niedziela, 18 marca 2012

The Another Gene - cz.2

Witam, po przerwie! Niestety miałam naukę na poprawki, stąd nie było notek, ale już wracam. Dzisiaj postanowiłam pokazać Wam, drodzy Czytelnicy, kolejny odcinek przygód Magdy z TAG-u. Dla znawców SG - na potrzeby ficka musiałam umieścić wcześniej odkrycie genu. Rzecz jasna, wszystkie postacie oraz urządzenia oprócz Magdy i hmmm... pewnych urządzonek które dopiero pojawią się w przyszłym odcinku należą do MGM. Dobra formalności były pora na zabawę, czyli to co O'neill lubi najbardziej ;-). Zapraszam! Czekam na komenty!!!


Wojskowy Szpital Kliniczny w Krakowie

„Białe więzienie” – tak o swym położeniu myślała jedna z pacjentek szpitala. Krótko ścięta szatynka, mimo że czuła się już całkiem dobrze, ciągle nie dostawała wypisu do domu. Pielęgniarki i lekarz prowadzący sprawnie uchylali się od odpowiedzi. Na początku myślała, że wykryto u niej jakąś chorobę, ale szybko zmieniła zdanie. Zainteresował się nią, a raczej ludźmi, którzy ją napadli, wojsko, a ściślej wywiad. Chodziło im o broń, użytą w trakcie zajścia. Nie podobało jej się to. Może i lubiła filmy szpiegowskie, ale wiedziała, że bliższa współpraca może się dla niej źle skończyć. Wystarczy, że przestanie być potrzebna i… nie chciała nawet o tym myśleć.
Tymczasem leżała w biało-kremowym, szpitalnym łóżku, czytając jedno z kolorowych pism. Właśnie miała zacząć czytać artykuł o swoim ulubionym aktorze, gdy do pokoju weszła pielęgniarka i dwóch obcych mężczyzn. Jeden z nich, wyglądał na starszego, jego włosy zdążyła już przyprószyć siwizna. Jednak nie wydało się studentce, aby był w kiepskiej formie, wręcz przeciwnie. Z poprzednich „dziwnych odwiedzin” podobnych typów wnioskowała, że to pewnie jakiś oficer. Natomiast drugi mężczyzna, wyraźnie młodszy z ciemnymi włosami, nosił okulary i wyglądał na stereotypowego naukowca.
- To pułkownik Jack O’neill i doktor Daniel Jackson z Amerykańskich Sił Powietrznych. Chcieli z Tobą porozmawiać - oznajmiła siostra i zostawiła zdziwioną dziewczynę sam na sam z gośćmi.
- A-me-ry-kań-skich? Sił Powietrznych? No dobra, oficjalnie, to jest co najmniej dziwne - powiedziała Magda, patrząc to na pułkownika to na doktora, którzy zdążyli się już rozsiąść na sąsiednich łóżkach.
- I’m very sorry, but my English is quaite bad, so...- zaczęła nawijać kiepską angielszyczyzną. Ten język był jej piętą achillesową na studiach. Ale nie zdążyła dokończyć.
- Twój angielski jest świetny. A i wystarczy jak będziesz mi mówiła Jack - wtrącił pułkownik, uśmiechając się przyjaźnie. I to czystym polskim! Bez jakiegokolwiek cienia amerykańskiego akcentu!
- Powoli, mówicie po pol-sku?
- Tak - odpowiedział dr Jackson - Dzięki translatorom. Z resztą dość często używanym.
- Aaa… taki trick. No, ale niestety nie będę mogła pomóc. Wszystko już powiedziałam policji. Przykro mi - dziewczyna wzruszyła lekko ramionami.
Pułkownik i doktor wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Ale nam nie do końca chodzi o tamten napad – zaczął dr Jackson.
- Jak to?
- Cóż. Więcej szczegółów dowiesz się, gdy podpiszesz to - powiedział Daniel i podsunął jej kartkę. Magda spojrzała na nią i zamknęła oczy. Teraz, to się już naprawdę wpakowała w niezłe tarapaty. Przed nią leżała klauzula poufności.
- Yyy…a od kiedy Siły Powietrzne są tajnymi służbami? – Zagadała.
- No, praktycznie rzecz biorąc już dość długo… - zamyślił się pułkownik.
- Mniejsza z tym, i tak nie podpisze tego.
- No, nie mów, że nie chcesz wiedzieć, dlaczego tu przyszliśmy! – Jack przekrzywił głowę na bok.
- Nie. Nie chcę.
- Ale dlaczego?
- Z prostego powodu puł.. Jack. Wystarczy, że przestanę być potrzebna i… - Magda przejechała sobie palcem po szyi w wymownym geście.
- Nie przestaniesz być – studentka zrobiła zdziwiona minę na słowa, wypowiedziane przez doktora. – Jack, jak jej nie powiemy ogólnie o genie to nici z wypełnienia misji.
- Daniel!- Wrzasnął pułkownik.
- Zaraz, o jakim genie mówisz?- Studentka patrzyła z coraz to większym zdziwieniem na Jacksona.
- Podejrzewamy, że masz bardzo rzadki gen, pozwalający na uruchamianie pewnych urządzeń.
- Ale skąd wiecie?
- Nie wiemy, podejrzewamy. Aby, to stwierdzić na 100% musimy przeprowadzić badania u nas, w USA. Te urządzenia są nam wyjątkowo potrzebne. Zależy nam na tym i na Tobie.
- Dobra, jeszcze raz: to skąd te podejrzenia?
- Z wyników Twoich badań – do sali weszła wysoka, krótko ścięta blondynka.
- O! Sam! Może Ty ją przekonasz? My z Danielem nie dajemy rady – powiedział kiepsko udawanym błagalnym głosem pułkownik.
- Witaj, jestem major Samantha Carter, właściwie to czemu nie chcesz z nami pojechać? – Uśmiechnęła się do Magdy kobieta.
- No, jak to? Wystarczy, że przestanę wam być potrzebna. Z resztą, O.K. załóżmy, że się zgodzę i pojadę z Wami do tej Ameryki i co? Przecież ja studiuje, mam tu rodzinę i… nie tylko.
- Jeśli chodzi o uczelnię, nie martw się. Załatwimy Ci dziekankę albo jakąś wymianę międzynarodową – stwierdziła Sam – a jeśli chodzi o to, że przestaniesz być potrzebna w to wątpię. Co chwilę znajdujemy coś, co mogą uchronić tylko tacy jak Ty. Poza tym ci goście mogą tu wrócić, a my zapewnimy ci ochronę, rzecz jasna, jeśli podpiszesz.
- No dobra, a moja rodzina? Znajomi, przyjaciele?
- Powiesz im tą oficjalną wersję. Proste – wymyślił Daniel – np. że dostałaś się na wymianę.
- Nie, nie. Ja to muszę sama przemyśleć. Dacie mi czas?
- Jasne - rzucił Jack i wszyscy wyszli. Magda została sama rozmyślając nad tym czy wziąć długopis do ręki i zaryzykować.

                                                                              ***
Dwa dni później, Planty Krakowskie

Ostatnie ciepłe promienie zachodzącego wiosennego słońca wesoło muskały twarze spacerujących, także Magdy, która właśnie wracała z zajęć i postanowiła skorzystać z pięknej pogody i odreagować ostatnie przeżycia. Dużo się wydarzyło. To była jej pierwsza chwila relaksu od wyjścia ze szpitala. Przez pobyt tam narobiła sobie trochę zaległości i teraz musi wszystko nadrabiać. W dodatku dowiedziała się, że jutro jej grupa ma kolokwium z angielskiego. Nic dobrego to nie wróżyło, ale doskonale wiedziała, że jeśli nie uporządkuje myśli i spraw w głowie to będzie jeszcze gorzej. Teraz jednak rozkoszowała się trwającą chwilą. Śpiewające ptaszki, młode pączki na drzewach, ciepłe promienie słońca i ta cisza… CISZA?! Cisza na Plantach? Magda zaczęła się trochę nerwowo rozglądać, zastanawiając się, gdzie podziali się inni przechodnie. Nie zauważyła jednak nic podejrzanego. Wzruszyła ramiona i ruszyła dalej. Po chwili za nią rozległ się cichy trzask łamanej gałązki. Odwróciła się w kierunku, z którego dochodził dźwięk. . Zza drzewa mierzył do niej z „wężyka” jeden z goryli, którzy nie tak dawno ją napadli, dokładnie z tej samej broni co ostatnio. Sam miała rację, wrócili. Napastnik nacisnął spust i…
- PADNIJ!!! – Zza drzewa obok dziewczyny wyskoczył pułkownik, powalając dziewczynę na ziemię i ochraniając ją od strzału.
- Puł…
- Cicho. Carter, zdejmij go – powiedział i przyłożył jej palec do ust – za to drzewo. Szybko.
Pobiegli do najbliższego drzewa, a za innego major strzeliła serią z „wężyka” do napastnika, który nagle rozpłynął się w powietrzu.
- No, teraz skończ, jeśli chcesz – pułkownik uśmiechnął się do studentki.
- Skąd się…
- … wiedzieliśmy? Zdecydowałem się na obserwację ciebie. Znam aż za dobrze tych gości - Magda spojrzała pytająco na O’ Neilla, a ten jedynie odpowiedział z niewinnym uśmieszkiem – zabierali mi zabawki w piaskownicy.
Studentka spróbowała wyobrazić sobie małego Jacka i roześmiała się.
- I dlatego ich tak nie lubisz? – Spytała.
- To oficjalna wersja. A właśnie myślałaś o klauzuli?
- Ups… przepraszam, ale przez ten cały szpital, mam trochę zaległości i nie za bardzo miałam, kiedy się za to zabrać – zarumieniła się delikatnie.
- No, ale jak widzisz oni nie odpuszczają – powiedział zbliżający się do nich dr Jackson.
- Ale przecież on zniknął.
- Przyślą następnego – wtrąciła się major, która też doszła do nich.
- To ich jest więcej?
- Niestety – zakończył pułkownik.
Magda spuściła głowę. Praktycznie nie miała wyboru. Jeżeli tych gości jest więcej, to nie wyrobi. Ale jeśli to blef?
- Magda, spójrz mi w oczy, może i znamy się dopiero dwa dni, nie masz podstaw by mi ufać, ale… - Jack urwał, nigdy nie był dobry w tych klockach – od twojej decyzji, może zależeć o wiele więcej niż myślisz. Możliwe, że nawet więcej niż ja myślę.
Dziewczyna posłuchała go. Spojrzała w intensywnie brązowe oczy pułkownika, a co najważniejsze szczere. Takie miała przeczucie. Niby, w takich chwilach to przeczucie nigdy jej nie zawodziło, ale… teraz miała przed sobą oficera amerykańskiego wojska. Musieli go ćwiczyć. Jednak odkąd tylko sięgała pamięcią, zawsze to wyczuwała i to trafnie.
- Sama nie wiem – szepnęła, ciągle nie była zdecydowana, nawet po tym, co stało się dosłownie przed chwilą.
- Magda, oni nie odpuszczają nigdy. Przyślą wkrótce kogoś następnego. Nie opędzisz się od tych wielbicieli.
- Ale… jak nie będę wam potrze…
- Będziesz. I wiesz, co? Nie wiem, skąd mi się to bierze. Nie rozumiem tego, ale… polubiłem cię. A moją przyjaźń jest zdobyć wyjątkowo trudno. Jak nie wierzysz, możesz spytać Jacksona. I tak się składa, że ja moich przyjaciół nie krzywdzę i nie pozwalam, aby ich krzywdzono. Jasne? Więc, jeśli podpiszesz ten papierek, pojedziesz z nami, pomożesz i nagle staniesz się nie potrzebna to poruszę wszystkie kontakty, żeby nic ci nie zrobili. No, chyba, że puścisz parę. Łapiesz?
Magda uważnie wysłuchała pułkownika. Tym razem była pewna, że mówi serio. A skoro tak… to może jednak warto się zgodzić.
- Łapię, łapię. I ja też nie mam pojęcia, dlaczego, ale ufam pa.. Ci, Jack - zmieniła wersje widząc wyraz twarzy pułkownika – No, to co? Lecę z wami.
- A klauzula? – Przypomniał Daniel.
- Nie mam jej przy sobie. Ale jak wrócę do domu, złożę na niej podpis.
- O. K. To, co jutro z rana odlot? – Spytał Jack, przeciągając się.
- Nie! Ja mam jutro kolosa wieczorem! Nie chcę mieć większych zaległości – Magda skrzywiła się na propozycję.
- Ej, chyba nie jesteś kujonką?
- Nie jestem, tylko… - dziewczyna spuściła i pokręciła głową – doktorze Jackson może im to pan wytłumaczyć?- Spojrzała błagalnym wzrokiem na Daniela.
- Jack, jeden dzień nie zrobi tak wielkiej różnicy, a ona może sobie narobić sporych zaległości. Na takich studiach o to naprawdę łatwo.
- Dobra. Pojutrze o 8.00 pod terminalem odlotów. Z podpisaną klauzulą, jasne?
- Jak słońce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz