Kroniki Ludarvii



Rozdział I

Z deszczu pod rynnę



Ogromna śnieżyca szalała już od dobrych kilku godzin, szczelnie zasypując gościniec grubym, białym dywanem. Śnieg padał gęsto, a lodowaty wicher o sile huraganu unosił go niczym delikatne, łabędzie pióra, choć płaty były grube i ciężkie. Od kilku dni w okolicy Srebrzystych Równin trzymał siarczysty mróz. Droga prowadziła w głównej mierze przez odsłonięty teren, co sprzyjało tylko w usypywaniu się niemałych rozmiarów zasp, a huragan i opady ograniczały widoczność zaledwie do jednego stajania.
Mimo, że pogoda sprzyjała podróżom, a gościniec przykrywała znaczna warstwa świeżego, białego puchu, bystry obserwator mógł dostrzec szarą, zakapturzoną postać brnącą przez śniegi po kolana, w dodatku pod dudniący wicher. Wędrowiec poruszał się wolno, zmagając się z bezlitosnym wiatrem. Huk huraganu niemalże zagłuszał myśli, a porywy niejednokrotnie zmuszały do wyczerpujących pojedynków o utrzymanie się na nogach. Podróżnik z każdą mijającą chwilą tracił siły, coraz częściej poddając się potędze żywiołu i pozwalając porwać się nawet o kilkanaście cennych kroków. Wędrówki nie ułatwiał także śnieg, tnący bez wytchnienia w twarz tajemniczej postaci, która bezskutecznie próbowała ochronić ją ręką, drugą przytrzymując kaptur, gotowy w każdej chwili ześlizgnąć się z głowy pod naporem gnającego powietrza.
Nagle wędrowiec upadł, potykając się o ukrytą pod śniegiem kłodę. Minęło kilka minut, zanim na nowo stanął do walki z śnieżycą, w tym czasie na jego plecach zdążyła się usypać warstwa białego puchu, która szczelnie zamaskowała kolor płaszcza sprawiając, że stał się on praktycznie niewidoczny.  Kiedy wędrowiec z trudem ponownie stanął na nogach, zorientował się, że wpadł w kolejną zaspę, sięgającą mu aż po pas, postanowił spróbować jednak iść dalej. Przychodziło mu to z coraz większym wysiłkiem, czuł że musi odpocząć, choć przez krótki moment, tymczasem sytuacja stawała się coraz gorsza. Podniósł wzrok, z rozpaczą poszukując przez spadające płaty śniegu najmniejszego cienia budynku, światełka nadziei. Zmęczone oczy nagle dostrzegły  w oddali tlące się niewyraźnie światełko. Radość z ratunku przez moment zdekoncentrowała podróżnika, na tyle aby okrutny huragan, porywał wędrowca do tyłu. Siła wiatru pozwala mu zatrzymać się dopiero kilkanaście sążni dalej. Zdeterminowany spogląda w kierunku, gdzie przed chwilą dostrzegł światło. Niestety, tym razem go nie dostrzega. Próbuje iść przed siebie, co przez chwilę uniemożliwia mu gwałtowniejszy poryw wiatru, który niemalże wyrywa mu kaptur z ręki. Kiedy udaje mu się zrobić kilka kroków, cichutko w głębi duszy wierzy, że za kilka chwil ponownie ujrzy światełko.
Mija trochę czasu, kiedy znowu postać widzi światło. Brnie w śniegu w jego kierunku. W pewnej chwili zaczyna dostrzegać niewyraźne zarysy płotu. Motywacja wzrasta, lecz sił jest coraz mniej. W końcu udaje mu się dotrzeć do ogrodzenia. Postać kurczowo chwyta się go ręką, niczym tonący deski, dając sobie czas na małą regenerację nadwątlonych sił,  dostrzega spod kaptura cienie budynku. Wkrótce podejmuje dalszy marsz, a niedługo później znajduje wejście na podwórze. Kilka minut później dociera pod drzwi. Z okna dolatuje ciepły blask ognia, oświetlając napis nad drzwiami:  „Gospoda pod Śpiącym Puszczykiem”. Postać otwiera drzwi, wpuszczając do środka lodowaty powiew wichru, niosącego ze sobą sporą ilość śniegu. Wędrowiec wszedł do środka i natychmiast ogarnęło go przyjemne ciepło oraz niezadowolone docinki gości. Karczmarz prędko doskoczył do drzwi, by je zamknąć, lecz wichura skutecznie mu to utrudniała przez dłuższą chwilę. Wreszcie, kiedy gospodarzowi udało się zamknąć drzwi, zwrócił się do tajemniczego przybysza, który nadal nie raczył ściągnąć głębokiego kaptura:
- Witam „Pod śpiącym puszczykiem”, czego szlachetny pan sobie życzy? – wędrowiec dopiero teraz mu się przyjrzał.
Właściciel gospody praktycznie niewiele różnił się od swoich kolegów po fachu. Tak samo jak pozostali posiadał sumiaste wąsy, spod których ledwie widać było usta, a także niemałych rozmiarów brzuch. Jeżeli przeprowadzono by konkurs na najbardziej okazały brzuch wśród karczmarzy, z pewnością gospodarz „Śpiącego Puszczyka” mógł liczyć na jedno z pierwszych miejsc. Niestety właściciel nie mógł się poszczyć zbyt okazałym wzrostem, ani też bujną fryzurą, gdyż na jego głowie pobłyskiwała łysina.
- Kufel gorącego, pitnego miodu i pokój. Ile waść bierzesz za noc? – spod kaptura odezwał się dźwięczny, głęboki, lecz zmęczony, męski głos.
- Dwie kanpele, szlachetny panie – odparł opasły karczmarz.
- Masz – przybysz sięgnął pod płaszcz i wyciągnął cztery srebrne monety, po chwili dzwoniące w dłoni zaskoczonego karczmarza.
- Dziękuję, wielmożny panie, wielce dziękuję – odpowiedział z niedowierzając hojności nowego gościa i szybko zniknął za barem.
                Przybysz zlustrował czujnym wzrokiem izbę. Oprócz niego w gospodzie znajdowało się jeszcze kilkunastu gości, na pozór zajętych swoimi talerzami i kuflami, najczęściej, z grzanym piwem, ale mężczyzna odniósł wrażenie, że jest bacznie obserwowany. Pomijając to, w gospodzie panowała sielska atmosfera. Drewna trzaskały w ogromnym kominku, zajmującym połowę krótszej ściany, dzięki czemu w całej gospodzie było przyjemnie ciepło. W pomieszczeniu mieściło się kilkanaście stołów z ławami, a ściany zdobiły myśliwskie trofea, zdradzając zamiłowania właściciela zajazdu. Tajemniczy mężczyzna ruszył w stronę stołu obok kominka, pragnąc się ogrzać, jednak cały czas nie ściągnął kaptura.
                Czekając, aż przyniosą mu zamówiony miód, wędrowiec niepostrzeżenie wyciągnął spod płaszcza niewielki, prosty sztylet i zaczął się nim bawić, umilając sobie w ten sposób mijający czas. Wkrótce podeszła do niego niezbyt wysoka brunetka o długich, kręconych włosach, ubrana w roboczy fartuch.
- Oto pański miód, panie… – powiedziała dźwięcznym głosem, kładąc kufel ciepłego napoju przed gościem.
- Ovil – burknął cicho pod nosem tajemniczy przybysz.
- Może wielmożny pan raczyłby ściągnąć kaptur, w izbie ciepło, a… - zaczęła nieśmiało odgarniając kosmyk włosów, który ciągle opadał na jej duże, zielone oczy.
- Lepiej nie. Zarówno dla mnie, jak i dla ciebie, moja droga – wyszeptał stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu głosem.
- Ale…
- Nie – wymownie błysnął sztyletem, a pod kapturem nagle zaświeciły groźnie dwa żółte punkciki.
Służka zrobiła przestraszoną minę. Nie potrzebowała więcej tłumaczeń, odwróciła się śpiesznie i zniknęła za ladą kontuaru.
Po kilku godzinach i paru sporych kawałków pieczonego dzika, nasz bohater postanowił udać się na spoczynek. Na piętrze gospody znajdowało się kilka pokoi dla gości. Mężczyźnie dostał się nieduży pokój z łóżkiem i zamykanym na klucz drewnianym kufrem. Zarówno ściany, podłoga jak i sufit były wykonane z drewna, zapewne z pobliskiego Starego Boru. Dopiero kiedy wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi, Ovil ściągnął kaptur. Spod niego wyłoniły się długie, falowane włosy o ognistym kolorze, trójkątna twarz oraz największy sekret tajemniczego przybysza – jaskrawożółte oczy.
Ovil nie wiedział, dlaczego mają taki, a nie inny kolor. Jego rodzice wraz z resztą mieszkańców niewielkiej wioski położonej na fiordach nad Oceanem Niezgłębionych Myśli zginęli w najeździe rycerzy Zakonu Śniegu, kiedy był jeszcze małym chłopcem. On sam uratował się wyłącznie dzięki matce, która zdążyła w porę wepchnąć ukochanego malca do tajnego przejścia, prowadzącego z ich domu w głąb lasu. Chłopiec nie uciekł jednak od razu, lecz przez dziurkę od klucza patrzył z przerażeniem jak bezlitośni żołnierze podcinają jego matce gardło, a jej ciało upada wprost na drzwi przejścia, umożliwiając mu bezpieczną ucieczkę. W tamtej dramatycznej chwili Ovil poprzysiągł zemstę bezdusznym rycerzom Zakonu. Kiedy po kilkunastu dniach tułaczki przez gęsty las znalazł wreszcie chatkę drwala, był tak nieludzko głodny, wycieńczony i przemarznięty, że ledwo stał na nogach. Gdyby nie futro, w które był ubrany, zamarzłby pierwszej nocy. Do tej pory żywił się jedynie ziarenkami z szyszek i znalezionym mięsem upolowanej przez jakiegoś drapieżnika, wiewiórki. Dodatkowo przedzieranie się przez wielkie śniegi po burzy śnieżnej, która kilka dni temu nawiedziła tamte tereny, także wycieńczało mały organizm dziecka. Na początku Ovil bał się podchodzić do domostw, nie chcąc naprowadzić rycerzy na swój trop, lecz w tamtej chwili był już zdesperowany. Drwal widząc wychudzone ciało chłopca wzruszył się głęboko i zaopiekował się nim. W ten sposób chłopiec rósł pod czujnym okiem opiekuna, najpierw na młodzieńca, a następnie na postawnego i dobrze wychowanego mężczyznę o rzadko spotykanej sile, którą posiadają jedynie najlepsi drwale i kowale. Jednakże bolesne doświadczenie z dzieciństwa odbiło na Ovil’u swoje piętno. Młody mężczyzna podchodził do każdego obcego z dużą dozą nieufności i wrogości.
                Pewnego ranka, drwal zawołał młodego Ovil’a bardzo smutnym, lecz jak zwykle stanowczym głosem. Kiedy młody mężczyzna stanął przed nim, drwal spojrzał na niego badawczym wzrokiem i pokiwał głową, mówiąc:
- Tak, jesteś już gotowy .
- Gotowy na co, wuju? – drwal właśnie tak prosił, aby Ovil się do niego zwracał, nie chciał zastępować mu jego ojca, choć jego podopieczny mgliście go pamiętał.
- Pamiętasz, gdy byłeś jeszcze małym szkrabem, opowiadałem ci mnóstwo historii. Teraz nadszedł czas, abyś odnalazł swoją.
- Dalej niewiele z tego rozumiem.
- Drogi chłopcze, jesteś młody i silny. Przyszedł czas rozstania. Wychowałem cię jak własnego syna i przekazałem wszystko, co wiedziałem. Pora, abyś wyruszył w świat i zaznał przygód.
- Ale… ja nie chce cię opuszczać – Ovil spuścił ze smutkiem głowę.
- Ani ja nie chcę, abyś mnie opuszczał. Ale taka jest kolej życia. Pamiętaj, zawsze będziesz w moim sercu, tak jak i ja będę w twoim. Tu masz mapę najbliższych okolic , ciepłą odzież, prowiant, broń, trochę kanpeli w sakwie. Na początek taki ekwipunek powinien ci wystarczyć – stary już i doświadczony drwal wskazał na rzeczy leżące na ławie przed ich domem.
Ovil tym razem odpowiedział milczeniem. Wiedział, że nie tylko jego przyszywany wujek nie ustąpi, ale i ma dużo racji. Tak naprawdę, Ovil już od kilku lat marzył o zwiedzeniu świata, o którym opowiadał mu jego opiekun. Śnił o dalekich podróżach, samotnych, epickich potyczkach z rycerzami Zakonu Śniegu i pomszczeniu śmierci rodziców, a najbardziej skrywanym marzeniem było zmierzenie się z Złą Cesarzową Nixavią. Obaj mężczyźni uściskali się mocno, nawet bardzo. Taka wieź zdarza się tylko między ojcem a synem.
Tego samego popołudnia Ovil wyruszył na spotkanie swojego przeznaczenia. Swoje kroki najpierw skierował na południowy-wschód, ku Occidenell. Podróż zajęła mu cały tydzień, mocno nadszarpując jego prowiant, jednak on ciągle nie dotarł do miasta. Po uzupełnieniu zapasów żywności w najbliższej wiosce, młody podróżnik wyruszył dalej kierując się dalej na wschód, zamierzając się dostać do celu swojej podróży. Po drodze zaskoczyła go jednak potężna burza śnieżna, podczas której znalazł gospodę „Pod Śpiącym Puszczykiem”.     
   Nasz bohater tej nocy miał bardzo niespokojny sen, jeden z kolejnych koszmarów z tamtej nocy. Znowu widział jak matka wręcz na siłę wpycha go do tunelu i jak w ostatniej chwili zatrzaskuje otwór i… . Nagle, Ovil wyczuł, że ktoś jest w pokoju i niebezpiecznie zbliża się do jego łóżka. Na szczęście, mądry opiekun nauczył go podstawowej rzeczy, o jakiej należy pamiętać, kiedy nocuje się poza domem. Rudowłosy mężczyzna wyczekał, aż postać podejdzie jeszcze bliżej, a kiedy była już w wystarczająco blisko, szybkim ruchem ręki wyciągnął sztylet spod poduszki i przystawił niedoszłemu napastnikowi do gardła. W tym samym momencie powietrze przedarł pisk wystraszonej służki.
- Chcia…łam ty..ty…tylko przynieść pa…pa…nu śnia…da… nie – wyjąkała przerażona służka, nerwowo spoglądając na ostrze przy gardle i kurczowo trzymając tacę z posiłkiem – jeśli pan soo..bie nie życzy … to wyy.. jdęęę… .
Ovil odetchnął głęboko i schował sztylet w skórzanej, wewnętrznej kieszonce buta. Nie podnosząc wzroku burknął:
- Na drugi raz zapukaj.
- Oczy…wiście, panie – odpowiedziała już nieco spokojniej służka, macając gardło, tak jakby upewniając się, czy aby na pewno jest całe. Spojrzała uważniej na przybysza:
 – Masz waszmość bardzo niezwykłe oczy, nigdy takich nie widziałam.
- Odstaw tacę, wyjdź i zapomnij o moich oczach. Dla swojego własnego dobra. Tych, co je pamiętali spotkał – mężczyzna uciął na chwilę, jakby pragnął dobrać odpowiednie słowa - bardzo niemiły los.
- Wedle życzenia waszmości – szybko odstawiła tacę na kufrze i już miała wyjść, kiedy z dołu usłyszeli głośny tupot żołnierskiego obuwia.
- Co się, u licha, dzieje? – dziewczyna już chciała wybiec, aby to sprawdzić, lecz Ovil jednym ruchem ręki ją zatrzymał i pokazał, aby zachowała ciszę.
Sam doskonale domyślał się co się mogło stać. Bezszelestnie zbliżył się do kufra i wyciągnął swoje rzeczy, ubrał się i otworzył okno. Do pokoju wlało się nieprzyjemne, mroźne powietrze, tymczasem z dołu dobiegał hałas wywracanych ław i krzyki przerażonego karczmarza.
- Gdzie on jest?! – głośny, świszczący głos dowódcy oddziału domagał się odpowiedzi.
-Nie wiem o kim mówicie, panie…
- Wczoraj wieczorem przybył tu mieszkaniec północy, ścigany przez nas bandyta. Ma żółte jak słońce źrenice.
- Nie wiem panie, czy o niego chodzi, ale… wczoraj podczas tej zawieruchy przybył do nas dziwny gość, nie ściągał kaptura, mimo iż ogień w kominie bucha i grzeje jak szalony….
- Który pokój?!
- Ależ panie, nie wiem czy…
- Ty psubracie! Nie będę się z tobą patyczkował dłużej! – wrzasnął dowódca i nie tracąc zbytnio czasu, pchnął właściciela zajazdu prosto w brzuch – Przeszukać pokoje! On tu jest! – drąc się, wydał rozkaz podwładnym.
Żołnierze wbiegli na piętro i wdarli się do pokoi gości. Kiedy otworzyli drzwi do pokoju Ovil’a, ten kucał wraz z kelnerką na parapecie okna i posłał im kpiące spojrzenie, a następnie zeskoczył, pociągając za sobą kobietę. Rycerze w mgnieniu oka dobiegli do okna i wyciągnęli łuki. Po chwili strzały leciały tuż obok uciekinierów, brnących po kolana w śniegu.
- Za nimi! Łajdaki pieprzone! –wrzask mocno wkurzonego dowódcy przeszywał do szpiku kości.
Jedynym schronieniem przed pogonią stanowiły obrzeża Starego Boru. Kiedy Ovil i kelnerka dotarli do pierwszych drzew, skryli się za nimi pragnąc uniknąć strzał łuczników. Jednak nie mieli zbyt dużo czasu na odpoczynek, reszta rycerzy była już połowie drogi między nimi a gospodą. Trzeba było uchodzić w głąb starodawnego lasu.
Ścigani co chwilę się potykali o ukryte pod śniegiem konary, lecz nadal uparcie biegli naprzód. Jednak dystans między nimi a grupą pościgową, powoli, lecz nieubłaganie się zmniejszał. Nagle kobieta znowu upadła, tym razem jednak miała trudności z podniesieniem się, Ovil spojrzał na nią i krzyknął:
- Wstawaj!
- Chyba zwichnęłam… Nieee!!! – zapiszczała głośno.
W tym momencie nad jej głową błysnęła biała klinga najszybszego z rycerzy, na szczęście Ovil, zaprawiony w bojach skutecznie zablokował cios.
-Wiej! – krzyknął, a dziewczyna niezdarnie wstała i próbowała biec, utykając lekko na prawą nogę.
Tymczasem Ovil parował kolejne sztychy przeciwnika, dając tym samym dziewczynie trochę czasu. Atak, obrona, pchnięcie, sztych, sparowanie, pojedynek stawał się coraz bardziej zacięty. Kiedy Ovil’owi udało się już zyskać niewielką przewagę, do rycerza Zakonu dołączyli jego towarzysze z oddziału. Sytuacja pogarszała się z każdą chwilą. W końcu Ovil’owi udało się trafić jednego z rycerzy i wbić mu miecz w podgardle. W tym momencie z kierunku, w którym uciekła jego towarzyszka do jego uszu dotarł przerażony pisk. Mężczyzna w mgnieniu oka wyciągnął miecz z ciała przeciwnika i ruszył biegiem w tamtą stronę. Zanim jego przeciwnicy zorientowali się co się stało, Ovil zyskał już nad nimi kilka metrów. Biegł już kilka chwil, kiedy nagle poślizgnął się i wpadł prosto w jakąś ciemną, leśną jamę. Tuż obok niego leżała nieprzytomna kelnerka. Bohater odciągnął jej ciało na bok, poza krąg światła, który wpadał do nory. Dla dodatkowego zabezpieczenia okrył ich szczelnie swoim płaszczem. Kiedy już byli pod nim, sprawdził puls dziewczyny. Na szczęście przeżyła upadek. W tym czasie usłyszał nad sobą pokrzykiwania żołnierzy.
- Ej, zniknął!
-Gdzieś musi być!
- Zgubiliśmy ich!
- ŻE CO?! WY TŁUSTE DARMOZJADY! ZNALEŹĆ MI ICH! NATYCHMIAST! – nagle wśród krzyków pojawił się przeszywający wrzask dowódcy.
Rycerze rozbiegli się prędko, nie chcąc denerwować swego przełożonego. Jeden z nich nawet zajrzał do jamy, w której byli Ovil i kelnerka z gospody. Jednak nie mogąc niczego dostrzec, wzruszył ramionami i wrócił do oddziału. Gdy dowódca dowiedział się o bezowocnych poszukiwaniach zaklął siarczyście i stwierdził, że Cesarzowa Nixavia się z nimi rozliczy z tej niekompetencji, następnie zarządził odwrót.
Ovil tymczasem zaczął cucić nieznajomą, klepiąc ją delikatnie po policzku. Kiedy dziewczyna powoli zaczęła otwierać oczy, na jego twarzy pojawił się niewielki uśmieszek.
- Hej, słyszysz mnie? Powiedz coś, jak masz na imię?
- Texanna – odpowiedziała mu słabym głosem i znowu zamknęła oczy.  

Rozdział II

Pożyteczny napad


Ovil siedział z podkurczonymi nogami pod jedną ze ścian nory. Głowę oparł na kolanach smętnie wpatrując się w dziewczynę leżącą po drugiej stronie jaskini. Była całkiem ładna, długie ciemne jak smoła loki delikatnie opadały na jej niezbyt dużą, owalną twarz. Czasami, kiedy uśmiechała się przez sen, mężczyzna spostrzegł, że wtedy pojawiają się na niej śmieszne, wręcz dziecięce dołeczki. Powoli jego wzrok przesunął się z śpiącej twarzy młodej kobiety na resztę jej ciała. Dopiero teraz zwrócił uwagę na jej filigranową figurę. Jego towarzyszka była przeciętnego wzrostu, lecz posiadała niezwykle szczupłą sylwetkę. Najwyraźniej ostatnio jej były szef płacił jej niewiele, więc nie mogła sobie pozwolić na solidniejsze posiłki. Ovil zaczął się zastanawiać jak taka kruszynka utrzymałaby się podczas takiego huraganu jaki przeszedł tędy dwa dni temu. Wydawało mu się, że wystarczyłby mocniejszy poryw wiatru, by straciła równowagę i została porwana.
Jakby na zawołanie do nory wpadł podmuch rozpędzonego powietrza. Nie było ono jednak tak lodowate jak ostatnio. Tym razem mężczyzna poczuł przyjemne ciepło na twarzy, Szła odwilż, co było dobrym znakiem dla nich, dzięki temu podróż do Occidenell będzie znacznie łatwiejsza. Do miasta, jak przypuszczał dzielił ich zaledwie dzień, może dwa dni drogi. Mógł się jednak mylić w końcu nigdy nie był w tych okolicach.
Wtem pod przeciwległą ścianą nory, gdzie leżała dziewczyna dostrzegł jakiś ruch. Podszedł bliżej by sprawdzić, co się dzieje.
- Gdzie ja jestem? – wyszeptała, jakby do siebie czarnowłosa, siadając i niemrawo rozglądając się dookoła.
- Witaj, Texanna. Lepiej się czujesz? Pamiętasz cokolwiek?  - spytał dźwięcznym głosem.
- Kim jesteś? Skąd znasz moje imię?! – krzyknęła dziewczyna z przerażeniem odkrywając, że nie jest sama i nerwowo odsunęła się od niego.
- Ciii… spokojnie –jedną rękę wyciągnął przed siebie, drugą przyłożył w wymownym geście do ust, aby ją uciszyć – jestem Ovil. Byłem gościem, w gospodzie gdzie pracowałaś. Pamiętasz? Potem był napad…
-   … Rycerzy Zakonu, razem wyskoczyliśmy z okna i uciekaliśmy przed nimi. Potem ja zwichnęłam kostkę, Ty zostałeś walczyć z nimi, a ja zaczęłam uciekać dalej – dokończyła za niego, ale po chwili dodała – ale więcej nie mogę sobie przypomnieć.
- Nic dziwnego, byłaś dwa dni nieprzytomna.
- Co takiego? – dziewczyna spojrzała na niego ze zdumieniem.
W odpowiedzi Ovil wzruszył jedynie ramionami, spojrzał na otwór w ziemi, przez który docierało do nich słońce  i usiadł obok niej.
- Rozumiem – odparła dziewczyna.
- Póki co, musimy się stąd zmywać. Żołnierze chyba cały czas krążą po okolicy i w każdej chwili mogą nas znaleźć. Udamy się do Occiedenell i tam się rozstaniemy. Nie mogę cię dłużej narażać. Znasz tam kogoś, u kogo mogłabyś zamieszkać?
- Oczywiście. Wychowałam się tam. Co prawda moi rodzice już nie żyją – tu Texanna urwała ze smutkiem na chwilę i odwróciła głowę w ten sposób, by jej rozmówca nie widział jak do oczu podchodzą jej łzy.
- Przykro mi.
- Nie szkodzi. Każdego to kiedyś czeka – w jej głosie zabrzmiała nuta tęsknoty i żalu – wracając do tematu, z tego co wiem w mieście mieszka jeszcze mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, Roteg. Myślę, że mogłabym u niego przez jakiś czas pomieszkać. Przynajmniej dopóki nie znajdę nowej pracy i własnego kąta – spuściła głowę ze smutkiem, dopiero teraz docierały do niej ponure konsekwencje, tego, co się wydarzyło.
- Spokojnie, Texanna. Przepraszam, to wszystko przeze mnie. Wynagrodzę ci to jakoś.
- I tak już Ci coś zawdzięczam. Gdybyś ich nie zatrzymał pewnie bym już nie żyła – uśmiechnęła się niepewnie.
-Może. Póki co musimy ruszać – Ovil wstał i wdrapał się po stromym wejściu do jaskini.
Nieznacznie wychylił się na zewnątrz. W pobliżu nie dostrzegł niczego podejrzanego, nie słyszał też żadnego nieprzyjaznego odgłosu żołnierskich buciorów.
- Nie ma ich – spojrzał w stronę Tex i przynaglił ją ręką.
Ta podniosła się i chciała już zrobić pierwszy krok w jego kierunku, lecz w tym samym momencie przypomniała o sobie zwichniętej kostce.
- Auć – szepnęła, ale próbowała iść dalej.
Ovil zaklął cicho pod nosem, tak by dziewczyna nie słyszała i szybko podbiegł do niej.
-  Zapomniałem o twojej nodze. Właź – rzucił szorstko, odwrócił się plecami i przykucnął.
Tex spojrzała na niego z zaskoczeniem.
- Nie mamy czasu, a tylko tak nie będziesz nas opóźniać.
Nie mając dużego wyboru wdrapała się na jego sporych rozmiarów plecy i mocno objęła jego szyję.
- Nie jestem za ciężka?
- To Ty już na mnie jesteś? Nic nie poczułem – odpowiedział z przekąsem.
-Podrywacz - Tex zmrużyła jedynie oczy i cichutko zachichotała.
- Trzymasz się mocno? – spytał nie komentując tej uwagi.
- Tak.
- To ruszamy – odpowiedział i ponownie zbliżył się do wejścia.
Wokół jaskini wciąż na szczęście nie działo się nic podejrzanego, dlatego też mężczyzna nie zastanawiając się zbytnio wyszedł na zewnątrz i skierował się na południowy – wschód w głąb wypustki  Starego Boru. To właśnie tam miał, według jego mniemania, znajdować się gościniec prowadzący do miasta, z którego pochodziła Tex.
Czekał ich przynajmniej dzień drogi przez gęsty las. Co prawda, drzewa nie tutaj rosły tak blisko siebie jak chociażby w okolicy chatki starego opiekuna Ovila, pomimo tego wędrówka wcale nie należała do najprzyjemniejszych. Nic dziwnego, w końcu według legend Ludarvii pierwsze drzewo w Starym Borze zasadził bóg urodzaju, słońca, harmonii i stwórca tegoż świata, Tworswat. To właśnie dzięki tej boskiej interwencji las był aż taki gęsty i różnorodny. Niestety, w czasach Ovila i Texanny nie cieszył on oka tak bardzo jak ich przodków. W dawnych czasach, przed panowaniem okrutnej Cesarzowej Nixavii, okolica ta tętniła życiem i wręcz ociekała różnymi odcieniami zieleni. W puszczy było pełno zwierzyny, a w runie można było się natknąć na grzyby, jeżyny oraz inne leśne owoce. Teraz po lesie krążyły jedynie wygłodniałe drapieżniki szukające łatwego łupu, a z szmaragdowego raju zostały jedynie poszarzałe już od długich, mroźnych lat igły sosen, świerków oraz jodeł. Część z nich leżała już na ziemi, pokonana bądź przez starość, huraganowe wiatry lub tony śniegu, zagradzając drogę zagubionym podróżnym, którzy odważyli się zagłębić w Stary Bór, tak jak uciekinierzy z gospody „Pod Śpiącym Puszczykiem”.
- Ovil – nieśmiało za jego pleców odezwał się piskliwy głosik, który idealnie pasował do właścicielki.
- Tak?
- Nie masz ochoty odpocząć?
- Niezbyt się zmęczyłem – odpowiedział, bez większego wysiłku przekraczając kolejny zwalony pień na ich drodze.
- Bo widzisz, chyba kojarzę gdzie jesteśmy. Niedaleko tu jest polanka i…
- Znasz te okolice? – tym razem Ovil nie krył zdziwienia.
- Tak. Przecież mówiłam ci, że wychowałam się w Occidenell. I zdarzyło się raz czy dwa wymknąć się do Boru – na twarzy Tex wymalowała się mina niewiniątka, a jej towarzysz musiał przyznać, że wyglądała całkiem słodko, ale nie dał się zwieść pozorom:
- Raz czy dwa, tak?
- Dobra, może więcej, ale to stare czasy. A ty skąd pochodzisz?
- Hm – Ovil odwrócił wzrok i skutecznie udał zamyślenie, zastanawiając się, na ile może dziewczynie zaufać  - dorastałem u drwala w zachodnich krańcach Starego Boru.
- Ooo, to pewnie dlatego jesteś taki wytrzymały i silny.
- Eee, dzięki – rudzielec nieco zmieszał się na te słowa, gdyż jako samotnik, nie nawykł do komplementów, postanowił więc szybko zmienić temat – To gdzie jest ta polana?
- W tamtą stronę – wskazała po krótkim namyśle Tex.
Rzeczywiście po kolejnej godzinie marszu znaleźli się na skraju niewielkiej, polanki w kształcie jaja. Ovil spojrzał w niebo, które było już koloru ciemnego lazuru, co oznaczało, że pora pomyśleć o noclegu.
- Cóż, wygląda na to, że pora zorganizować sobie w miarę bezpieczne miejsce do spania – spojrzał na nieco przerażoną Texannę.
- Chcesz nocować pod gołym niebem?
- Tak – odparł, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- Przecież my tu zamarzniemy!
- Spokojnie. Zanim się poznaliśmy, już nie raz tak nocowałem.
- Ale… .
- Texanna, nie panikuj – powiedział delikatnie zdejmując dziewczynę z ramion i stawiając na ziemi, widząc jej niepewny wyraz twarzy, szybko poszperał w kieszeni spodni i wyciągnął z niej osełkę – wiesz co to?
- Wiem. Osełka, ale jak chcesz rozpalić ognisko w śniegu?
-Drwale mają na to sposoby. A teraz poczekaj tu chwilę, muszę znaleźć trochę chrustu i innych rzeczy- nie czekając na odpowiedź dziewczyny zagłębił się w las.
Kruczowłosa pozostawiona sama sobie zaczęła powoli kuśtykać do najbliższego drzewa, usiadła, opierając się gruby pień jodły. Teraz spod warstwy śniegu wystawała jedynie jej popiersie. Podniosła oczy ku niebu. Już nieco ściemniało, lecz ciągle miało ten lekko szarawy odcień, którego tak bardzo nie lubiła. W pewnym momencie zrobiło jej się zimno, więc szczelniej otuliła się płaszczem Ovila. Jej niewielkich rozmiarów osóbka wręcz tonęła w nim, ale Tex ani trochę to nie przeszkadzało. W tym odzieniu było jej dość ciepło, zwłaszcza że przychodząc do pokoju Ovila wczorajszego ranka miała na sobie jedynie cienki golf i tak samo cienkie spodnie oraz fartuch.
Zaczęła zastanawiać się, kim jest jej towarzysz. Z tego co pamiętała, dowiedziała się o nim niewiele. Po pierwsze wychowywał go drwal w drugim końcu Starego Boru, po drugie ścigają go żołnierze Nixavii.  Poza tym, ma dziwne, lecz całkiem ładne żółte oczy, które są powodem jego kłopotów. W dodatku odniosła wrażenie, że Ovil jest bardzo nieufny i coś przed nią ukrywa. Za to potrafi nieźle posługiwać się mieczem, ma niezwykłą siłę i wytrzymałość, a także jest honorowy i co jej niezwykle imponowało, skromny.
- Tak. I potrafi obchodzić się z kobietami – mruknęła do siebie, wspominając innych gości gospody, którzy nieraz ordynarnie ją zaczepiali.
Rozejrzała się po okolicy, lecz w zasięgu wzroku wciąż nie było widać rudzielca. Westchnęła i z nudów zaczęła kręcić wokół palca jednego ze swoich loczków, wyglądała przy tym bardzo dziecinnie. Powoli zmęczenie ostatnich dwóch dni zaczęło się odzywać. Była coraz bardziej znużona i senna. Już prawie zamykała powieki, kiedy tuż przed sobą usłyszała nieprzyjazne warczenie. Momentalnie podniosła wzrok i zobaczyła przed sobą trzy pary krwistoczerwonych oczu lisów śnieżnych. W jednej chwili oprzytomniała i wyciągnęła zza paska sztylet, który zwykła mieć stale przy sobie.
- A sio! Wynoście się, wy, wy… bestie! Nie jestem smaczna! Sama skóra i kości! – krzyczała wymachując niepewnie bronią w kierunku śnieżnobiałych zwięrząt.
Lisy najwyraźniej niewiele sobie robiły z takiej obrony, gdyż wolno zaczęły zbliżać się do swej ofiary. Tex była coraz bardziej przerażona.
- Ratunku! – krzyknęła – Ovil !!! Pomocy! Spadaj, ty, ty, zwierzaku! – syknęła z paniką w głosie, gwałtownie kierując sztylet w kierunku lisa, który podszedł niebezpiecznie blisko – Ovil!
W tym momencie powietrze przecięła strzała celnie godząc jednego z lisów.
- Zostawcie ją! – z ciemności wyłonił się nagle rudzielec, który wbiegł między dzikie zwierzęta, przy okazji raniąc jednego z nich i zasłaniać sobą Texannę.
Najwyraźniej pojawienie się mężczyzny tylko rozwścieczyło bestie, bo nie czekając na dalszy rozwój wypadków rzuciły się w ich kierunku. Ovil szybkim blokiem odparł atak i sekundę później sam wyprowadził celny cios, zabijając drugiego lisa. Ostatnie zwierzę najwyraźniej spostrzegło się, że przeciwnik nie jest wcale taki łatwy, jakby się zdawało i zmieniło taktykę. Powoli zaczęło okrążać parę. Przewidując jego ruchy, Ovil zmienił szybko pozycję i zaatakował. Lis zręcznie odskoczył w bok, ale mężczyzna już wyprowadzał kolejny cios, lecz z drugiej strony zabijając ostatnią bestię. Odwrócił się do dziewczyny i stwierdził żartobliwie :
- Nawet na chwilę nie można cię spuścić z oczu.
- Dziękuję – powiedziała, tak jakby nie słyszała zdania, które przed chwilą wypowiedział.
- Tylko tyle? – spytał, ale zanim zdążył się zorientować, Texanna rzuciła mu się na szyję, przy okazji obdarzając go dużym całusem w policzek – cóż, nie ma za co – dodał po chwili, uwalniając się z jej uścisku.
Tex opadła bezwładnie na drzewo i spojrzała w kierunku swojego wybawcy.
- Pójdę po ten opał – już miał się odwrócić, kiedy dziewczyna złapała go za rękaw.
- Nie zostawiaj mnie samej – powiedziała błagalnym i przerażonym tonem.
- Texanna, zostawiłem go po drugiej stronie polany, zaraz wrócę.
- Ale, ale… ja się boję. A nie możemy tam przenocować?
- Dobrze, już dobrze, chodź – westnął Ovil i ruszył wolno w kierunku, gdzie w pośpiechu zostawił drewna.
Kiedy dotarli na miejsce, Texanna zobaczyła w śniegu rozrzucony stos gałęzi i kamieni. Podeszła do pobliskiego drzewa, oparła się o nie i zaczęła się przyglądać poczynaniom Ovila. Mężczyzna schylił się i zaczął rozgrzebywać niemałych rozmiarów dziurę w śniegu i obkładać ją kamieniami na wysokość pokrywy. Kiedy to skończył w środku zaczął układać pokaźny stos drewna. Od razu można było dostrzec, że nie robi tego po raz pierwszy. Tex patrzyła na to z lekkim powątpiewaniem, ale gdy przed nią buchnął wielki, ciepły, przyjemny snop ognia nie kryła podziwu:
- Brawo!
- Ech, to nic takiego. Taki płomień powinien odstraszyć lisy.
-Jesteś pewny?
-Tak sądzę. Nie przejmuj się nimi. Nawet tymi martwymi.
Dziewczyna mruknęła jedynie coś pod nosem i spojrzała na drzewo, pod którym usiadła. Była to sosna. Jej igły były długie i twarde. W tym momencie w niewielkiej główce zakiełkował niezły pomysł:
- Ovil, umiesz oprawiać zwierząta?
- Tak, a co?
- To jutro z tych lisów zrobię sobie nowy płaszcz – stwierdziła wesoło i klasnęła z entuzjazmem w dłonie.
- Ciekawy pomysł. Ale to zrobimy rano, teraz chodźmy spać – odpowiedział, siadając obok dziewczyny – Dobranoc.
- Dobranoc. Ovil, a i mów do mnie Tex – szepnęła, zamknęła oczy i oparła się o jego ramię.
- Dobrze, Tex – odpowiedział cicho, ale nie zamknął oczu.
 ***
Spała spokojnie, kiedy nagle poczuła przyjemny zapach. Niespiesznie zaczęła rozchylać powieki. Niedaleko jej Ovil właśnie smażył na ułamanej gałęzi dwa soczyste kawałki mięsa.
- Lubisz dziczyznę? – spytał, kiedy dostrzegł, że dziewczyna już nie śpi.
- Jasne – odpowiedziała, przeciągając się.
- Proszę – podał jej patyk z dwoma udźcami – Powinny być już dobre.
- Dzięki – wzięła od niego jedzenie i po chwili dodała – za wszystko. Jak dotrzemy do Occidenell spróbuję ci się jakoś odwdzięczyć.
- Wystarczy jak mnie nie wydasz – powiedział smutno, nabijając kolejne porcje mięsa – tak przy okazji, znalazłem kilka ziół rano, powinny pomóc na tą twoją nogę.
- Nie sądziłam, że znasz się na zielarstwie – odpowiedziała, lekko zmieszana uczynnością mężczyzny.
Kiedy już zjedli śniadanie, Ovil zrobił Tex opatrunek z kawałka jej fartucha i uzbieranych leczniczych liści.
- To powinno uśmierzyć ból przy chodzeniu – skomentował – spróbuj wstać i przejść kilka kroków.
Kruczowłosa wstała nie pewnie i nieśmiało zrobiła krok do przodu. Ból w kostce pojawił się, ale nie był na tyle mocny, by stanowić specjalną przeszkodą w chodzeniu. Uśmiechnęła się słodko do mężczyzny:
- Działa – zrobiła jeszcze kilka kroków, podchodząc do jednej sosen i urwała dwie igły – teraz do roboty.
Rudzielec widząc, że Texanna naprawdę zamierza uszyć sobie ubranie, wzruszył jedynie ramionami i zaczął sobie czyścić broń.
Po kilkunastu godzinach wspólnego milczenia, płaszcz był niemalże gotowy. Tex podniosła swoje dzieło do góry i przymierzyła. Pasował idealnie.
- Hehe… to teraz będę podróżował z głową – zaśmiał się Ovil, na jej widok.
Po chwili dołączyła do niego dziewczyna, spostrzegając, że jej odzienie prawie doskonale zlewa się z otoczeniem, czyniąc ją niewidzialną.
- To co, idziemy? – spytała.
Ovil popatrzył w niebo, chcąc zgadnąć ile im zostało do końca dnia.
- Chyba nie zdążymy przed zachodem słońca. Spędzimy tutaj jeszcze jedną noc, a z samego rana ruszamy – zawyrokował rzeczowym tonem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz