II
Nocne koszmary
Następna noc wcale nie była dla
Gilfrasa łatwa. Dopiero po kilku godzinach udało mu się zasnąć, co po
wydarzeniach poprzedniego dnia stanowiło nie lada wyczyn. Pożoga, cały atak,
śmierć przyjaciela, pogrzeb, stypa, dla zazwyczaj spokojnego i ułożonego elfa
było to zdecydowanie za dużo. W dodatku te dziwne słowa, wypowiedziane przez
ojca Asmalli. Że niby on, stroniący od przygód Gilfras, ma być wyzwolicielem
Wertiany? W tym momencie nie mieściło mu się to w biednej, elfiej głowie, lecz
przyszłość zawsze była, jest i będzie niezbadana, nawet przed tak bystrymi
umysłami jak starożytny ród elfów.
Wróćmy jednak do Gilfrasa, który
w tym momencie drzemał na swoim łóżku w domu Celtima. Jednak nie był to sen
spokojny. Młody elf, co moment marszczył brwi, to gwałtownie ruszał ręką, tak
jakby walczył we śnie, to znowu rzucał się w różne strony. Na jego wysokim
czole pojawiły się krople potu. Podniósł odruchowo dłoń do szyi w ten sposób,
gdy ktoś czuje nóż na gardle. W tym momencie Gilfras gwałtownie otworzył oczy i
usiadł na łóżku.
- Gdzie ja jestem? Aa… Uf… to na
szczęście był jedynie jakiś zwariowany koszmar – westchnął sam do siebie i
sięgnął po stojący na stoliku obok kubek z mlekiem.
- Już mi lepiej. Zobaczę, co się
dzieje na zewnątrz.
Wstał i podszedł do jednego z
okien pokoju. Odsunął delikatną zasłonę i rozejrzał się po okolicy. Akurat okno
wychodziło na miasto i stąd Gilfras mógł dojrzeć, że nie tylko on nie śpi tej
nocy. W wielu mieszkaniach wciąż paliło się światło świec, a w innych wciąż
trwały gorączkowe naprawy tego, co zniszczył pożar. Z tego, co Gilfras usłyszał
od Asmalli wielu część mieszkańców straciło oprócz najbliższych domy, inni mieli
nadwątlone ściany i dachy.
W przeciwieństwie do innych
nacji Wertiany elfy mogły pracować całymi dniami i nocami, dzięki magii. W
takich razach starczały im jedynie niedługie przerwy na posiłki, dzięki czemu z
podobnych przygód fizycznie podnoszono się dość sprawnie. Zawsze pozostały
jednak inne dotkliwsze straty. Po każdym tragicznie zmarłym elfie tradycja
nakazywała pół roku żałoby, która w elfim świecie nigdy nie była jedynie
przykrym obowiązkiem. Każdy obchodził ją tak, jakby oddawał poległemu towarzyszowi
ostatnią przysługę na tym, doczesnym świecie.
Po jakiejś godzinie rozmyślań o tym,
co zaszło, o Celtimie i pozostałych wydarzeniach, nasz bohater wrócił do łóżka
z postanowieniem, że następnego dnia odwiedzi rodzinę Asmalli i porozmawia z
nimi na temat słów, które wypowiedział jej ojciec tuż po pogrzebie.
***
Mieszkanie króla elfów mieściło
się całkiem niedaleko Leśnego Placu. Jego dom można było rozpoznać bez
problemu, jako najokazalszy z wszystkich. Wyróżniał się nie tylko przepychem,
ale również wielkością oraz architekturą. W przeciwieństwie do pozostałych
elfich mieszkań, miał piętro, co nie dziwiło nikogo, kto dowiedział się ile
komnat posiada ten „Latający Pałac”, jak zwykli miewać wszyscy przybysze.
Dom rodziców Asmalli był nie
tylko wyposażony w drabiny, ale również opuszczany podest, którym wciągano przy
pomocy magii, różnych ważniejszych rajców miejskich, a także posłów innych
państw.
Na parterze Latającego Pałacu
mieściła się Sala Balowa, na której odbywały się nie tylko baśniowe zabawy w razie
niepogody, Komnata Szmaragdowa, gdzie przyjmowano posłów i interesantów, a
która słynęła w całej Wertianie, ze względu na szlachetne kamienie osadzone w
jej ścianach. Tutaj także znajdowała się jadalnia i kuchnia królewska. Piętro stanowiły prywatne apartamenty
rodziny królewskiej, do których wstęp posiadali nieliczni. Lecz ci, którzy raz
mieli zaszczyt i szczęście się tam, choć krótki moment znajdować opowiadali, iż
chyba żaden w świecie nie żyje w większych zbytkach niż Asmallar V, król
Troudien.
W tej chwili tej nieocenionej
przyjemności, doznał właśnie Gilfras. Król nie poskąpił mu tego zaszczytu, jako
że czuł wdzięczność do młodego pobratymca za uradowanie życia swojego jedynego
dziecka. Asmallar, bowiem odznaczał się tą właśnie cechą wśród władców Wertiany,
że dla swoich ludzi był bardziej dobrotliwym ojcem niż władcą. Miłował
zwłaszcza tych swoich poddanych, którzy albo męstwem i odwagą albo oddaniem i
skromnością się odznaczali.
- Wasze wysokości… - Gilfras
niskim, dwornym ukłonem przywitał się z królem, jego żoną oraz królewską córką.
- Spokojnie, Gilfrasie, tutaj na
górze jesteśmy zwyczajną rodziną, więc i etykietę można odłożyć na bok –
przerwał mu Asmallar, szeroko rozkładając ramiona w przyjacielskim geście –
mów, czego pragniesz, spełnię wszelkie twe życzenia, w końcu jestem
zawdzięczamy ci to, że moja słodka Asmalla jest wciąż z nami.
- Panie, nie mam żadnych życzeń,
zrobiłem to, co do mnie należało. Pragnąłbym, jednakże porozmawiać o tym, co
Wasza mość wyrzekła po pogrzebie poległych elfów. Nie mieści mi się to w
głowie, ale przysiągłbym, że mówiłeś to w prorockim uniesieniu – odparł już
wyprostowany Gilfras.
- Niewiele pamiętam, z tego, co
mówiłem. Zazwyczaj chwila proroctwa ucieka mi z pamięci. Dawniej, to jeszcze
czasami pamiętałem. Teraz niestety. Czy raczyłbyś mi przypomnieć, co mówiłem?
- Oczywiście. Twierdziłeś,
jakoby dni tych upiorów były policzone, że jestem wybrańcem, uda mi się zebrać
kolory tęczy, że posiadam oko mądrości, że zniszczę dziecko nienawiści i że
muszę zasięgnąć porady bogów. Tyle pamiętam.
- Ojcze, mówiłeś jeszcze o
miłości i o tym, że Gilfras w najmniejszych dostrzeże moc – wtrąciła się
niespodziewanie Asmalla.
Władca Troudien usiadł na
miękkiej, skórzanej sofie z pozłacanymi poręczami. Zamknął oczy i próbował
sobie przypomnieć cokolwiek z tego, o czym mówili.
- Musieliście coś pokręcić. Nie
wydaje mi się, żebyś był wybrańcem, który ma pokonać twórcę Upiorów. Wydaje mi
się raczej, że proroctwo wyznaczyło ci rolę narzędzia, które ma przygotować
drogę wybrańcowi, którego sam wskażesz – odrzekł król, zwracając się do
Gilfrasa.
- Dalej nie wiele z tego
rozumiem – elf wzruszył ramionami.
- Najbardziej jasną wskazówką
jest wskazanie na bogów. Według mnie powinieneś udać się na północny-wschód, na
wyspę Al’main, gdzie znajduje się słynna wyrocznia. Ona powinna rzucić światło
na resztę przepowiedni – skomentowała dotychczas milcząca królowa Julwita.
- Zgadzam się z tobą, kochanie.
Gilfrasie, powinieneś jak najszybciej się tam udać. Im szybciej wyruszysz, tym
mniej dni skończy się tak, jak ta ostatnia. Nie pozwól, aby twój przyjaciel
umarł na próżno.
- Tak jest, panie.
- Asmallo, pomóż Gilfrasowi w
przygotowaniach. Zapewnij mu wszystko, o cokolwiek będzie prosił.
- Oczywiście – odpowiedział cicho.
Niedługo potem oboje byli już w
domu Celtima. Gilfras opadł na krzesło i łapiąc się za głowę.
- Co to się porobiło? Miałem być
tu ledwie kilka miesięcy, a zanosi się na co najmniej rok, jak nie więcej.
- Bywa – odpowiedziała smutno.
- Najchętniej to, owszem
spakował bagaże ale wcale nie do tej całej wyroczni, tylko do Lorfitien.
- Ale chyba tego nie zrobisz?
- Tego nie powiedziałem. Pojadę
do Al’main, jestem do winny Celtimowi i tobie. A potem, nie wiem, zobaczymy.
Asmalla nie odrzekła nic na te
słowa Gilfrasa, odwróciła się jedynie do niego plecami i podeszła do okna.
Delikatne firanki pozwalały patrzeć na to, co dzieje się na zewnątrz nie będąc
jednocześnie widzianym. Na szczęście gdyż oczy księżniczki zawilgotniały, a
chwilę później na jej policzku pojawiła się lśniąca łza smutku. Tymczasem
Gilfras nie zwracając szczególnej uwagi na jej zachowanie, kontynuował:
- Jeżeli wyrocznia nic, nie
powie konkretnego pewnie wrócę za ocean. Możliwe, że dopiero tam znajdę
odpowiedź. Bynajmniej nie mam ochoty szukać tej tęczy. W Lorfitien przynajmniej
jest cisza i spokój. Z resztą sam nie wiem. A ty co o tym sądzisz? Asmallo? –
dopiero teraz zauważył jak się cała trzęsie, jak co chwila podnosi dłoń do
twarzy.
Elf wstał i podszedł do niej.
Objął ją ramieniem, lecz ona w pierwszym odruchu odrzuciła je.
- Przepraszam. Z natury jestem
spokojny i unikam przygód. Stąd moje słowa.
- To… znaczy…
- To znaczy, że mimo to, wiem co
powinienem zrobić. Nie sprawi to mi zbytniej przyjemności, lecz wiem, że to
jest konieczne. Inaczej Celtim zginął na darmo.
Asmalla sama po tych słowach
przytuliła się do Gilfrasa. On delikatnie objął ją i zaczął subtelnie głaskać
ją po jedwabistych włosach. Trwali tak przytuleni do siebie kilka chwil. Kiedy
wreszcie się puścili, na twarzy księżniczki pojawił się słodki, szkarłatny
rumieniec.
- Wybacz – powiedziała i zanim
Gilfras mógł jakkolwiek zareagować, wymknęła się z domu i rozpłynęła się
pomiędzy drzewami, pozostawiając zdezorientowanego elfa przy oknie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz