sobota, 4 sierpnia 2012

The Another Gene cz.4


Colorado Springs, ulica przed domem płk Jacka O’neilla

Deszcz przestawał powoli padać, gdy pod dość spory, jednopiętrowy dom z niewielkim, ale wystarczającym do zorganizowania grilla dla przyjaciół ogrodem, podjechał ciemnogranatowy, prawie czarny, samochód.
- To jest mój dom. I twój przez najbliższe dwa tygodnie – powiedział Jack i wysiadł z auta.
- Ładny i… spory – oceniła studentka, po czym również wysiadła i skierowała się do bagażnika po plecak, ale pułkownik już ją ubiegł i miał go na plecach. Magda skwitowała to jedynie wzruszonymi raminami.
- Chodź, pokażę Ci pokój – i skierował się w stronę drzwi.
Gdy weszli do środka, znaleźli się w holu, w którym były też schody na piętro, a także przejście do kuchni i naprawdę sporego salonu. Jack skierował się jednak na piętro, do mniejszej z sypialń. Magda od razu spostrzegła, że to pokój chłopca. Cały prawie był obwieszony plakatami ulubionej drużyny baseballowej, a na półkach stały modele przeróżnych aut i samolotów, z kolei na biurku leżało rodzinne zdjęcie Jacka z chłopcem.
- Masz syna? – spytała dziewczyna, podnosząc fotografię.
- Mhm – mruknął O’neill. Ale w tym było zawarte wszystko to, co czuł: gorycz, tęsknota, poczucie winy oraz ojcowska duma – Zmarł 6 lat temu.
Dziewczynę początkowo zatkało.
- Rozumiem, przepraszam, nie…
- Nie musisz przepraszać. Nie mogłaś wiedzieć – spuścił głowę na dół – rozpakuj się. Myślę, że nie miałby nic przeciwko. Zrobię za chwilę coś na kolację.
Pułkownik wyszedł z pokoju i zamknął jak najdelikatniej drzwi. Studentka nadal wpatrywała się w zdjęcie. Byli do siebie podobni. Nagle przyszedł jej do głowy pomysł. Wybiegła jak najszybciej z pokoju i po chwili znalazła mężczyznę w kuchni.
- Jack? Wybacz, że o to pytam ale dlaczego… - zawahała się.
- Jak już zaczęłaś to skończ.
- Ale nie wiem czy powinnam. To dość osobiste… -odpowiedziała i wskazała wzrokiem na fotografię, którą trzymała w dłoni. Jack dopiero teraz zwrócił na ten szczegół uwagę.
- Pytaj – powiedział z powagą, ale natychmiast się odwrócił udając, że szuka czegoś w lodówce.
- … dlaczego nie chcesz trzymać tego zdjęcia u siebie w pokoju?
Totalnie go zaskoczyła. Spodziewał się zupełnie innego pytania. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć.
- Wiesz to dość prywatne pytanie…
- Mówiłam, ale skoro nie chcesz o tym rozmawiać, rozumiem. Idę wyładować plecak – powiedziała, po czym wyszła, zostawiając jednak fotografię na wysepce.
Po wyjściu dziewczyny pułkownik głęboko odetchnął, zamknął lodówkę i oparł się o nią, kryjąc twarz w dłoniach. Nie spodziewał się aż takiej dociekliwości i delikatności w tej dziewczynie. Poruszyła ważny dla niego temat, który on sam bał się przemyśleć i nazwać po imieniu. Teraz najwyraźniej czekało go to zadanie. Opuścił ręce i dojrzał na blacie zdjęcie. Wtedy gdy zostało zrobione, Charlie wygrał swój pierwszy mecz baseballa.
Właściwie ona ma rację. Charlie by chyba tego właśnie chciał. Pomyślał, po czym chwycił ramkę i zaniósł ją do swojej sypialni. Postawił ją na szafce nocnej tuż obok łóżka. Miał wychodzić i wrócić do kuchni, ale zmienił zdanie. Spojrzał na zdjęcie i wszystkie wspomnienia wróciły. Te miłe i te ostatnie.
- Nie, Jack najwyższa pora się z tym pogodzić. To nie Twoja wina.
- Nie powinienem zostawiać tam broni… to przeze mnie się postrzelił…

- Jack! – z rozmowy z samym sobą wyrwał go przerażony krzyk Magdy i odgłosy szarpaniny dochodzące najpierw z sąsiedniego pokoju, a następnie z holu. Pułkownik natychmiast zareagował.
- Puść ją! – krzyknął do napastnika, gdy znalazł się już na korytarzu z wycelowanym pistoletem.
Potężnie zbudowany Jaffa odwrócił się w jego stronę, mierząc do dziewczyny z zata, ale milczał. Cofnął się jeszcze kilka kroków i otworzył drzwi, na szczęście te do ogrodu i wyszedł na zewnątrz. Powiedział coś w nieznanym Magdzie języku i po chwili rozległ się dziwny dźwięk, jakby nadlatywała monstrualna pszczoła. Pułkownik natomiast od razu rozpoznał ten dźwięk i rzucił się w kierunku Jaffa i Magdy. Nie wiele to dało, bo nie zdołał ich wypchnąć z pola.
Cała trójka została przetransponowana..
Statek Goaul’d na orbicie Ziemi

Gdy pierścienie się uniosły, Jack, Magda i Jaffa zmaterializowali się w komorze pierścieni. Komitet powitalny złożony z Apofisa i jego świty już na nich czekał.
- Mmm… kogo ja tu widzę. Pułkownik Jack O’neill, dowódca SG 1. Nie spodziewałem się tak sławnego gościa – przywitał ich Apofis, w jego głosie dało się wyczuć nutę drwiny i ironii.
- We własnej osobie. Mnie również miło. Ale nie przypominam sobie, abyśmy cię zapraszali na naszą planetę – pułkownik nie pozostawał dłużny.
- Głupcze! Taki bóg jak ja nie potrzebuje niczyjego zaproszenia! Ale wiem co cię dręczy… - Goaul’d urwał na chwilę, jak gdyby chciał się droczyć z pułkownikiem – Dlaczego wasze marne radary nie wykryły mojego statku. To proste. Jesteście na moim najnowszym statku zwiadowczym. Nie możliwym do wykrycia – Goaul’d wyraźnie zaakcentował ostatnie zdanie.
- Przykro mi, ale cię rozczaruję. Nie to mi leży na wątrobie.
- Czyżby?
- Skąd wiedzieliście o Magdzie?
- To ja tu zadaje pytania! – wrzasnął obcy, dając znak jednemu z Jaffa, ten natychmiast strzelił z zata.
Po chwili komorę wypełnił szyderczy śmiech fałszywego boga. Magda podobny słyszała jedynie na filmach grozy. Po chwili jednak kontynuował:
- Taki sławny, a taki głupi! Myślisz, że ten statek mam od wczoraj?! – krzyknął pułkownikowi prosto w twarz, a następnie odwrócił się na pięcie – Parę miesięcy temu znaleźliśmy nieznane nam urządzenie Starożytnych. Nie potrafiliśmy go jednak uruchomić. Z inskrypcji wyczytaliśmy, że do tego potrzeba specjalnego genu…
W tym momencie niespodziewanie się odwrócił i podszedł do dziewczyny. Chwycił ją za podbródek i patrząc przenikliwe prosto w oczy powiedział:
- A ty go posiadasz, jako jedyna we Wszechświecie…
- Nie wiesz tego i nie będziesz wiedział – odrzuciła głowę na bok, by strącić jego rękę.
- Co ty nie powiesz? Później będziesz śpiewać inaczej – syknął, po czym wyprostował się i wydał rozkaz:
- Do celi z nimi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz