Witam, dzisiaj długo wyczekiwany nowy rozdział "Kronik". W związku tym, że rozdział będzie dosyć długi jak na blogowe standardy, został on podzielony na 2 części. Zapraszam do czytania oraz komentowania!
Rozdział
III
Bramy Occidenell
Następnego ranka jednak nie wyruszyli.
Okazało się, bowiem, że temperatura w nocy znacznie się podwyższyła i leżący wokół
nich śnieg zaczął powoli się roztapiać. Kiedy otworzyli oczy, słońce było już
wysoko na niebie, a dokoła piętrzyły się rozmiękczone breje. Na domiar złego,
grunt pod nimi stał się wyjątkowo tak mokry, że w śnie cali umazali się błotem.
- Matko! Moje
nowe futerko! Całe w tym paskudnym gównie! – rozpaczała Texanna, oglądając swój
zniszczony płaszcz.
- E tam, na pewno
w mieście masz ładniejsze – zbagatelizował sprawę rudowłosy młodzieniec i to
był jego błąd.
- Zgłupiałeś?!
Mój jedyny płaszcz został w gospodzie, ćwoku! Jak ja się pokaże w mieście! Aa!
– Tex zaczęła tupać nogami, rozchlapując błoto we wszystkie strony.
- Nie panikuj –
odpowiedział spokojnie, strzepując z siebie błoto.
- Ale on był taki
śliczny! Nigdy takiego nie będę miała! Aa… wezmą mnie na języki! – Tex
najwyraźniej nie miała zamiaru kończyć swojej lamentacji nad zniszczonym
ubraniem.
- Och, zamknij
się! Jeszcze nas ktoś tu znajdzie!
- Sam się zamknij!
– odwróciła się plecami naburmuszona.
Ovil nic nie
odpowiedział, ponieważ jego opiekun ostrzegł go, że takie humory u kobiet najlepiej
przeczekać. Postanowił więc wstać i zrobić coś pożyteczniejszego, niż zwracać
uwagę na nastrój swojej towarzyszki. Zaczął więc patroszyć drugie z zabitych
zwierząt i upiec jego mięso na obiad. Ruszył więc w stronę miejsca w którym
zostawił ciała. Nie było to jednak takie proste. Śnieg stał się ciężki, także
ciężko było się poruszać. Po kilkunastu minutach rudowłosy młodzieniec zjawił
się z powrotem i zajął się ściąganiem futra z wilka.
- Może zrobisz
sobie nowe?
Tex jednak
gniewnie prychnęła niczym rozjuszona kotka, robiąc przy tym bardzo obrażoną
minę. Na koniec ostentacyjnie poprawiła jeszcze swoje loki, zarzucając je na
prawe ramię.
- Jak nie
zamierzasz się odzywać, proszę bardzo. Mnie tego do szczęścia nie potrzeba,
zwyczajnie byłoby raźniej. A wygląda na to, że dopóki się nie ochłodzi będziemy
tu uwięzieni razem nawet przez kilka dni.
Dziewczyna jednak
nie uraczyła go ani słowem odpowiedzi. Naburmuszona usiadła pod drzewem,
zupełnie nie dbając o to, że do reszty zniszczy płaszcz. Opuściła głowę, ukrywając
twarz w gęstych włosach. Póki co, postanowiła ukarać jego „oziębłość”
milczeniem. Mimo to bacznie obserwowała Ovila swoimi wielkimi, szmaragdowymi
oczami. Widząc, że jej rudowłosy znajomy zajął się przygotowywaniem jedzenia,
zupełnie już ignorując jej osobę, postanowiła potraktować go tak samo.
W tej niemej i
napiętej atmosferze dotrwali aż do wieczora oraz zjedli kolację. Po niej
Texanna ziewnęła, otuliła się szczelnie płaszczem i położyła się spać. Jednakże
Ovil nie zamierzał pójść w jej ślady.
Pomimo, że byli
odcięci od świata przez topniejące śniegi wcale nie czuł się bezpieczny, po
drugie stwierdził, że najlepiej postąpi, jeśli udobrucha Tex w inny sposób. Nie
do końca rozumiał, po co to robi, gdyż równie dobrze mógł w ogóle nie zawracać
sobie tym głowy, jednak w głębi siebie czuł, że należy temu jakoś zaradzić.
Dlatego, pomimo że był marnym krawcem, postanowił zrobić dla Tex nowe odzienie.
Rozpalił tylko sobie znanym sposobem ognisko, urwał kilka igieł z sosny,
wyciągnął kilka nici ze swego płaszcza i zaczął robotę.
***
Wiatr z każdą chwilą przybierał na sile, bawiąc się ich
włosami. Tex spojrzała przed siebie, w oddali majaczyły się bardzo niewyraźne
mury Occidenell. Poprzednim razem, kiedy wychodziła z lasu, gdy była jeszcze
dzieckiem, z tej odległości widziała je wyraźniej, teraz jednak przysłaniała je
lekka, szarawa mgiełka, niczym firanka zwisające prosto z ciemnogranatowej
chmury, która coraz bardziej zbliżała się w ich kierunku.
- Kolejne kłopoty – skomentowała dziewczyna, ubrana w nowe
futerko, które sprawił jej Ovil, za co podziękowała mu w swój niepowtarzalny sposób,
a przede wszystkim z powrotem zaczęła z nim rozmawiać.
- Czy ja wiem? Według mnie po prostu mamy szczęście w
nieszczęściu. Przynajmniej niepostrzeżenie wejdziemy do miasta – uśmiechnął się
nieśmiało i ruszył przed siebie.
- W sumie to masz rację – Tex podbiegła do niego, aby się
nie rozłączać.
Kiedy ich kroki się zrównały na jej czarne jak smoła włosy
spadł pierwszy płatek śniegu, niesiony gwałtowny podmuch wiatru. Tex spojrzała
najpierw na niebo pokrywające swoje błękitne oblicze ołowianą barwą chmur.
Nigdy nie przepadała za załamaniami pogody, nawet jeśli niosły ze sobą
jakiekolwiek korzyści.
- Zaczyna się – mruknął pod nosem Ovil i naciągnął kaptur,
po chwili dziewczyna zrobiła to samo.
Z minuty na minutę sytuacja pogarszała się. Śnieg, który z
początku dosyć drobny stawał się coraz grubszy i padał coraz gęściej. Wiatr,
tak jakby czuł się zazdrosny, nie pozostawał bierny, kolejne podmuchy stawały
się coraz gwałtowniejsze, wydając przy tym przeraźliwe gwizdy, które drażniły
uszy podróżnych.
Szli coraz wolniej, przeciwstawiając się rozkręcającemu się
żywiołowi. Ovil cały czas niepewnie spoglądał do tyłu sprawdzając, czy jego
delikatna towarzyszka wciąż tam jest. Coraz trudniej było ją dostrzec, gdyż jej
bielusieńki płaszcz niemalże całkowicie zlewał się z wirującymi w szaleńczym
tańcu śnieżnobiałymi płatkami. Okrycie Ovila również coraz bardziej pokrywało
się warstwą białego puchu. Odwrócił głowę wprost pod wyjątkowo silny podmuch,
który bezczelnie zerwał mu kaptur.
- Aj! – z tyłu doszło go piśnięcie, praktycznie całkowicie
zagłuszone.
- W porządku?! – odwrócił się i choć ognistorude włosy
przysłaniały mu widok, dostrzegł że jego towarzyszka przystanęła, aby naciągnąć kaptur.
- Tak! – krzyknęła i zrobiła kilka kroków naprzód.
- Idziemy dalej!
Brnęli dalej w śniegu, starając się nie zbaczać, by nie
zgubić drogi prowadzącej do miasta. Marsz stawał się coraz bardziej uciążliwy,
zwłaszcza dla Tex, której biała pierzynka sięgała już powyżej łydek. Dziewczyna
dzielnie walczyła z wiatrem, który stawał się coraz silniejszy, wyrywając jej nieustannie
kaptur z niemalże dziewczęcej dłoni. Kręcone loki bezwiednie podawały się wtedy
głośnej muzyce wiatru, wymyślając niezwykłe figury wokół jej twarzy. Tex
próbowała ją osłonić dłonią, nie dawało to jednak pożądanego efektu.
Trochę lepiej radził sobie Ovil, choć jemu też nie było
łatwo. Dwie ostatnie, nieprzespane noce dawały o sobie znać, organizm domagał
się odpoczynku, tymczasem musiał stawić czoła kolejnej śnieżycy, a jakby tego
było mało, trzeba było uważać, aby żywioł nie porwał Texanny. Ich jedyny
ratunkiem było jak najszybsze dotarcie do miasta, choć z każdą chwilą to
zadanie wydawało się coraz bardziej utrudnione. Nagle z gorączkowych myśli
wyrwał go silny podmuch, którzy nie chciał mu pozwolić zrobić kolejnego kroku.
- Ovil! – kilka kroków za sobą usłyszał wołanie.
Odwrócił się i z przerażeniem zobaczył jak towarzyszka
rozpaczliwie wyciąga ręce, jednocześnie próbując się nie dać porwać. Bez
zastanowienia chwycił je i w tym samym momencie nastąpił kolejny, tym razem o
wiele mocniejszy, śnieżny atak huraganu. Przyciągnął ją z całej siły do siebie,
pozwalając się przez chwilę odpocząć, osłaniając ją ciałem. Wiatr zerwał z ich
głów kaptury, tworząc z włosów ognistą kompozycję. Dłuższy moment stali tak
wtuli w siebie, nie ruszając się i milcząc.
- Lepiej już? – spytał mężczyzna, przekrzykując huragan, w
odpowiedzi Tex kiwnęła jedynie potakująco głową – Trzymaj się mnie mocno!
Odwrócił się, cały czas trzymając swoje ramię na placach
dziewczyny, która kurczowo trzymała się jego pasa.
- Tylko mnie nie uduś!
Texanna uśmiechnęła się jedynie przepraszająco, objęła mocno
Ovila i ruszyli dalej. Śnieg coraz bardziej ich oślepiał, przed sobą nie
widzieli nic oprócz białej ściany. Wiatr dzwonił w uszach i rzucał drobnymi
płatkami prosto w twarze dwójki uciekinierów.
Occidenelanka odwróciła głowę w stronę Ovila i ręką
ściągnęła mocniej kaptur. Ovil nie miał tak dobrze, jednym ramieniem obejmował
Tex, a drugą ręką starał się trzymać kaptur, co nie było łatwe.
Ich zmagania z zawieruchą trwały już ponad godzinę, kiedy
przed sobą ujrzeli przebijające się przez gęsty śnieg światło. Byli już bardzo
blisko miasta.
- Już niedaleko! – krzyknął do dziewczyny.
- Widzę! Jak wejdziemy?!
Ovil nie odpowiedział na pytanie, po krótkim namyśle
obmyślił prosty, całkiem sprytny, ale dość ryzykowny plan. Szybko zacisnął z
całej siły kaptur, a następnie bez uprzedzenia wziął Texannę na ręce.
- Co robisz?! – stanowczo zaprotestowała dziewczyna.
- Cicho! Udawaj, że straciłaś przytomność! Zbliżamy się do
bram!
Texanna wzruszyła jedynie ramionami, pozwoliła bezwładnie
opaść ciału i zamknęła oczy. Poczuła jak Ovil zdecydowanie przyspiesza kroku, a
po chwili usłyszała głośny, nieznajomy głos:
- Stać! Kto idzie?
- Wpuść mnie! – tym razem to był jej rudowłosy towarzysz –
Muszę ją zanieść szybko do uzdrowiciela!
- Mam zakaz…
- Chcesz mieć jej życie na sumieniu, żołnierzu?
- Nie. Ale…
Ovil szybko przerzucił „nieprzytomną” dziewczynę przez ramię i wolną ręką sięgnął do kieszeni,
niedługo potem Ovil z wiszącą z jego ramienia Texanną byli już w mieście, a w
ręku strażnika dzwoniło kilka złotych monet.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz