czwartek, 20 września 2012

Biura podróży - jak rozpoznać "prawie" bankruta (z serii cykl ekonomiczny)


Co prawda wakacje już za nami, więc temat praktycznie nieaktualny, chociaż… wielu ludzi lubi się wybierać na Sylwka z biurem podróży w ciepłe kraje albo do europejskich stolic. Ponadto niektóre biura rozpoczęły już kampanię reklamową swoich ofert „first minute”. Powróćmy więc tematu, który może pojawił się w sam raz, aby nas zabezpieczyć przed tragicznymi rolami turystów z upadłych biur podróży.
Po pierwsze, przydałoby nam się odpowiedzieć na pytanie jak w takim biurze powinna przepływać gotówka. Zaczniemy od najprostszego schematu, a więc: klient płaci gotówką lub przelewem zorganizowanie mu wycieczki przez biuro. Zazwyczaj jest to już podstawione, czyli wstępnie zarezerwowane pokoje w hotelach, miejsca w restauracjach, wejściówki do muzeów, zabytków, innych atrakcji, wszelkie sprawy związane z transportem (autokar, benzyna, bilety w samolotach etc.), oprócz tego powinniśmy mieć opiekę przewodnika oraz ubezpieczenie (uwaga! Nie tylko to od nieszczęść ale też te samochodowe – AC i OC!). Wtedy kiedy wpłacamy pieniądze porządne biuro powinno je podzielić na 2 części mniejszą: marżę, na której zarabia i opłaca wszystkich pracowników oraz większą, którą sfinansuje należności wobec partnerów, których jak widzimy trochę jest.
Jaki stąd wniosek? Że takie biuro podróży ma sporo kosztów do pokrycia, zwłaszcza jeśli oferuje pobyt w minimum 3-gwiazdkowym hotelu! To jeszcze nie wszystko, skoro tak, to ceny takich wycieczek powinny być straaaasznie wysokie. Dlaczego więc są tak niskie? Na to składają się dwa czynniki: strategia cenowa oraz prawo popytu i podaży.
Zajmijmy się najpierw strategiami cenowymi. Rozróżniamy 3 główne strategie, a nich pomniejsze. Są to:
1.       Strategia cen niskich
a.       Niska cena-niska jakość
b.      Niska cena-średnia jakość
c.       Niska cena-wysoka jakość
2.       Strategia cen średnich (tzw. „uczciwych”)
3.       Strategia cen wysokich
Rozwinęłam jedynie pierwszy punkt gdyż tak naprawdę tylko on nas interesuje. Jak można zauważyć obecnie biura podróży preferują strategie 1a i 1b. Dlaczego tak się dzieje? Cóż jak wiemy jest kryzys, więc biura chcąc przyciągać klienta ceną, obniżyły ją, tyle że nie obniżyły jakości. I w tym momencie trzeba nam powiedzieć, cóż to jest prawo popytu i podaży.
Na owym prawie opiera się w głównej mierze cała wolna gospodarka. Każda branża, nawet najbardziej specyficzna, jak rynek pracy chociażby podlega temu prawu co ono mówi?
„ Wraz ze wzrostem cen maleje popyt, a rośnie podaż, natomiast razem z spadkiem cen maleje podaż, a rośnie popyt”.
Zwróćcie uwagę na zaznaczony fragment, jak on się ma do sytuacji w branży turystycznej? Jeżeli stwierdziliście, że biura liczą na zwiększony ruch klientów, to brawo! O to właśnie chodzi! Skąd więc długi i niezapłacone hotele?... Primo: kryzys, duo: odroczone płatności, trio: za niskie ceny, quatro: zła gospodarka przepływów.
A teraz jak się zabezpieczyć:
1.       Telefon do Urzędu Marszałkowskiego województwa, w którym biuro ma siedzibę. W ten sposób sprawdzimy legalność działalności, czy są jakieś skargi na wybraną agencję, a także czy nie ma wobec nich postępowania administracyjnego.
2.       Strona www.turystyka.gov.pl . Tutaj w Centralnej Ewidencji Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych można sprawdzić kto jest właścicielem, jak długo firma działa, a także wysokość WYKUPIONEJ GWARANCJI BANKOWEJ!!! Dzięki temu, będziemy wiedzieć czy w razie bankructwa możemy liczyć na zwrot kasy. Więc WARTO!!! Jak czytać też te wysokości: jeśli biuro ma wysoką gwarancje to znaczy, że ceni sobie bezpieczeństwo finansowe!
3.       Do zaglądania do sprawozdań nie zachęcam, natomiast warto zajrzeć do KRS.
4.   Pamiętać o wydatkach biura przy gapieniu się na okazyjną cenę wycieczki!


W sobotę zapraszam na "Legendy Wertiany".

niedziela, 16 września 2012

Druga część "Bram Occidenell"

Zapraszam na zapowiadaną wcześniej drugą część pierwszego rozdziału. Dla przypomnienia, w końcówce poprzedniej części Ovil, przekupił strażnika i nasi bohaterowie nierozpoznani przekroczyli bramy Occidenell. W tej części poznamy topografię miasta, także przeżyjemy troszkę adrenaliny. W przyszły weekend z kolei ukaże się kolejna część przygód elfa Gilfrasa z Wertiany, a w międzyczasie chce wstawić notkę z cyklu ekonomicznego, który nieco zaniedbałam :( . Dobra dość gadaniny, zapraszam do czytania!


Tym fortelem podróżnicy przedostali się przez bramy. Occidenell było niemałych rozmiarów miastem, a zarazem jednym z niewielu bezpieczniejszych miejsc w Ludarvii, przynajmniej dla lojalnych poddanych Cesarzowej Nixavii. Bynajmniej, spora grupa mieszkańców wiodła nawet spokojny, jak na te mroczne czasy, żywot. Miejskie życie skupiało się głównie na Dużym Placu Targowym w centrum Occidenell, gdzie znajdowały się najważniejsze budynki.
Pałac Namiestnikowski, będący siedzibą władz miasta robił wrażenie na wszystkich podróżnych: ogromna, wręcz monumentalna fasada wsparta czterema kamiennymi kolumnami, pomiędzy którymi lśniły wysokie, kryształowe okna, przyozdobione stworzonym magicznie szronem, który nie znikał nigdy, nawet podczas największych odwilży. Namiestnik, który zarządzał Occidenell, nie tylko urzędował w tym miejscu, lecz także mieszkał, opływając we wszelkie luksusy, o jakich pozostali mieszczanie mogli tylko marzyć.
W niedalekiej odległości od tego gmachu znajdowała się najsłynniejsza oberża w mieście, „U Lubystka”.  Spotykały się tam największe obżartusy i pijusy w mieście, a mimo to w całym Occidenell nie znalazło by się lepsze miejsce na popas, ponieważ gospodarz nie tylko pędził najlepsze miody w okolicy, ale także jego żona robiła przepyszną, piwną golonkę z dzika i zupę rybną.
W sąsiednim budynku mieścił słynny na całą Ludarvię ekskluzywny dom publiczny. Gospodyni, stara Purta, tego „przybytku” żądała wiele za usługi swoich, jak mawiała „diewuszek”, ale mimo to kto tylko miał ochotę, nie żałował pieniędzy z sakwy, gdyż wiedział, że najbliższej nocy długo nie zapomni.
Od samego placu z kolei wychodziły cztery ulice, każda do innej bramy miasta, szczelnie opatulona różnej wielkości kamienicami, między którymi gdzieniegdzie przedzierały się wąskie uliczki i zaułki do dalszych części grodu, które mogły stanowić istny labirynt dla kogoś, kto nie znał miasta. Architekt Occidenell był mądrym człowiekiem i projektując trakty kierował się pewną logiką, dostrzegalną również i dla mieszkańców.
Ovil nie znając miasta, skręcił w pierwszy lepszy zaułek, aby swobodnie porozmawiać z Texanną. Dziewczyna, kiedy już stanęła na własnych nogach, rozejrzała się wokoło. Byli w północno-wschodniej części miasta, najniebezpieczniejszej dla nich. W tej dzielnicy znajdowały się bowiem koszary oraz Dom Zakonu, tak więc w każdej chwili mogli się natknąć na oddział wrogich rycerzy.
- Musimy jak najszybciej zniknąć – powiedziała głośno dziewczyna, naciągając kaptur na głowę, na szczęście wycie wiatru zagłuszyło jej słowa.
Odpowiedziały jej jedynie pytające oczy mężczyzny.
- Tu niedaleko są koszary, nietrudno będzie o kłopoty.
- Przecież to moja specjalność – uśmiechnął się z przekąsem Ovil, czym nieco zirytował swoją towarzyszkę.
- Uh, tu wcale nie ma nic śmiesznego.
Ovil pokręcił jedynie głową z niezrozumieniem, ale spytał już bardziej poważnie:
- Gdzie mieszka ten twój przyjaciel?
- Roteg mieszka w sąsiedniej dzielnicy, pamiętam drogę.
Ostrożnie wychylili się ze swojego schronienia i kierując się na zachód, oddalając się tym samym od wojskowych budynków. Starali się iść jak najbardziej skrajem drogi, żeby w razie niebezpieczeństwa móc ukryć się w jednej z bocznych uliczek. Niestety nie było to proste, gdyż szalejąca w dalszym ciągu nawałnica usypała już spore zaspy przy domach. Niektóre z nich sięgały nawet okien. Wicher, co prawda zdecydowanie mniej gwałtowny niż na przedpolach Occidenell wył przeraźliwie i co chwila zmieniał kierunek, porywając świeżo spadły śnieg z dachów i większych zasp, tworząc niebezpieczne wiry, dzięki czemu widoczność spadała niemal do zera. W takich chwilach Tex nieraz traciła orientację, przez co sama podróż nieco się przedłużyła.
Po pewnym czasie ulica, którą szli znacznie się rozszerzyła. W końcu trafili na Mały Plac Targowy, który rozgraniczał północną i zachodnią dzielnicę miasta, gdzie jak twierdziła Texanna mieszkał Roteg. Ovil był przeciwny wychodzeniu na otwartą przestrzeń, lecz dziewczyna stwierdziła, że nie zna dobrze tej okolicy, a do przyjaciela zawsze szła właśnie tędy. Nie mogąc nic na to poradzić, rudzielec zgodził się przejść przez Plac. Wyszli więc ostrożnie, delikatnie skręcając ku prawej stronie targowiska.
W tej chwili w pobliżu nie widzieli nikogo, gdyż wszyscy pochowali się w swoich domach przed śnieżycą. Na gwarnym zwykle placu hulał jedynie huraganowy wicher, zrywając z co niektórych straganów kolorowe baldachimy i głośno nimi łopocząc. Nasi podróżnicy musieli silniej zaciskać palce na kapturach, chowając twarz przed śnieżnymi biczami szalejącego wiatru. Mimo to udało im się bezpiecznie przedostać już przez połowę placu, kiedy nagle fruwające baldachimy zagrały głośniejszą nutę i uderzył w nich gwałtowniejszy podmuch niosąc ze sobą grube płatki z nieba oraz drobinki z pobliskich kamieniczek, tworząc z nich solidny wir, który wkrótce otoczył przechodniów. Na krótki moment Texanna i Ovil stracili siebie z oczu, choć próbowali siebie zawołać, nawałnica szybko zamknęła im usta wpychając w nie garść białego puchu. Migający dookoła śnieg oślepiał i smagał ich twarze, tak że musieli je w końcu osłonić obiema dłońmi, co i tak niewiele pomogło. Tymczasem huragan zdmuchnął im kaptury z głów rozpoczynając rozwiewając we wszystkie strony ich włosy. Kiedy siła wiatru osłabła, a wirujące płatki nieco odsłoniły przestrzeń, nagle naprzeciwko nich, jak spod ziemi, pojawił się patrol żołnierzy Zakonu Śniegu. Zanim zdążyli Ovil i Tex zdążyli cokolwiek zrobić, komendant oddziału zauważył ich i szybko się przybliżył. Kiedy tylko poznał Ovila, skinął ręką na swoich podwładnych, którzy w mgnieniu oka ruszyli na przerażonych podróżnych. Mężczyzna nie namyślając się długo, chwycił rękę Tex i biegiem wpadli w najbliższą uliczkę.
Rozpoczęła się szalona pogoń ulicami i zaułkami miasta. Texanna i Ovil co chwila zmieniali kierunek ucieczki, chcąc zgubić goniących ich rycerzy. Mijali kolejne kamienice i uliczki, gdy nagle Ovil skręcił w jakąś uliczkę. Dziewczyna odwróciła głowę:
- Są tuż z nami!
- Ku*wa  - zaklął brzydko Ovil, gdyż niespodziewanie, pojawił się przed nimi wysoki na półtora metra drewniany płot – kto tu to postawił?
- To chyba płot oddzielający dwa podwórka! – skomentowała dziewczyna rozglądając się po najbliższym otoczeniu – Zobacz tam jest drabina!
Rudzielec rzucił się w miejsce, które wskazała jego towarzyszka i już po chwili byli po drugiej stronie płotu, a Ovil specjalnie wciągnął drabinę za sobą, aby spowolnić pogoń. Kiedy był już na ziemi, żołnierze dobiegli do płotu i walili z bezsilności w deski.
Ovil i Tex nie zastanawiając się dłużej ruszyli naprzód, gdy dotarli do najbliższej uliczki, dziewczyna pisnęła z radości:
- Tu mieszka Roteg!
Ruszyła szybko do drzwi jednego z domów i pociągnęła za sznurek od dzwonka. Po chwili drzwi się otworzyły, lecz blade światło z kaganka niezbyt dobrze oświetliło twarz wysokiego, szczupłego gospodarza.