zatrzymał się i zaczął rozglądać się za jego właścicielem. Nie dostrzegł jednak nikogo. Natomiast poczuł za sobą dziwne zimno, które przenikało każdą komórkę jego ciała. Owszem, powietrze tego wieczora było mroźne, ale ten chłód przejmował go całego, tak bardzo, że czuł wszystkie swoje kości i to pod ciepłym płaszczem z Lorfitien. Powoli zaczął się odwracać. Gdy to uczynił, od razu tego pożałował. Przed jego oczyma niespodziewanie wyrosła wielka, szara, zakapturzona postać, która właśnie mierzyła w niego zielonym mieczem. Wyglądała identycznie jak te, które widział w krysztale. W innym przypadku podjąłby walkę, ale jedyne, co mógł teraz zrobić, to szybko sparować cios i uciekać przed śmiercią, o której nikt by się nie dowiedział. Nie zamierzał tak zginąć. Nie mógł do tego dopuścić, a jedynym sposobem na przeżycie była teraz właśnie próba ucieczki. W walce nie miałby szans. Żyjąc na spokojnym Lorfitienie odwykł od walki, przez co jego umiejętności pozostawiały wiele do życzenia.
Upiór wciąż niestrudzenie sunął za nim, jakby nie czuł zmęczenia. Natomiast przerażony elf coraz bardziej dotkliwiej je odczuwał. Stracił rachubę czasu. Dystans pomiędzy ofiarą a koszmarnym myśliwym zaczynał się powoli zmniejszać. Elf ścisnął kamień jeszcze bardziej, niż dotychczas. Ten znowu zaczął się jarzyć swoim niezwykłym światłem. W tym samym momencie chłód zniknął. Gilfras odwrócił głowę. W jednej chwili zatrzymał się i stanął jak wryty, wpatrując się w pusty las. Za nim nie było nikogo. Żadnego śladu Upiora. Rozejrzał się niepewnie, lecz nigdzie nie dostrzegł szarej, zakapturzonej postaci. Odetchnął z ulgą i rozluźnił uścisk. Znowu poczuł dotkliwe zimno.
- Czyżby ten kamień miał nad nim władzę?- pomyślał i natychmiast zacisnął dłoń. Ociepliło się. Instynkt podpowiadał mu, że jest bezpieczny. Niezwłocznie ruszył dalej w kierunku miasta.
I nie mylił się:
- Zostaw go! Nie należy do ciebie. Nie należy do sił Mina’at’a. - do uszu Gilfrasa dobiegł ochrypły, demoniczny głos.
Zatrzymał się i zaczął rozglądać się za jego właścicielem. Nie dostrzegł jednak nikogo. Natomiast poczuł za sobą dziwne zimno, które przenikało każdą komórkę jego ciała. Owszem, powietrze tego wieczora było mroźne, ale ten chłód przejmował go całego, tak bardzo, że czuł wszystkie swoje kości i to pod ciepłym płaszczem z Lorfitien. Powoli zaczął się odwracać. Gdy to uczynił, od razu tego pożałował. Przed jego oczyma niespodziewanie wyrosła wielka, szara, zakapturzona postać, która właśnie mierzyła w niego zielonym mieczem. Wyglądała identycznie jak te, które widział w krysztale. W innym przypadku podjąłby walkę, ale jedyne, co mógł teraz zrobić, to szybko sparować cios i uciekać przed śmiercią, o której nikt by się nie dowiedział. Nie zamierzał tak zginąć. Nie mógł do tego dopuścić, a jedynym sposobem na przeżycie była teraz właśnie próba ucieczki. W walce nie miałby szans. Żyjąc na spokojnym Lorfitienie odwykł od walki, przez co jego umiejętności pozostawiały wiele do życzenia.
Upiór wciąż niestrudzenie sunął za nim, jakby nie czuł zmęczenia. Natomiast przerażony elf coraz bardziej dotkliwiej je odczuwał. Stracił rachubę czasu. Dystans pomiędzy ofiarą a koszmarnym myśliwym zaczynał się powoli zmniejszać. Elf ścisnął kamień jeszcze bardziej, niż dotychczas. Ten znowu zaczął się jarzyć swoim niezwykłym światłem. W tym samym momencie chłód zniknął. Gilfras odwrócił głowę. W jednej chwili zatrzymał się i stanął jak wryty, wpatrując się w pusty las. Za nim nie było nikogo. Żadnego śladu Upiora. Rozejrzał się niepewnie, lecz nigdzie nie dostrzegł szarej, zakapturzonej postaci. Odetchnął z ulgą i rozluźnił uścisk. Znowu poczuł dotkliwe zimno.
- Czyżby ten kamień miał nad nim władzę?- pomyślał i natychmiast zacisnął dłoń. Ociepliło się. Instynkt podpowiadał mu, że jest bezpieczny. Niezwłocznie ruszył dalej w kierunku miasta.
***
Zimne, poranne powietrze delikatnie szczypało Gilfrasa
w twarz. Wędrował teraz uliczkami Ceintiren, jeśli tak można nazwać dużej szerokości
ścieżki wytyczone pomiędzy drzewami. Mieszkania elfów, nie mieściły się na
ziemi, lecz na tahronach, drzewach o niewyobrażalnie grubym i długim pniu,
który rozgałęział się dopiero na wysokości kilkudziesięciu metrów nad ziemią. Właśnie
dzięki temu elfy budowały swe domy nie na ziemi, lecz wysoko pod szmaragdowymi
koronami drzew. Wchodziło się do nich przez upuszczane drabinki, które były
dodatkowo wzmocnione, aby służyć przez długi czas. Kolejne domy były połączone
ze sobą drewnianymi pomostami, także gdyby sąsiedzi pragnęli wspólnie spędzić
trochę czasu, nie musieli schodzić na dół i z powrotem wspinać się na następne
tahrony. Natomiast w dolnym mieście znajdowały się jedynie pomieszczenia
użyteczności publicznej, z których największym zainteresowaniem cieszył się
Plac Leśny, który po prawdzie był wielką polaną pośrodku Ceintiren. Znajdował
się na nim również targ, na którym każdy mógł wystawić swoje towary na
sprzedaż, a także spotkać się ze znajomymi. W tym właśnie kierunku zmierzał
Gilfras.
Gdy w końcu
dotarł na miejsce, zewsząd ogarnął go kolorowy tłum elfów oraz innych nacji. Z
każdego zakątka Placu dochodziły Gilfrasa rozmowy, krzyki, śmiechy. Przybysz po
chwili delektowania się wesołym gwarem zaczął się rozglądać w poszukiwaniu
swojego przyjaciela z dzieciństwa, Celtima. Ostatni raz widzieli się
pięćdziesiąt lat temu i Gilfras wcale nie był pewien czy pozna towarzysza zabaw
i wojaży po Lesie Troudien.
- Gilfras?! To
naprawdę ty?- za jednego ze straganów wyłonił się wysoki elf o jasnych, prostych
włosach sięgających mu do ramion i niebieskich oczach.
- Witaj Lir’min’ie!
Przybyłem odwiedzić stare kąty. Widziałeś może Celtima?- przybysz skinął lekko
głową na znak pozdrowienia starego znajomego.
- A jakże. Czeka
na ciebie. O, tam – odpowiedział handlarz, ruchem głowy wskazując
północno-wschodni róg Placu.
Gilfras uprzejmie pożegnał się z Lir’min’em i szybkim
krokiem pomaszerował we wskazanym kierunku. Po niedługim czasie dostrzegł w
tłumie dobrze mu znaną postać.
- Celtim! Jak
miło cię znów zobaczyć! Jak ci się wiedzie?- na widok kruczowłosego elfa o
ciemnej karnacji i oczach koloru fiołków szeroko się uśmiechnął i wyciągnął
ramiona na powitanie.
Celtim, nie
odpowiedział od razu na pozdrowienie, jedynie przyjaźnie uścisnął swojego
najlepszego przyjaciela. Kiedy panowie wreszcie się przywitali, na twarzy Celtima
nagle radość ustąpiła miejsca głębokiemu smutkowi. Tradycją
wśród elfów było, aby na takie pozdrowienie stwierdzić, że wszystko jest w jak
najlepszym porządku, lecz dawny kompan Gilfrasa w obecnej chwili ani trochę nie
uważał, że w kraju się dzieje dobrze. W końcu odparł:
- Chciałbym
powiedzieć, że dobrze, lecz wtedy skłamałbym.
- Chyba
rozumiem, o co ci chodzi.
Celtim spojrzał
ze zdziwieniem na Gilfrasa, pytając się w myślach:
- O czym on mówi? Przecież przybył zaledwie
wczorajszego ranka… chyba, że… w nocy…, ale jakim sposobem mógł przeżyć? - ciemnowłosy
elf skrzywił się delikatnie, po czym powiedział już głośno:
- Lepiej tutaj o
tym nie rozmawiajmy. I tak już za dużo zostało wypowiedziane. Chodź pogadamy o
tym u mnie, na spokojnie.
- Ale dlaczego?
- Nie teraz.
Później ci to wyjaśnię.- Celtim chwycił przyjaciela za rękę i poprowadził
pomiędzy tahronami w kierunku swojego mieszkania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz