niedziela, 14 października 2012

The Another Gene cz. 5


Cheyenne Mountain Complex, sala odpraw
Do sali odpraw wszedł generał Hammond, w środku czekali już na niego dr Jackson, Teal’c oraz dr Freiser. Brakowało jedynie major, pułkownika oraz gościa specjalnego, Magdy. George usiał w wygodnym, czarnym, skórzanym fotelu. O wiele bardziej wolał ten od tego w biurze, kilka pięter wyżej. Hammond nerwowo spojrzał na zegarek. Carter była zbyt dokładną osobą, żeby pozwolić sobie na spóźnienie, a Jack o ile słynął z niesubordynacji, o tyle musiał mieć naprawdę ważny powód, aby się spóźnić. Generał już miał zaczynać odprawę bez nich, ale w ostatniej chwili przez drzwi wpadła zdyszana Samantha, szybko, ale przepisowo salutując.
- Major Carter? Co się stało? – spytał podwładną.
- Sir, Mag… przepraszam, panna Niedzwiecka i pułkownik zostali porwani… - rzuciła Sam, próbując złapać oddech.
Tymczasem pozostali jakby nie rozumieli co major do nich mówi spojrzeli po sobie.
- Sam, usiądź i powiedz nam konkretnie co się stało – poradził Daniel, wskazując jej najbliższe wolne krzesło.
Major opadła na podsunięte siedzenie. Wciągnęła kilka razy głębiej powietrze, aby wyrównać oddech.
- Na lotnisku umówiliśmy się z pułkownikiem i panną Magdą, że po mnie dzisiaj przyjadą i razem, we trójkę pojedziemy do bazy. Czekałam aż do ustalonej godziny, a samochodu pułkownika nie ma. Czekam kolejne 15 minut nadal nic, więc postanowiłam zadzwonić. Próbowałam kilka razy, ale nikt nie odbierał, ani pułkownik ani Magda. Postanowiłam więc wsiąść do samochodu pojechać do nich. Przyjeżdżam, a tu drzwi otwarte, nikogo w domu nie ma. W przedpokoju poprzewracanych kilka rzeczy. Salon w porządku, kuchnia też, więc poszłam na górę do pokoju Charliego. Wchodzę, a tam istny bałagan! Z początku myślałam, że to panna Niedźwiecka, ale poźniej spostrzegłam urwaną zasłonę. Odwróciłam się w stronę drzwi, a w nich była wbita łuska. Wyglądała na jedną z pistoletu pułkownika. Zbiegłam więc na dół do sypialni, zaglądam do szuflady broni nie ma! Szukam w kuchni i pozostałej części domu i nie ma! Mnie się nasuwa tylko jeden wniosek – opowiedziała szybko i zwięźle całą historię.
Zapanowała cisza, każdy z uczestników niedoszłej odprawy był w szoku. Żadna z osób nie podejrzewała, że do domu Jacka może się ktoś włamać. Ale stało się. Dziewczyna, która prawdopodobnie posiada najbardziej wrażliwy gen Starożytnych wpadła w ręce wroga. Wszyscy, bez wyjątku domyślili się czyja to robota. Jedynym pocieszeniem był fakt, że nie jest sama, tylko z O’neill’em. Z drugiej strony sytuacja była o tyle beznadziejna, że nie wiedzieli gdzie ich szukać. Czy są wciąż na Ziemi czy w kosmosie? I jak daleko od planety? A jeśli tak, to w jaki sposób Apofis oszukał sensory?
- Majorze, ma pani jakieś pomysły, gdzie mogli ich zabrać? – przerwał niezręczną ciszę generał.
- Chwilowo nie, sir – odpowiedziała Carter.
- Generale Hammond, podczas wczorajszej wizyty, mistrz Brat’ac wspomniał mi, jakoby flota Apofisa wzbogaciła się o nową klasę statków. Posiadają one nowe osłony antyradarowe – wtrącił Teal’c
- Rozumiem, a więc mogli ich zabrać na taki statek – stwierdził generał.
- Możliwe, wystarczyłoby aby wyszli do ogrodu, a użycie pierścieni nie stanowiło by problemu – dokończyła major
- W istocie, major Carter – potwierdził ciemnoskóry Jaffa i skinął w swoim zwyczaju głową.
- Ale w takim wypadku oni mogą być już setki lat od Ziemi! – celnie zauważył milczący dotąd Daniel.
- Owszem i najprawdopodobniej pomoc nie będzie możliwa – stwierdziła smutnie major i spojrzała poważnie na Hammonda – Sir, wie pan, że zrobiłabym wszystko, aby odnaleźć pułkownika, ale obawiam się, że jest już za późno. Statek mógł odlecieć parę ładnych godzin temu i może być wszędzie, to jak szukanie igły w stogu siania.
Generał zamyślił się przez chwilę.
- Skontaktujemy się z Tok’ra. Może któryś z ich szpiegów będzie mógł uzyskać informacje na ten temat. Spróbować nie zaszkodzi – powiedział.
- Ja zawiadomię mistrza, na pewno zechce nam pomóc. Za pozwoleniem generale, ale pragnąłbym wyruszyć natychmiast. Nie ma czasu do stracenia – powiedział poważnie Jaffa.
- Oczywiście Teal’c. Zrób to jak najszybciej – odparł generał, a potężny mężczyzna wyszedł i ruszył szybkim krokiem do swojego pokoju – Carter, dr Jackson zajmiecie się kontaktem z Tok’ra. To tyle, dziękuję za przybycie.
- Rozkaz, sir – zasalutawała Sam.
- Dobrze – odpowiedział Daniel i wszyscy wyszli z pomieszczenia.

***

Statek Apofisa, gdzieś w Galaktyce

Spokojnie, sama wej… - powiedziała Magda w stronę dwóch Jaffa, którzy prowadzili ją do celi, trzymając mocno za ramiona – dę… - dokończyła kiedy obcy wrzucili ją do dziwnego pokoju bez drzwi tuż za pułkownikiem, tymczasem Jaffa przesunęli ręką nad jakimś zielonym kółkiem, a w przejściu na chwilę pojawiła się żółta kałuża, która po chwili rozpłynęła się w powietrzu.
- Oni tak zawsze – stwierdził Jack, który już siedział na ławeczce.
Dziewczyna usadowiła się obok niego i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Miało złote ściany, a przynajmniej pomalowane na taki kolor, Wszystkie trzy były puste, nie było w nich żadnych okien. Przy podłodze znajdowały się dwa, wbudowane w ścianę kloce, aby więźniowie mogli usiąść.
Jack oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi.
- Jakim cudem oni dostali się do mojego domu? Przecież zamykałem drzwi! – wymamrotał, przenosząc ręce z twarzy na włosy.
- Od ogrodu też? Poza tym Jack, to nie byli zwykli, ziemscy włamywacze.
- Kuchenne! – w celi rozległ się słaby plask – przecież zostawiłem klucze sąsiadce, aby podlewała kwiatki. Dałem jej klucz od kuchennych! Ach…- Jack schował głowę w kolana, głupio czuł się w tej sytuacji, miał być gwarantem bezpieczeństwa, a tu proszę... siedzą sobie w celi u Apofisa: po prostu bajkowo.
- Myślisz, że się kapną?- spytała nieśmiało.
- Że niby kto?
- No, w SGC, że jesteśmy na statku…
- Powinni. Zwłaszcza Carter, w końcu umówiliśmy się z nią. Tyle, że nie wiem czy dadzą radę nas wyciągnąć, nie wiedzą o statku, a tym bardziej w którą stronę lecimy – popatrzył na nią krzywo.
- Aleś mnie pocieszył – powiedziała ponuro, podkurczyła kolana i objęła je rękoma.
Następnie położyła na nich głowę i zaczęła wpatrywać się w ścianę naprzeciwko. Wyglądała jak mała dziewczynka, która się nudzi. Trochę romantycznie, trochę słodko. Jack zaklął cicho. Nie chciał jej okłamywać, ale też nie zamierzał dołować Magdy.
- Magda, posłuchaj – wstał i przykucnął tuż przed nią, tak aby widziała jego twarz, nie była uśmiechnięta jak wtedy, na Plantach. Wręcz przeciwnie, malowała się na niej troska, a oczach coś jeszcze. Studentka nie mogła się domyślić co to takiego – nie chcę cię oszukiwać bo sytuacja jest naprawdę ciężka, ale obiecuję ci, że to nie zmieni faktu, że zrobię wszystko, abyśmy się stąd wydostali. A poza tym Sam mnie zawsze zaskakuje, może uda jej się coś wykombinować.
- Nie wierzysz w to, co sam mówisz.
- Owszem, wierzę. No, już, popatrzył mi w oczy. Będzie dobrze – podniosła na niego wzrok, tym razem ten sam co wtedy.
Trochę się uspokoiła, ale nie na długo. Na korytarzu rozległy się głuche kroki metalowych butów, wskazujących że ich właściciele zmierzają właśnie w ich kierunku
- Zaczyna się. Magda, gościu nie jest zbyt milusiński, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Bądź, co bądź, zrób wszystko byle mu nic nie wygadać. Jeśli nas wezmą razem, postaram się aby się ze mną pobawił, nie dam cię skrzywdzić.
- Jack tu nie… - chciała mu odpowiedzieć, ale w tym momencie pięciu Jaffa stanęło u drzwi.
Jeden z nich przesunął ręką nad kamieniem, a żółte pole znowu się pojawiło i znikło. Obcy weszli do pomieszczenia, czterech chwyciło ich za ręce, a piąty powiedział:
- Pójdziecie z nami.
- A mamy jakiś wybór? – spytał z ironią Jack
- Zamknij się, psie. Jeszcze ukorzycie się przed potęgą Apofisa.

czwartek, 11 października 2012

Kuchnia studencka - parówki z pieczarkami

Ekonomicze, smaczne,  proste i szybkie... czyli typowo studencka propozycja obiadowa na jesienno-zimowe chłody i słoty. Bardzo dobre na rozgrzewkę.

Parówki z pieczarkami (na 2 os.)

Składniki:
6 parówek
50 dkg pieczarek
1 duża cebula
1/2 małego koncentratu pomidorowego
15 dkg sera żółtego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
4 łyżki i 1/2 szklanki wody
sól, pieprz, papryka słodka (jeśli ktoś lubi to można i ostrej)

Wykonanie:
1. Pieczarki i cebulę obieramy, grzyby kroimy w plasterki, a cebulę w kostkę. Następnie cebulę smażymy na oleju na złoty kolor, wtedy dodajemy do niej pół szklanki wody i koncentrat pomidorowy. Doprawiamy i przekładamy do garnka na mały ogień.
2. Na patelnię wylewamy jeszcze odrobinę oleju, a następnie dusimy pod przykryciem na niej pieczarki ok. 8 minut, aby potem przełożyć je do cebuli.
3. Parówy kroimy w plasterki, wkładamy do cebuli z pieczarkami, mieszamy i gotujemy.
4. Mąkę rozprowadzamy dokładnie w 4 łyżkach wody i delikatnie, cienkim strumieniem wlewamy do potrawki. Gdy potrawa zgęstnieje, gasimy gaz, wykładamy na talerze i potrzebujemy startym żółtym serem. Podajemy z ziemniakami lub pieczywem.

Buon appetito!

poniedziałek, 8 października 2012

Legendy Wertiany - Nocne koszmary



II

Nocne koszmary


Następna noc wcale nie była dla Gilfrasa łatwa. Dopiero po kilku godzinach udało mu się zasnąć, co po wydarzeniach poprzedniego dnia stanowiło nie lada wyczyn. Pożoga, cały atak, śmierć przyjaciela, pogrzeb, stypa, dla zazwyczaj spokojnego i ułożonego elfa było to zdecydowanie za dużo. W dodatku te dziwne słowa, wypowiedziane przez ojca Asmalli. Że niby on, stroniący od przygód Gilfras, ma być wyzwolicielem Wertiany? W tym momencie nie mieściło mu się to w biednej, elfiej głowie, lecz przyszłość zawsze była, jest i będzie niezbadana, nawet przed tak bystrymi umysłami jak starożytny ród elfów.

Wróćmy jednak do Gilfrasa, który w tym momencie drzemał na swoim łóżku w domu Celtima. Jednak nie był to sen spokojny. Młody elf, co moment marszczył brwi, to gwałtownie ruszał ręką, tak jakby walczył we śnie, to znowu rzucał się w różne strony. Na jego wysokim czole pojawiły się krople potu. Podniósł odruchowo dłoń do szyi w ten sposób, gdy ktoś czuje nóż na gardle. W tym momencie Gilfras gwałtownie otworzył oczy i usiadł na łóżku.

- Gdzie ja jestem? Aa… Uf… to na szczęście był jedynie jakiś zwariowany koszmar – westchnął sam do siebie i sięgnął po stojący na stoliku obok kubek z mlekiem.
- Już mi lepiej. Zobaczę, co się dzieje na zewnątrz.

Wstał i podszedł do jednego z okien pokoju. Odsunął delikatną zasłonę i rozejrzał się po okolicy. Akurat okno wychodziło na miasto i stąd Gilfras mógł dojrzeć, że nie tylko on nie śpi tej nocy. W wielu mieszkaniach wciąż paliło się światło świec, a w innych wciąż trwały gorączkowe naprawy tego, co zniszczył pożar. Z tego, co Gilfras usłyszał od Asmalli wielu część mieszkańców straciło oprócz najbliższych domy, inni mieli nadwątlone ściany i dachy.

W przeciwieństwie do innych nacji Wertiany elfy mogły pracować całymi dniami i nocami, dzięki magii. W takich razach starczały im jedynie niedługie przerwy na posiłki, dzięki czemu z podobnych przygód fizycznie podnoszono się dość sprawnie. Zawsze pozostały jednak inne dotkliwsze straty. Po każdym tragicznie zmarłym elfie tradycja nakazywała pół roku żałoby, która w elfim świecie nigdy nie była jedynie przykrym obowiązkiem. Każdy obchodził ją tak, jakby oddawał poległemu towarzyszowi ostatnią przysługę na tym, doczesnym świecie.

Po jakiejś godzinie rozmyślań o tym, co zaszło, o Celtimie i pozostałych wydarzeniach, nasz bohater wrócił do łóżka z postanowieniem, że następnego dnia odwiedzi rodzinę Asmalli i porozmawia z nimi na temat słów, które wypowiedział jej ojciec tuż po pogrzebie.

***

Mieszkanie króla elfów mieściło się całkiem niedaleko Leśnego Placu. Jego dom można było rozpoznać bez problemu, jako najokazalszy z wszystkich. Wyróżniał się nie tylko przepychem, ale również wielkością oraz architekturą. W przeciwieństwie do pozostałych elfich mieszkań, miał piętro, co nie dziwiło nikogo, kto dowiedział się ile komnat posiada ten „Latający Pałac”, jak zwykli miewać wszyscy przybysze.

Dom rodziców Asmalli był nie tylko wyposażony w drabiny, ale również opuszczany podest, którym wciągano przy pomocy magii, różnych ważniejszych rajców miejskich, a także posłów innych państw.

Na parterze Latającego Pałacu mieściła się Sala Balowa, na której odbywały się nie tylko baśniowe zabawy w razie niepogody, Komnata Szmaragdowa, gdzie przyjmowano posłów i interesantów, a która słynęła w całej Wertianie, ze względu na szlachetne kamienie osadzone w jej ścianach. Tutaj także znajdowała się jadalnia i kuchnia królewska. Piętro stanowiły prywatne apartamenty rodziny królewskiej, do których wstęp posiadali nieliczni. Lecz ci, którzy raz mieli zaszczyt i szczęście się tam, choć krótki moment znajdować opowiadali, iż chyba żaden w świecie nie żyje w większych zbytkach niż Asmallar V, król Troudien.

W tej chwili tej nieocenionej przyjemności, doznał właśnie Gilfras. Król nie poskąpił mu tego zaszczytu, jako że czuł wdzięczność do młodego pobratymca za uradowanie życia swojego jedynego dziecka. Asmallar, bowiem odznaczał się tą właśnie cechą wśród władców Wertiany, że dla swoich ludzi był bardziej dobrotliwym ojcem niż władcą. Miłował zwłaszcza tych swoich poddanych, którzy albo męstwem i odwagą albo oddaniem i skromnością się odznaczali.

- Wasze wysokości… - Gilfras niskim, dwornym ukłonem przywitał się z królem, jego żoną oraz królewską córką.
- Spokojnie, Gilfrasie, tutaj na górze jesteśmy zwyczajną rodziną, więc i etykietę można odłożyć na bok – przerwał mu Asmallar, szeroko rozkładając ramiona w przyjacielskim geście – mów, czego pragniesz, spełnię wszelkie twe życzenia, w końcu jestem zawdzięczamy ci to, że moja słodka Asmalla jest wciąż z nami.
- Panie, nie mam żadnych życzeń, zrobiłem to, co do mnie należało. Pragnąłbym, jednakże porozmawiać o tym, co Wasza mość wyrzekła po pogrzebie poległych elfów. Nie mieści mi się to w głowie, ale przysiągłbym, że mówiłeś to w prorockim uniesieniu – odparł już wyprostowany Gilfras.
- Niewiele pamiętam, z tego, co mówiłem. Zazwyczaj chwila proroctwa ucieka mi z pamięci. Dawniej, to jeszcze czasami pamiętałem. Teraz niestety. Czy raczyłbyś mi przypomnieć, co mówiłem?
- Oczywiście. Twierdziłeś, jakoby dni tych upiorów były policzone, że jestem wybrańcem, uda mi się zebrać kolory tęczy, że posiadam oko mądrości, że zniszczę dziecko nienawiści i że muszę zasięgnąć porady bogów. Tyle pamiętam.
- Ojcze, mówiłeś jeszcze o miłości i o tym, że Gilfras w najmniejszych dostrzeże moc – wtrąciła się niespodziewanie Asmalla.
Władca Troudien usiadł na miękkiej, skórzanej sofie z pozłacanymi poręczami. Zamknął oczy i próbował sobie przypomnieć cokolwiek z tego, o czym mówili.
- Musieliście coś pokręcić. Nie wydaje mi się, żebyś był wybrańcem, który ma pokonać twórcę Upiorów. Wydaje mi się raczej, że proroctwo wyznaczyło ci rolę narzędzia, które ma przygotować drogę wybrańcowi, którego sam wskażesz – odrzekł król, zwracając się do Gilfrasa.
- Dalej nie wiele z tego rozumiem – elf wzruszył ramionami.
- Najbardziej jasną wskazówką jest wskazanie na bogów. Według mnie powinieneś udać się na północny-wschód, na wyspę Al’main, gdzie znajduje się słynna wyrocznia. Ona powinna rzucić światło na resztę przepowiedni – skomentowała dotychczas milcząca królowa Julwita.
- Zgadzam się z tobą, kochanie. Gilfrasie, powinieneś jak najszybciej się tam udać. Im szybciej wyruszysz, tym mniej dni skończy się tak, jak ta ostatnia. Nie pozwól, aby twój przyjaciel umarł na próżno.
- Tak jest, panie.
- Asmallo, pomóż Gilfrasowi w przygotowaniach. Zapewnij mu wszystko, o cokolwiek będzie prosił.
- Oczywiście – odpowiedział cicho.

Niedługo potem oboje byli już w domu Celtima. Gilfras opadł na krzesło i łapiąc się za głowę.

- Co to się porobiło? Miałem być tu ledwie kilka miesięcy, a zanosi się na co najmniej rok, jak nie więcej.
- Bywa – odpowiedziała smutno.
- Najchętniej to, owszem spakował bagaże ale wcale nie do tej całej wyroczni, tylko do Lorfitien.
- Ale chyba tego nie zrobisz?
- Tego nie powiedziałem. Pojadę do Al’main, jestem do winny Celtimowi i tobie. A potem, nie wiem, zobaczymy.

