Wertiana


Legendy Wertiany

Wertiana, jeden z kontynentów Świata Ósmego Wymiaru i jeden z dwóch w pełni zamieszkany, podczas gdy pozostałe, szczęśliwe, że jeszcze nie zostały naruszone i przekształcane działalnością istot rozumnych. Wyjątek spośród nich stanowi Lorfitien. Z tej krainy radości i nieśmiertelności elfy przybywają na Wertianę, a gdy sprzykrzą im się przygody i zmartwienia śmiertelnych ras, odpływają na wypełniony pokojem i szczęściem swój ojczysty ląd. Wody, rozdzielające te dwa najważniejsze kontynenty dzięki tym wojażom zyskały nazwę Oceanu Odnowionego Życia. 

Statki elfów, przybywające na Wertianę, przybijają do Zielonej Przystani w Zatoce Gartemir. Stąd elfy wyruszają Szmaragdowym Szlakiem do Ceintiren, miasta, które wybrały na swą stolicę na tym kontynencie, a państwo, które tu założyli zwie się Troudien. Kraj ten jest w całości pokryty starą puszczą, która pamięta jeszcze czasy, kiedy żadna stopa nie dotykała wertiańskiej ziemi. Za lasem, wyznaczającym jednocześnie granice Troudien, rozciąga się step, zarówno na północ, jak i na południe. 

Natomiast na wschodzie majaczą się groźne Góry Greterth, w których krasnoludowie wydobywają ze swoich kopalni złoto, srebro oraz inne metale i drogie kamienie. Główne miasto ich królestwa, wykute we wnętrzu gór, nazywa się Twerir. W nim gromadzone są skarby wydobyte z odległych krańców Greterth i jest to jedyne miasto dostępne przedstawicielom innych ras. Wejście w dalsze korytarze podziemnego państwa grozi albo śmiercią głodową, bowiem w labiryncie tuneli bez dobrego przewodnika łatwo się zgubić, albo przez ścięcie toporem za próbę naruszenia górskich skarbów. Krasnoludowie, z pozoru groźni i nieobliczalni, są jedynie dumni i chciwi, lecz skłonni wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do dobrej, długiej i hucznej zabawy zakrapianej hojnie ich ulubionym trunkiem – lekko schłodzonym piwem z domieszką karmelu. 

Na powierzchni królestwo krasnoludów okalają ziemie należące do ludzi. Również nimi rozporządza król, a nazwa jego państwa zwie się Eidoin. Siedziba króla znajduje się w otoczonym potężnymi murami grodzie Egomain. Pomimo swej wysokiej rangi, nie jest to jednak najliczniejsze i najbogatsze miasto w państwie. Poprzedni królowie nie przenieśli jednak stolicy z powodu wielowiekowej tradycji, która jest bardzo bliska sercu każdego Eidończyka, a złamanie jej grozi nawet wybuchnięciem zbrojnego buntu.
 
Centrum handlowe całej Wertiany stanowi barwne Elkroin. Jego przepych i potęga wyrosły na wymieszaniu się trzech różnych kultur: elfiej, krasnoludzkiej i ludzkiej. Dlatego społeczność tego miasta zawsze łączyła w sobie przedstawicieli wszystkich ras zamieszkujących Wertianę. Oprócz często spotykanych ludzi, elfów czy krasnoludów można tam spotkać przedstawicieli innych nacji: hobbitów, zwanych powszechnie niziołkami, których maleńkie państewko leży o kilkanaście dni jazdy konnej od Elkroin, a także wodników, mających swoje ukryte i niezbadane królestwo w odmętach rzeki Gremaniny. Również czasami, choć niezwykle rzadko, można natknąć się w grodzie na centaura, przybysza z odległego południa, a mianowicie z oazy Prenteir.
 
Znajduje ona się pośrodku pustyni Sefrath, rozciągającej się za Gremaniną. Pustynia jest jedną z najniebezpieczniejszych krain Wertiany. Z pozoru piękna i majestatyczna, potrafi być równie groźna. Często nawiedzają ją silne wiatry, powodujące złociste burze, Zreteir, jak zwą je centaury, które zdolne są w swym gniewie zasypywać całe karawany. Ponadto na śmiałków, ważących się zapuścić w te tereny, czyhają czieeny. Te bladożółte psy z czarnymi prążkami i święcącymi czerwonymi ślepiami, atakują całym stadem, liczącycm około dwudziestu wygłodniałych bestii bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Lecz nie niebezpieczeństwa pustyni spędzają sen z powiek stworzeniom zamieszkującym Wertianę, ale zło płynące z północno-wschodnich krańców kontynentu, czyli z mokradeł Grindeth… 

Dawno, dawno temu na niedostępnych, grząskich terenach Greideth osiadł czarodziej władający niezwykle potężną magią. Wszyscy dziwili się, dlaczego wybrał samotność a nie możliwość dostatniego życia wśród mieszkańców któregoś z prężnie rozwijających się miast Eidionu. Mag jednak nie zamierzał się zwierzać się nikomu z powodów takiej, a nie innej decyzji. Oprócz małego  chłopca, którego zabrał ze sobą na mokradła, aby przekazać mu swoją ezoteryczną wiedzę i uczynić go dziedzicem sztuki magii. Tak też się stało.

Malec dorósł i nauczył się równie zręcznie posługiwać się tajemniczymi formułami zaklęć jak jego mistrz. Jednak odcięcie się od zewnętrznego świata i przebywanie jedynie w towarzystwie bardzo sędziwego nauczyciela, wpływało na niego niekorzystnie. Stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie, nie wykorzystując w pełni posiadanej przez siebie mocy. Ta magiczna siła kumulowała się w nim z każdą chwilą, i ciągle nie mogła znaleźć upustu.
 
Aż pewnego dnia młody uczeń pokłócił się ze swoim mistrzem. Doszło do wielkiego pojedynku, który jak się później miało okazać, zaważył na losach całego świata. W dalekim Egomain tego wieczora do późna w nocy widać było na wschodzie wielkie rozbłyski kolorowego światła. Moc nagromadzona przez okres dojrzewania chłopca wtedy właśnie znalazła ujście: uczeń zabił swojego wieloletniego opiekuna i przewodnika po świecie magii.
 
Mimo tej energochłonnej zbrodni młody mężczyzna czuł, że zostało mu jeszcze całe mnóstwo niewykorzystanej siły. Młodzieniec nerwowo rozglądał się nad możliwością jej spożytkowania. Nagle jego wzrok zatrzymał się na źródle malutkiego światełka, płynącego z zachodu.
 
Najpierw wydało mu się ono jedną z tysięcy gwiazd na niebie, ale po chwili uświadomił sobie jego prawdziwe pochodzenie. Wróciły bolesne wspomnienia: to było miasto, które wydało go w ręce czarodzieja, przekreślając wszystkie dawne przyjaźnie i całe jego dzieciństwo! Wzbierająca fala nienawiści na nowo wyzwoliła jego magię. Wyciągnął machinalnie prawą dłoń i otworzył ją. Nagle z jej środka wystrzeliło w niebo krwistoczerwone światło, pędzące z zawrotną prędkością w stronę Egomain. Młodzieniec patrzył, jak światło pędzi nad gród i jak na niego opada. Wbrew pozorom jego moc nie była aż tak wielka, aż tak potężna, by bezpośrednio zagrozić miastu. Nie sądził, że tak wiele jej wykorzystał, aby zabić mistrza.

Jednakże czar został już wypowiedziany, a śmiercionośne światło wystrzelone. Zaklęcie istniało, czy tego chciał, czy nie. Konsekwencje musiały więc nastąpić. Nieważne, że nie do końca były one zgodne z pierwotnym założeniem twórcy. Magia ta była przepełniona nienawiścią do świata i do tego, co dobre oraz piękne w swej dobroci, czyli do tego, co mu tak brutalnie zabrano jako jeszcze małemu chłopcu.
 
Bordowe kropelki resztki czaru opadły już na ziemię, wypalając w niej dziurę wielkości dorodnego jabłka, ale jednocześnie stwarzając siedem kryształów o różnych barwach: czarnej, przezroczystej, zielonej, żółtej, czerwonej, błękitnej i fioletowej. Po chwili wszystkie uniosły się w powietrze, wirując zaciekle. Po chwili znikły one z oczu maga, jednak w tym samym momencie coś zimnego zawisło na jego rozpalonej od emocji szyi. Na zniszczonej w zaciętym pojedynku szacie, na srebrnym wisiorku znajdował się kruczoczarny kryształ, największy z powstałej siódemki. Mężczyzna zaczął mu się uważnie przyglądać. Był piękny, wspaniale błyszczał w blasku księżyca i gwiazd.
Wtedy jakaś nieznana siła niespodziewanie wciągnęła go do wnętrza kryształu. I zobaczył swoje dzieło. Wielkie, szare i zakapturzone postacie sunęły tuż nad ziemią. Niby bez twarzy, lecz spod spod ciemnego kaptura można było dostrzec dwa czerwone światła, tak samo intensywnie jak smuga czaru, który niedawno został rzucony przez młodzieńca. Postacie atakowały wszystkich, którzy nie znaleźli w porę schronienia w swoich domach. Zabijały bez wytchnienia i litości. Zdawało się już, że unicestwią całą Wertianę w taki sposób, aby zemsta maga mogła się dopełnić.

Przeznaczenie nie mogło jednak dopuścić do takiego końca. Nagle zaświeciło, zupełnie nieproszone wschodzące słońce, oślepiające czarnoksiężnika i kończące morderczą działalność Upiorów Nocy, jak później zaczęto nazywać zjawy, gdyż pojawiały się jedynie po zachodzie słońca. Młodzieniec ocknął się. Wciąż znajdował się na mokradłach. Wstając, otrzepał się z błota, a następnie pogroził pięścią miastu, którego nie udało mu się zniszczyć. „ To dopiero początek naszej wojny”- pomyślał i udał się w kierunku swej kryjówki, spowitej gęstą mgłą unoszącą się nad bagnami. A czarny kryształ wciąż złowieszczo połyskiwał na jego piersi.



Przepowiednia
 

Był rześki poranek, gdy do brzegów Wertiany zbliżyło się kilka majestatycznych, wielkich, elfickich statków, które pomimo swego ogromu zadziwiały każdego swoją lekkością i zwrotnością. Te przedziwne właściwości zapewniały im długowieczne tradycje budowniczych z Lorfitien, ale przede wszystkim treilein, drewno, z którego zostały wykonane.
Białe, niczym świeży śnieg, żagle okrętów trzepotały na wietrze, grając jedną z morskich pieśni znanych tylko im. Wkrótce przerzucono pomosty na brzeg, a z każdego ze statków zaczęła wysiadać spora liczba mieszkańców elfiego raju, jak nie raz nazywano Lorfitien. Przybysze początkowo przystawali na brzegu, chcąc jeszcze raz spojrzeć w kierunku swojej ojczyzny, po czym kierowali się na Szmaragdowy Szlak, prowadzący w głąb pradawnego lasu. Podobnie postąpił też pewien zielonooki elf o długich, kasztanowych włosach. Odziany w ciepły, ciemnozielony płaszcz skierował się w kierunku starej puszczy.
Nie planował długo zabawić na Wertianie. Zwyczajnie stęsknił się z swoimi przyjaciółmi, którzy bardziej lubowali się w przygodach śmiertelników niż on. To miała być „krótka”, kilkumiesięczna wizyta. Ubranie zapewniało mu ochronę przed ciekawskimi oczami ludzi, hobbitów, i krasnoludów. Nie, nie miał żadnych rasowych uprzedzeń, ale nie przepadał za przedstawicielami innych ras. Nigdy nie potrafił i nie starał się ich zrozumieć. To właśnie odpychało go od Wertiany. Tymczasem słońce wznosiło się coraz wyżej, a zielonooki elf podziwiał budzący się z zimowego snu las. Na niektórych gałęziach rozwijały się już pierwsze liście. Ptaki świergotały zawzięcie krążąc pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami i wyczyniając niezwykłe powietrzne akrobacje. Gilfras, bo wędrowiec tak miał na imię, zamknął oczy i uśmiechnął się. To była jedna z rzeczy, która naprawdę podobała się mu na Wertianie – przyroda. Przeniósł się myślami na Lorfitien. Minął zaledwie miesiąc, kiedy po raz ostatni widział jego brzeg. Uśmiech na twarzy stał się jeszcze szerszy. Uwielbiał powracać do czasu, który tam spędzał. Elf otworzył oczy i spojrzał w dal, pomiędzy drzewa. Nagle coś błysnęło wśród otaczającej go zieleni. Nigdy wcześniej nie zwróciłby na coś takiego uwagi, ale tym razem było inaczej. To coś go zaintrygowało. Zboczył z wytyczonej przez lata elfich wędrówek ścieżki. Przeczuwał, że postępuje nierozważnie. Jednak pragnienie zbadania tej rzeczy było silniejsze. Nawet nie był pewny, czy to było tylko „pragnienie”. Raczej jakaś niewidzialna, magiczna siła, której nie mógł się oprzeć żadną miarą. W końcu dotarł do miejsca, skąd pochodziły dziwne błyski. Jeszcze raz się rozejrzał. W pierwszej chwili nic nie dojrzał. Starał się jak najbardziej wysilić swoje zmysły. Niestety, na próżno. Miał już zawracać w kierunku Szlaku, kiedy znowu zauważył migotanie wśród traw. Tuż pod stopami Gilfrasa leżał malutki klejnot emanujący magiczną, szmaragdową poświatą, która co pewien czas zwiększała się i zmniejszała. Mimowolnie podniósł kamień. Obejrzał go. Był mały, ale jakże piękny. Nagle elf poczuł się dziwnie. Jakby coś skręcało się wewnątrz niego, a potem ciągnęło go w dół, wprost do środka kryształu. 

Niespodziewanie znalazł się na uliczce w jakimś mieście. Do jego uszu zewsząd dochodziły przerażone krzyki i płacz. Wszystko było skąpane w ognistej czerwieni wielkiego pożaru, będącego jedynie tłem dla brutalnej rzezi, dokonywanej przez nieznane mu szare, zakapturzone postacie. 
- Nie! Zostaw ich!!! - Gilfras krzyczał z całych sił i z przerażenia. 
Nieznane mu szare postacie sunęły w kierunku jego przyjaciół, trzymając w ręku obnażone miecze z zielonymi rękojeściami, skąpane we krwi poprzednich ofiar. Elf wyciągnął swoją broń. Chciał zadać cios, ale ostrze miecza przeszyło jedynie powietrze. 
- Co?! - zdziwił się. 
Magia nie była obcą mu sztuką, lecz z taką jej postacią nie spotkał się nigdy. W tym samym momencie znów zaczęło go skręcać w środku. Ból był znacznie silniejszy niż poprzednio. Gilfras jęknął i zamknął oczy. Gdy je na nowo otworzył, leżał na ziemi, ciężko dysząc. Wstał powoli i niepewnie. W dłoni cały czas trzymał zielony kamień. Elf spojrzał ze strachem na przedmiot. Nie zmierzał go zostawić. Nie mógł go zostawić. Bez właściciela mógł narobić jeszcze więcej szkody, niż tylko porządnie kogoś wystraszyć. Jednak z drugiej strony bał się zabrać go ze sobą. Nie miał pojęcia, jaką jeszcze moc skrywa jeszcze w sobie ten klejnot. Miał jednak przeczucie, że wyrzuty sumienia nie dadzą mu ani chwili wytchnienia, dlatego schował zielony kryształ do kieszeni. 
Spojrzał w górę. Sklepienie zaczynało robić się rumienić niczym zawstydzona niewiasta, co było niewątpliwym znakiem zmiany warty na niebieskim firmamencie. Niedługo, zamiast jasnego blasku ciepłego słońca, pojawi się jedynie blade, nikłe światło księżyca. 
Myślałem, że trwało to znacznie krócej - pomyślał głośno z przerażeniem, ale nie panikował. 
Zdawał sobie jednak sprawę, że na świecie istnieją przeróżne rodzaje zaklęć, które mają jeszcze bardziej nieprzewidywalne skutki. W tym momencie nie pozostało mu nic innego, jak tylko udać się w stronę Ceintiren.
Nie zamierzał wracać już na Szmaragdowy Szlak, oznaczałoby to niepotrzebną stratę czasu. Na szczęście las Troudien znał dobrze jeszcze z lat, kiedy był jedynie wyrostkiem. Gilfras nie urodził się jak większość elfów na Lorfitien, lecz na Wertianie. Dopiero(albo według ludzkiej miary aż), gdy miał czterdzieści lat, przeniósł się na tamten kontynent, który pokochał swym całym, elfim sercem.
 Pośpiesznie przemykał pomiędzy kolejnymi drzewami w kierunku miasta. Robiło się coraz ciemniej, a tym samym bardziej tajemniczo i złowieszczo. Gilfras lubił ten zwykle spokojny las, jednakże w tym momencie przyprawiał on o dreszcze. Nerwowo rozejrzał się dokoła, jakby spodziewając się ataku nieznanej mu siły w każdej chwili. Łuk trzymał cały czas napięty, ale wokół panowała cisza, ani jednego szelestu liści, ani jednego trzasku łamanej gałązki. Mimo to przybysza nie opuszczało wrażenie, że ktoś go obserwuje i w dodatku nie ma dobrych zamiarów wobec niego. 
I nie mylił się: 
- Zostaw go! Nie należy do ciebie. Nie należy do sił Mina’at’a. - do uszu Gilfrasa dobiegł ochrypły, demoniczny głos. 
Zatrzymał się i zaczął rozglądać się za jego właścicielem. Nie dostrzegł jednak nikogo. Natomiast poczuł za sobą dziwne zimno, które przenikało każdą komórkę jego ciała. Owszem, powietrze tego wieczora było mroźne, ale ten chłód przejmował go całego, tak bardzo, że czuł wszystkie swoje kości i to pod ciepłym płaszczem z Lorfitien. Powoli zaczął się odwracać. Gdy to uczynił, od razu tego pożałował. Przed jego oczyma niespodziewanie wyrosła wielka, szara, zakapturzona postać, która właśnie mierzyła w niego zielonym mieczem. Wyglądała identycznie jak te, które widział w krysztale. W innym przypadku podjąłby walkę, ale jedyne, co mógł teraz zrobić, to szybko sparować cios i uciekać przed śmiercią, o której nikt by się nie dowiedział. Nie zamierzał tak zginąć. Nie mógł do tego dopuścić, a jedynym sposobem na przeżycie była teraz właśnie próba ucieczki. W walce nie miałby szans. Żyjąc na spokojnym Lorfitienie odwykł od walki, przez co jego umiejętności pozostawiały wiele do życzenia. 
Upiór wciąż niestrudzenie sunął za nim, jakby nie czuł zmęczenia. Natomiast przerażony elf coraz bardziej dotkliwiej je odczuwał. Stracił rachubę czasu. Dystans pomiędzy ofiarą a koszmarnym myśliwym zaczynał się powoli zmniejszać. Elf ścisnął kamień jeszcze bardziej, niż dotychczas. Ten znowu zaczął się jarzyć swoim niezwykłym światłem. W tym samym momencie chłód zniknął. Gilfras odwrócił głowę. W jednej chwili zatrzymał się i stanął jak wryty, wpatrując się w pusty las. Za nim nie było nikogo. Żadnego śladu Upiora. Rozejrzał się niepewnie, lecz nigdzie nie dostrzegł szarej, zakapturzonej postaci. Odetchnął z ulgą i rozluźnił uścisk. Znowu poczuł dotkliwe zimno. 
- Czyżby ten kamień miał nad nim władzę?- pomyślał i natychmiast zacisnął dłoń. Ociepliło się. Instynkt podpowiadał mu, że jest bezpieczny. Niezwłocznie ruszył dalej w kierunku miasta.
***
Zimne, poranne powietrze delikatnie szczypało Gilfrasa w twarz. Wędrował teraz uliczkami Ceintiren, jeśli tak można nazwać dużej szerokości ścieżki wytyczone pomiędzy drzewami. Mieszkania elfów, nie mieściły się na ziemi, lecz na tahronach, drzewach o niewyobrażalnie grubym i długim pniu, który rozgałęział się dopiero na wysokości kilkudziesięciu metrów nad ziemią. Właśnie dzięki temu elfy budowały swe domy nie na ziemi, lecz wysoko pod szmaragdowymi koronami drzew. Wchodziło się do nich przez upuszczane drabinki, które były dodatkowo wzmocnione, aby służyć przez długi czas. Kolejne domy były połączone ze sobą drewnianymi pomostami, także gdyby sąsiedzi pragnęli wspólnie spędzić trochę czasu, nie musieli schodzić na dół i z powrotem wspinać się na następne tahrony. Natomiast w dolnym mieście znajdowały się jedynie pomieszczenia użyteczności publicznej, z których największym zainteresowaniem cieszył się Plac Leśny, który po prawdzie był wielką polaną pośrodku Ceintiren. Znajdował się na nim również targ, na którym każdy mógł wystawić swoje towary na sprzedaż, a także spotkać się ze znajomymi. W tym właśnie kierunku zmierzał Gilfras.
 Gdy w końcu dotarł na miejsce, zewsząd ogarnął go kolorowy tłum elfów oraz innych nacji. Z każdego zakątka Placu dochodziły Gilfrasa rozmowy, krzyki, śmiechy. Przybysz po chwili delektowania się wesołym gwarem zaczął się rozglądać w poszukiwaniu swojego przyjaciela z dzieciństwa, Celtima. Ostatni raz widzieli się pięćdziesiąt lat temu i Gilfras wcale nie był pewien czy pozna towarzysza zabaw i wojaży po Lesie Troudien.
 - Gilfras?! To naprawdę ty?- za jednego ze straganów wyłonił się wysoki elf o jasnych, prostych włosach sięgających mu do ramion i niebieskich oczach.
 - Witaj Lir’min’ie! Przybyłem odwiedzić stare kąty. Widziałeś może Celtima?- przybysz skinął lekko głową na znak pozdrowienia starego znajomego.
 - A jakże. Czeka na ciebie. O, tam – odpowiedział handlarz, ruchem głowy wskazując północno-wschodni róg Placu.
Gilfras uprzejmie pożegnał się z Lir’min’em i szybkim krokiem pomaszerował we wskazanym kierunku. Po niedługim czasie dostrzegł w tłumie dobrze mu znaną postać.  
 - Celtim! Jak miło cię znów zobaczyć! Jak ci się wiedzie?- na widok kruczowłosego elfa o ciemnej karnacji i oczach koloru fiołków szeroko się uśmiechnął i wyciągnął ramiona na powitanie.
 Celtim, nie odpowiedział od razu na pozdrowienie, jedynie przyjaźnie uścisnął swojego najlepszego przyjaciela. Kiedy panowie wreszcie się przywitali, na twarzy Celtima nagle radość ustąpiła miejsca głębokiemu smutkowi. Tradycją wśród elfów było, aby na takie pozdrowienie stwierdzić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, lecz dawny kompan Gilfrasa w obecnej chwili ani trochę nie uważał, że w kraju się dzieje dobrze. W końcu odparł:
 - Chciałbym powiedzieć, że dobrze, lecz wtedy skłamałbym.
 - Chyba rozumiem, o co ci chodzi.
 Celtim spojrzał ze zdziwieniem na Gilfrasa, pytając się w myślach:
- O czym on mówi? Przecież przybył zaledwie wczorajszego ranka… chyba, że… w nocy…, ale jakim sposobem mógł przeżyć? - ciemnowłosy elf skrzywił się delikatnie, po czym powiedział już głośno:
 - Lepiej tutaj o tym nie rozmawiajmy. I tak już za dużo zostało wypowiedziane. Chodź pogadamy o tym u mnie, na spokojnie.
 - Ale dlaczego?
 - Nie teraz. Później ci to wyjaśnię.- Celtim chwycił przyjaciela za rękę i poprowadził pomiędzy tahronami w kierunku swojego mieszkania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz