czwartek, 21 czerwca 2012

Legendy Wertiany


Rozdział I cz.2





 - Wchodź - powiedział, gdy się zatrzymali. Gilfras nie poznawał swojego przyjaciela.
 Nigdy tak się nie zachowywał. Zawsze mogli porozmawiać o wszystkim w dowolnym momencie. Czuł, że na Wertianie stało się coś złego, coś, co wiązało się z tym dziwnym kryształem i Upiorem. Miał dziwne przeczucie, że zaraz się tego dowie, choć nie do końca był pewien, czy tego naprawdę chce. Na razie nie pozostawało mu nic innego, jak wspiąć się do mieszkania Celtima.
 - Witaj Gilfrasie!- powitała go długonoga elfka o czarnych, jedwabistych włosach, spływających jej na ramiona, a niesforny kosmyk opadał na jej niewiary gnie błękitne, duże oczy, które wręcz idealnie komponowały się z jej niedużym, lekko zadartym nosem i krwistoczerwonymi ustami.
Ubrana była w elegancki skórzany kaftanik, poprzecinany złotymi nićmi, a spod niego wysuwała się piękna zielona suknia.
Gilfras nie znał jej, gdy ostatni raz widzieli się z Celtimem, ten nie miał jeszcze żadnej towarzyszki życia, co więcej twierdził wtedy, że miłość jest dla słabeuszy i naiwniaków. To najwyraźniej się zmieniło.
- Jestem Asmalla, przyjaciółka Celtima. Słyszałam o tobie wiele miłych słów od mojego ukochanego – uśmiechnęła się serdecznie, wyciągając do niego zgrabną dłoń.
 - Miło mi cię poznać, Asmallo.- odpowiedział jej na przywitanie, skłaniając się w pas i całując elfkę w rękę.
 - O! Widzę, że zdążyliście się już poznać. Dodam tylko, że wkrótce planujemy ślub i serdecznie zapraszamy cię na ceremonię przysięgi oraz późniejszą ucztę.- powiedział Celtim, gdy tylko wszedł na górę i objął w pasie swoją narzeczoną, dając jej na przywitanie słodkiego całusa w policzek.
 - Co za radość! Gratuluję! Czemu nie wspomniałeś mi o tym w liście? Nie planowałem większych uroczystości… nie zabrałem strojów odpowiednich na tak ważną uroczystość –wielki uśmiech zagościł na twarzy Gilfrasa.
 - Nie szkodzi. Na Wertianie można znaleźć równie przepiękne szaty jak na Lorfitien.- odparła Asmalla, widząc zakłopotanie gościa.- Ale, ale, rozgość się, zaraz podam coś do jedzenia. Z pewnością jesteś głodny- dodała, po czym znikła w dalszej części mieszkania.
 Dom Celtima miał tylko jedno piętro, lecz miejsce rozgałęzienia było na tyle duże, aby na jednym poziomie zmieścić dwie małe, jednoosobowe sypialnie, jedną dużą, dwuosobową oraz wszystkie inne niezbędne pomieszczenia. Główne pomieszczenie, oddzielone od części kuchennej zaledwie zieloną zasłoną, wyglądało bardzo przytulnie. Widać było, iż gospodarz ma dobrze wyrobiony gust. Obrazy, magiczny płomień w malutkim kominku, wygodne siedziska okryte bodowym, grubym kocem, wszystko to tworzyło pewną oazę spokoju od zgiełku panującego na dole. Asmalla krzątała się po kuchni, nucąc nostalgiczną pieśń o kolejach życia jakiegoś króla Eidionu. Wtedy Gilfras postanowił wykorzystać okazję, że są z Celtimem sami i zapytać przyjaciela o jego tajemnicze zachowanie na Placu Leśnym.
Celtim spuścił wzrok i przez chwilę tępo wpatrywał się w podłogę, tak jakby nie wiedział od czego powinien zacząć, wkrótce jednak odpowiedział przyciszonym, ponurym tonem:
- Widzisz przyjacielu, od dłuższego czasu nasze miasto nawiedzają po zmroku dziwne, krwiożercze zjawy. Pierwszy raz pojawiły się siedem miesięcy temu, podczas Święta Wiosny. To była istna rzeź. Wszędzie było pełno krwi, na całym placu leżały ciała zabitych elfów. Razem z Asmallą i jej rodziną ledwo zdołaliśmy im uciec. To był… jest… jakiś koszmar. Chyba nie ma w Ceintiren rodziny, która nie straciłaby wtedy kogoś bliskiego. Od tamtej pory, Upiory Zmroku, jak je zaczęto wkrótce nazywać pojawiały się jeszcze kilka razy i zawsze kończyło się to tragedią. Nocą nikt, kto został na dworze nie jest bezpieczny. Mało tego, te Upiory pojawiają się również w innych miastach, królestwach!
- Upiory Zmroku? Tak je nazywacie?
 - Skąd o nich wiesz? Czyżbyś je spotkał?- Celtim słowo „je” wymówił z nieukrywanym przerażeniem, ale na jego twarzy malowała się cała mieszanka uczuć. Strach i radość, a przede wszystkim zdumienie.
 Gilfras nie odpowiedział. Skinął jedynie w potakującym geście głową.
 - Jakim cudem przeżyłeś? Przecież… przecież nikt nie uszedł jeszcze żywy ze spotkania z nimi. Ani jeden człowiek, centaur, hobbit czy elf!- Celtim nie krył swych emocji, z entuzjazmem i niedowierzaniem wyliczając kolejne rasy – mało tego, z tymi potworami nie radzą sobie nawet magicy!
 - Uratowało mnie to. – Gilfras wyciągnął zaciśniętą dłoń nad stół, przy którym siedzieli. Po chwili ją otworzył, a z pięści wyleciał malutki kamyk. Elf przyciągnął rękę do siebie i zaczął opowiadać swoją przygodę w lesie.
 W trakcie opowieści wróciła Asmalla, przynosząc kosz tutejszych owoców i również zaczęła uważnie przysłuchiwać się opowieści gościa. Gdy ten skończył, krzyknęła z nutą wyrzutu do Celtima:
 - Mówiłam ci, że mój ojciec miał wizję! Nie chciałeś mi wierzyć! Teraz widzisz? W końcu masz dowody, niedowiarku jeden!
 - Ależ moja droga Asmallo, to nie są żadne dowody!
 - Owszem są!
 - A mogę wiedzieć, o co chodzi?- Gilfras zmieszany obrotem rozmowy, postanowił wtrącić się we sprzeczkę pary.
 - Oczywiście, Gilfrasie. Mój ojciec nie tak dawno miał wizję. Dosyć bolesną i nie wiele z niej pamiętał. Mówił jedynie, że chodziło o jakieś kryształy. Niestety poza tym nie powiedział nic konkretnego – odpowiedziała narzeczona Celtima.
 - Mówisz, że ta wizja była bolesna?
 - Tak – odpowiedziała, nieco zaskoczona pytaniem, Asmalla.
 - Mógłbym się spotkać z twoim ojcem, Asmallo?- spytał Gilfras. Ta boleść wizji go zaintrygowała. Najprawdopodobniej chodziło o ten sam kryształ, ale wolał to sprawdzić. Poza tym, ojciec Asmalli mógł sobie jeszcze coś przypomnieć, dzięki czemu tajemnicza moc kryształu stałaby się bardziej znajoma.
 - Oczywiście. Ale może jutro? Zaczyna się ściemniać, a po zachodzie lepiej nie wychodzić z domów. Muszę już iść.- odpowiedziała smutno, spoglądając na krajobraz za oknem.
Wstała z gracją i skierowała się na taras okalający dom, a następnie zwinnie przeszła jednym z pomostów, aby po chwili zniknąć pomiędzy gałęziami drzew.
 - Piękna – stwierdził z westchnieniem Gilfras, pragnąc zmienić temat. Nie chciał przypominać sobie wydarzeń ostatniej nocy, które powoli zaczynały powracać.
 - Wiem. Będzie dobrą żoną. Dba o rodzinę. Sam słyszałeś.- pomimo odbytej przed chwilą kłótni, Celtim uśmiechał się. Kochał Asmallę.
 - Tak. Jak lwica. Szczęściarz z ciebie, Celtimie.
 - Zazdrościsz mi?
 - Wiesz, ja na swoją pokrewną duszę jeszcze nie trafiłem.- Gilfras wzruszył ramionami.
 - Mówiłem ci, że jak będziesz cały czas siedział w Lorfitien to nigdy nie znajdziesz żadnej! Ale spokojnie, czuję, że już niedługo spotkasz jakąś przepiękną elfkę. Choć na pewno nie tak cudną jak moja Asmalla.- gospodarz uśmiechnął się z przekąsem, a Gilfras uniósł brwi.- ale teraz rozgość się i zapomnij o wczorajszych przeżyciach. Domy dają ochronę.
- Nie przypominaj mi o wczorajszym. Na samą myśl ciary mnie przechodzą… brr… ale wracając do tematu. Nie sądziłem, że tak szybko zmienisz zdanie. Gdy ostatnio się widzieliśmy z uporem utrzymywałeś, że nigdy się nie zakochasz, że miłość to coś dla głupoli i naiwniaków.
- Może, ale też i dla takich farciarzy jak ja – skomentował wesoło Celtim. – Ale skoro mamy rozmawiać na te tematy, jak nic przyda się karafka pełna nalewki z jagód mutrii – dodał po chwili i wyciągnął ze schowka ozdobny szklany pojemnik, wypełniony po brzegi granatowym, jedwabistym płynem.
- O tak! Jak nic innego! – zaśmiał się wesoło gość.
Po kilku godzinach ożywionych rozmów i wspomnień dawnych lat Gilfras udał się do swojego pokoju na spoczynek. Długo nie mógł zasnąć. Wspomnienia ostatniej nocy, odepchnięte w głąb podświadomości podczas rozmowy z przyjacielem, w końcu dały o sobie znać. Mimo to w pewnym momencie Gilfrasowi udało się wreszcie zasnąć.

 ***

 Bynajmniej nie na długo. Dwie godziny potem obudził go okropny hałas, dobiegający z ulic miasta. Kiedy nerwowo otworzył oczy, pokój był cały skąpany w czerwonym świetle ognia, brutalnie wdzierającym się przez okno. Gilfras od razu domyślił się co się stało. Upiory zaatakowały śpiące miasto i podpaliły czarami niektóre z tahronów, aby wypłoszyć elfy z domów. Gilfras spojrzał szybko na kryształ leżący na stoliku. Znowu emanował dziwną poświatą. Elf pośpiesznie chwycił kamień i broń. Po chwili był już w sypialni Celtima, ale tam go nie znalazł. W mgnieniu oka zrozumiał gdzie jego przyjaciel mógł pobiec. Wybiegł na taras i skierował się w stronę, gdzie kilka godzin temu znikła Asmalla. Nie było to proste, kilka z pomostów było już zerwanych przez szalejący wszędzie niebezpieczny żywioł, przez co musiał szukać okrężnej drogi. Elfie zdolności na szczęście mu pomagały. Co prawda nie wiedział, gdzie znajduje się dom ukochanej Celtima, mimo to czuł że zmierza w dobrym kierunku. Nagle usłyszał znajomy krzyk:
 - Oszczędź ją! Nic nie zrobiła! Zabij mnie!- to był głos Celtima. Byli na dole, oparci o drzewo. Celtim obejmował Asmallę. Nad nimi stał jeden z Upiorów, gotowy zadać cios zielonym mieczem. Gilfras w momencie zsunął się na ziemie po najbliższej drabinie.
 Teraz zrozumiał. Tą scenę widział w krysztale!!! To była wizja!
 Schował miecz. Wiedział, że w tej chwili jest on zbędny. Chwycił natomiast za kamień.
 - Zostaw ich!!!- powtórzył zdanie z ubiegłej nocy, lecz o sekundę za późno. Upiór zdążył już zadać pierwszy cios i zabić Celtima.- Odejdź stąd i nigdy nie wracaj. Ty i twoi towarzysze!- burknął do zjawy. Wiedział, że teraz nie może pomścić przyjaciela. Mógł jedynie uratować Asmallę. Upiór, o dziwo, usłuchał. Jego towarzysze chyba również, bo za chwilę umilkły wszystkie wrzaski. Pozostałe elfy zwyczajnie oniemiały, nie wiedząc, co ich uratowało. Gilfras jednak się tym nie przejmował. Upadł na kolana obok ciała Celtima. Spóźnił się. O sekundę, może dwie. Nie płakał. Patrzył tylko na ciało przyjaciela. Nie potrafił go uratować. Zwiesił głowę. Stracił największego przyjaciela. Nie mógł sobie tego darować. Nagle poczuł czyjeś ciepłe ramiona, oplatające jego szyję, a koło swojej twarzy poczuł inną. To była Asmalla.
 - Przepraszam. – powiedział cicho, tak aby tylko oni dwoje to słyszeli. Nic więcej nie był w stanie powiedzieć. Tylko tyle. I aż tyle.
 - Nie mam do ciebie żalu, choć kochałam Celtima - puściła go. Dopiero teraz zobaczył jej twarz. Była cała rozpłakana. Odwróciła głowę.- I tak powinnam być ci wdzięczna. Dzięki tobie żyję.
 Tym razem to on ją przytulił. Teraz poczuł, że cała drżała. Nie miał pojęcia, czy to po straci ukochanego czy ze strachu, że Upiory wrócą. Nigdy zbytnio nie rozumiał elfek. Były dla niego jak jedna wielka niewiadoma. Starał się ją uspokoić, choć na chwilę. Niezbyt jednak mu to wychodziło, pewnie z braku doświadczenia, tak myślał.
Tymczasem niebo zaczęło się rozjaśniać. Wstawał nowy dzień. Dookoła nich tliły się jeszcze resztki nocnego pożaru, który zaczęła gasić część mieszkańców. Gdzieniegdzie leżały ciała zamordowanych elfów. Ci, którzy przeżyli najazd klęczeli przy swoich zmarłych, opłakując ich śmierć. Powoli las zaczął rozbrzmiewać pięknymi, lirycznymi, żałobnymi pieśniami. Gilfras delikatnie puścił Asmallę. Elfka otarła łzy. Natomiast on wstał powoli z ziemi i wziął ciało Celtima na ręce.
 - Gdzie urządzacie zwykle ceremonie pogrzebowe po…?- zapytał bez żadnych emocji. Zupełnie bezbarwnie. Nie spodziewał się tego po sobie. Nie po tym.
 - Na polanie Ostatniego Marzenia - odpowiedziała cichym, płaczliwym głosem Asmalla.
 Ruszył we wskazanym przez Asmallę kierunku. Elfka szła kilka kroków za nim. Podobne grupki również zmierzały w stronę placu. W końcu znalazły się tam wszystkie elfy z Ceintiren, żywe i martwe. Wszyscy składali ciała pośrodku placu. Tam też zmarłego Celtima położył Gilfras. Cofnął się kilka kroków. Wtedy bliżej stosu przystąpił jeden z elfów. Widać już było na jego twarzy doświadczenia minionych wieków. Z jego twarzy można było wyczytać, że widział zarówno szczęście, jak i zło tego świata. Zapadła cisza.
 - Bracia i siostry! Tej nocy spotkało nas kolejne wielkie nieszczęście. Można je porównać jedynie z Nocą Cienia.
 - To mój ojciec, Asmallar.- powiedziała szeptem Asmalla, tymczasem stary elf mówił dalej.
 - Nie oszukujmy się. To wielka strata i będzie nam brakować każdego z braci i sióstr, którzy zginęli. Dziś każdy z nas utracił część swojej duszy, swego serca. Ale miłość tych, którzy odeszli do krainy wieczności na zawsze pozostanie w nas. – stary elf skończył mówić. Podszedł do stosu i podpalił je dziwnym, niebieskawym ogniem. Po chwili zajęły się nim wszystkie ciała. Nie paliły się długo, ledwie kilka minut. Później, rozpłynęły się w powietrzu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Asmalla podbiegła ze łzami w oczach do ojca, wtulając się w jego, długą, niebieską szatę. Asmallar objął mocno córkę. Po chwili do pary podszedł nieśmiało Gilfras. Stary elf spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Gilfras zdobył się tylko na jedno, krótkie zdanie:
 - Panie, Celtim nie żyje.- starzec pocałował delikatnie Asmallę w czoło. Nie powiedział do niej nic. Znał ją doskonale. Wiedział, że rozgrzebując tę ranę po stracie ukochanego tylko powiększy jej cierpienie, a tego nie chciał. Zwrócił się natomiast do Gilfrasa:
 - Uratowałeś moją córkę?
 - Tak, ojcze.- uprzedziła go Asmalla. Jej ojciec popatrzył na Gilfrasa z niedowierzaniem. Do tej pory schronienie zapewniały tylko domy, symbole miłości i domowego ciepła.
 - Tym – odpowiedział na spojrzenie Gilfras i pokazał Asmallarowi zielony kryształ. Ten wypuścił córkę ze swoich czułych ramion i podszedł do elfa. Obejrzał dokładnie kryształ, a później spojrzał jego „właścicielowi” prosto w oczy. Po chwili brązowe tęczówki starca znikły, on sam zaczął natomiast przemawiać niezwykłym, wyjątkowo dźwięcznym, nawet jak na elfa, głosem:


Kres swój ma
Każdy dzień i każda noc,
Co przychodzi gnębić nas.

Tęczy kolory
W biel połączy, ten, kto
W najmniejszym dostrzeże moc.

Pokona zło,
Ten, co miłość dla każdego w sercu ma
Elfa, człeka, krasnoluda czy nizołka.

Ty go znajdziesz,
Synu mój, oko mądrości masz,
Nie gardź tym, co niepozorny jest.
Albowiem tylko czysta miłość
Kryształu posiada siłę,
Aby zniszczyć dziecko nienawiści.

Lecz tylko z boską radą i pomocą,
Możesz dokonać tego,
Co niemożliwym jest.

środa, 20 czerwca 2012

Kuchnia studencka - gulasz drobiowy z ogórkami

Dawno nie aktualizowałam bloga ze względu na sesję... no cóż, taki los każdego studenta. Oczywiście w międzyczasie relaksowałam się przy gotowaniu. Nie wiem jak Was, ale mnie to odpręża. Ostatnio trafiłam na fantastystyczną propozycję dla każdego studenta, który lubi dobre jedzenie. Dzisiejszy przepis nie ukrywałam łączy w sobie różne smaki, a przynajmniej takie składniki, które nie każdy miałby odwagę samodzielnie zestawić. Efekt w postaci pysznej potrawki na 2-3 dni natomiast jest bardzo smaczny.

Gulasz drobiowy z ogórkami (na 3-4 porcje)


Składniki:
1/2 piersi z kurczaka

3-4 ogórki kiszone lub konserwowe
puszka kukurydzy
25 dkg pieczarek
sos pieczarkowy
1/2 dużej cebuli
1 ząbek czosnku
sól, pieprz, przyprawa do kurczaka lub zioła prowansalskie lub bazylia (zależy co akurat macie i lubicie, ja np. dodawałam ostatnio bazylię)

Przygotowanie:


  1. Pieczarki i cebulę obieramy, następnie piczerki kroimy w plasterki, a cebulę w kostkę. Rozgrzewamy olej na patelni i posmażamy cebulę, kiedy się zarumieni, dodajemy pieczarkami i co chwilkę mieszając, czekamy aż te ostatnie zmiękną.
  2. W międzycasie kriomy pierś z kurczaka w kostkę i oprószamy przyprawami. Kiedy pieczarki będą gotowe, zawartość patelni przenosimy do garnka i podlewamy odrobiną oleju, następnie dorzucamy tam mięso i pokrojony w plasterki czosnek.
  3. Teraz pora na kukurydzę i ogórki. Kukurydzę należy odsączyć, wrzucić do garnka i porządnie zamieszać. Potem zabieramy się za ogórki, które traktujemy jak kurczaka: w kostkę i do garnka. Również mieszamy.
  4. Na koniec przyrządzamy sos zgodnie z opisem na opakowaniu z drobną różnicą. Kiedy wymieszany sos mamy stawiać na gazie, zamiast tego wlewamy go do potrawki i gotujemy, od czasu do czasu mieszając, 3-4 minuty aż zgęstnieje.
  5. Podajemy z ryżem bądź ziemniakami. Smacznego!!!

wtorek, 5 czerwca 2012

Co nieco do obiadu dla studenta - kuchni studenckiej ciąg dalszy

Sorki, że dawno nie było notki, ale jak wiecie, obecnie jest ciężki czas dla każdego studenta, mianowicie - System Eliminacji Studentów Jest Aktywny. Postanowiłam jednak wrzucić jakoś krótką notkę, do czego zainspirował mnie współlokator na stancji i dzisiejszy obiad. Mianowicie, zrobiłam swój ulubiony dodatek do obiadu, czyli sałatę z majonezem. Proste, ale jednak! Tyle, że majonez wcale nie był kupny i tu cały bajer, bo sztuka robienia samodzielnego majonezu zanika z tego co słyszę po różnych znajomych, a wcale to nie jest takie trudne i w dodatku troszkę zdrowsze, bo idzie tu mniej "chemii".

Składniki (na 2 porcje):
- 1 jajo
- mała śmietana 18 % lub 12 %
- musztarda
- sól, pieprz
- sałata masłowa
- ewentualnie: pomidor (1szt.), ogórek świeży(1szt.), rzodkiewki(3-4szt.)

1. Najpierw gotujemy jajo na twardo, a następnie je obieramy, potem nacinamy lekko, tak aby białko rozdzielić na połówki, a żółtko trafiło do dużej miski lub garnka.
2.  Teraz zajmijmy się sałatą. Należy ją pozbawić najbardziej zewnętrznych liści, resztę porozdzielać i umyć.
3. Gdy sałata się moczy i myje, my wracamy do naszego żółtka, należy je mocno rozetrzeć, tak aby grudki było jak najmniejsze lub nie było ich wcale. Dodajemy 2-3 łyżeczki musztardy i mieszamy.
4. Następnie dodajemy śmietanę i również mieszamy do momentu, aż majonez uzyska jednolity kolor, wtedy należy posolić i popieprzyć do smaku.
5. W końcu dodajemy sałatę i pozostałe warzywa. Mieszamy i... smacznego!

Oczywiście sam majonez (1. - 4.) może znaleźć zastosowanie też w innych sałatkach. Gwarantuje Wam, że smak każdej sałatki będzie o wiele bogatszy niż gdybyście dodali "gotowca".