Asmalla nie odrzekła nic na te słowa Gilfrasa, odwróciła się jedynie do niego plecami i podeszła do okna. Delikatne firanki pozwalały patrzeć na to, co dzieje się na zewnątrz nie będąc jednocześnie widzianym. Na szczęście gdyż oczy księżniczki zawilgotniały, a chwilę później na jej policzku pojawiła się lśniąca łza smutku. Tymczasem Gilfras nie zwracając szczególnej uwagi na jej zachowanie, kontynuował:

- Jeżeli wyrocznia nic, nie powie konkretnego pewnie wrócę za ocean. Możliwe, że dopiero tam znajdę odpowiedź. Bynajmniej nie mam ochoty szukać tej tęczy. W Lorfitien przynajmniej jest cisza i spokój. Z resztą sam nie wiem. A ty co o tym sądzisz? Asmallo? – dopiero teraz zauważył jak się cała trzęsie, jak co chwila podnosi dłoń do twarzy.

Elf wstał i podszedł do niej. Objął ją ramieniem, lecz ona w pierwszym odruchu odrzuciła je.

- Przepraszam. Z natury jestem spokojny i unikam przygód. Stąd moje słowa.
- To… znaczy…
- To znaczy, że mimo to, wiem co powinienem zrobić. Nie sprawi to mi zbytniej przyjemności, lecz wiem, że to jest konieczne. Inaczej Celtim zginął na darmo.

Asmalla sama po tych słowach przytuliła się do Gilfrasa. On delikatnie objął ją i zaczął subtelnie głaskać ją po jedwabistych włosach. Trwali tak przytuleni do siebie kilka chwil. Kiedy wreszcie się puścili, na twarzy księżniczki pojawił się słodki, szkarłatny rumieniec.

- Wybacz – powiedziała i zanim Gilfras mógł jakkolwiek zareagować, wymknęła się z domu i rozpłynęła się pomiędzy drzewami, pozostawiając zdezorientowanego elfa przy oknie.

Kiedy się ocknął zaczął się zastanawiać, co będzie mu potrzebne w trakcie podróży. Jak się później okazało nie było tego tak całkiem dużo jak na tak długą trasę. Część rzeczy Gilfras postanowił zdobyć w drodze, tak aby niezbyt obciążać się bagażem. Dni mijały mu jeden za drugim na kompletowaniu rzeczy, jednak wbrew nakazom króla nie towarzyszyła mu w nich królewska córka, która wyręczyła się w tym jednym ze swoich zaufanych sług. Co prawda, Fartaramon miał jej pełne pełnomocnictwo oraz był wspaniałym elfem, mimo to Gilfrasowi brakował tej znajomej, życzliwej twarzy. Miał co prawda innych znajomych, ale w stosunku do Asmalli czuł coś w rodzaju obowiązku chronienia jej. Bynajmniej nie dlatego, że była księżniczką Troudien. Może wynikało to z jego wieloletniej przyjaźni z Celtimem? Elf nie umiał odpowiedzieć sobie na to pytanie. 

czwartek, 4 października 2012

Mały harmonogram - czyli co nas czeka do końca miesiąca?

Przepraszam wszystkich, za Wertianę, ale nie wyrobiłam się przed sobotą, a później byłam odcięta od lapka, na którym mam opowiadania. Przygody Gilfrasa pojawią się do końca tego tygodnia, natomiast postanowiłam przygotować sobie mały harmonogram notek :-).

5-7. 10        2. rozdział Wertiany
10. 10          Kuchnia studencka
12-13. 10    The Another Gene
17. 10          Cykl ekonomiczny
19 - 23. 10   Przerwa - brak dostępu do sprzętu
24.10           Kuchnia studencka

Nie wiem jak będzie wyglądał weekend 26 - 28. 10. Przede wszystkim zależy od sytuacji na uczelni.