Po małych problemach technicznych ze sprzętem wracam. Dziś "Kroniki Ludarvii", wiem że część z Was nie może się już doczekać, więc nie przedłużam i zapraszam do czytania oraz komentowania!
Rozdział II
Pożyteczny napad
Ovil siedział z podkurczonymi nogami pod jedną ze ścian
nory. Głowę oparł na kolanach smętnie wpatrując się w dziewczynę leżącą po
drugiej stronie jaskini. Była całkiem ładna, długie ciemne jak smoła loki delikatnie
opadały na jej niezbyt dużą, owalną twarz. Czasami, kiedy uśmiechała się przez
sen, mężczyzna spostrzegł, że wtedy pojawiają się na niej śmieszne, wręcz
dziecięce dołeczki. Powoli jego wzrok przesunął się z śpiącej twarzy młodej
kobiety na resztę jej ciała. Dopiero teraz zwrócił uwagę na jej filigranową figurę.
Jego towarzyszka była przeciętnego wzrostu, lecz posiadała niezwykle szczupłą
sylwetkę. Najwyraźniej ostatnio jej były szef płacił jej niewiele, więc nie
mogła sobie pozwolić na solidniejsze posiłki. Ovil zaczął się zastanawiać jak
taka kruszynka utrzymałaby się podczas takiego huraganu jaki przeszedł tędy dwa
dni temu. Wydawało mu się, że wystarczyłby mocniejszy poryw wiatru, by straciła
równowagę i została porwana.
Jakby na zawołanie do nory wpadł podmuch rozpędzonego
powietrza. Nie było ono jednak tak lodowate jak ostatnio. Tym razem mężczyzna
poczuł przyjemne ciepło na twarzy, Szła odwilż, co było dobrym znakiem dla
nich, dzięki temu podróż do Occidenell będzie znacznie łatwiejsza. Do miasta,
jak przypuszczał dzielił ich zaledwie dzień, może dwa dni drogi. Mógł się
jednak mylić w końcu nigdy nie był w tych okolicach.
Wtem pod przeciwległą ścianą nory, gdzie leżała dziewczyna dostrzegł
jakiś ruch. Podszedł bliżej by sprawdzić, co się dzieje.
- Gdzie ja jestem? – wyszeptała, jakby do siebie czarnowłosa,
siadając i niemrawo rozglądając się dookoła.
- Witaj, Texanna. Lepiej się czujesz? Pamiętasz
cokolwiek? - spytał dźwięcznym głosem.
- Kim jesteś? Skąd znasz moje imię?! – krzyknęła dziewczyna
z przerażeniem odkrywając, że nie jest sama i nerwowo odsunęła się od niego.
- Ciii… spokojnie –jedną rękę wyciągnął przed siebie, drugą
przyłożył w wymownym geście do ust, aby ją uciszyć – jestem Ovil. Byłem
gościem, w gospodzie gdzie pracowałaś. Pamiętasz? Potem był napad…
- … Rycerzy Zakonu, razem wyskoczyliśmy z okna i
uciekaliśmy przed nimi. Potem ja zwichnęłam kostkę, Ty zostałeś walczyć z nimi,
a ja zaczęłam uciekać dalej – dokończyła za niego, ale po chwili dodała – ale
więcej nie mogę sobie przypomnieć.
- Nic dziwnego, byłaś dwa dni nieprzytomna.
- Co takiego? – dziewczyna spojrzała na niego ze zdumieniem.
W odpowiedzi Ovil wzruszył jedynie ramionami, spojrzał na
otwór w ziemi, przez który docierało do nich słońce i usiadł obok niej.
- Rozumiem – odparła dziewczyna.
- Póki co, musimy się stąd zmywać. Żołnierze chyba cały czas
krążą po okolicy i w każdej chwili mogą nas znaleźć. Udamy się do Occiedenell i
tam się rozstaniemy. Nie mogę cię dłużej narażać. Znasz tam kogoś, u kogo
mogłabyś zamieszkać?
- Oczywiście. Wychowałam się tam. Co prawda moi rodzice już
nie żyją – tu Texanna urwała ze smutkiem na chwilę i odwróciła głowę w ten
sposób, by jej rozmówca nie widział jak do oczu podchodzą jej łzy.
- Przykro mi.
- Nie szkodzi. Każdego to kiedyś czeka – w jej głosie
zabrzmiała nuta tęsknoty i żalu – wracając do tematu, z tego co wiem w mieście
mieszka jeszcze mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, Roteg. Myślę, że
mogłabym u niego przez jakiś czas pomieszkać. Przynajmniej dopóki nie znajdę
nowej pracy i własnego kąta – spuściła głowę ze smutkiem, dopiero teraz
docierały do niej ponure konsekwencje, tego, co się wydarzyło.
- Spokojnie, Texanna. Przepraszam, to wszystko przeze mnie.
Wynagrodzę ci to jakoś.
- I tak już Ci coś zawdzięczam. Gdybyś ich nie zatrzymał
pewnie bym już nie żyła – uśmiechnęła się niepewnie.
-Może. Póki co musimy ruszać – Ovil wstał i wdrapał się po
stromym wejściu do jaskini.
Nieznacznie wychylił się na zewnątrz. W pobliżu nie
dostrzegł niczego podejrzanego, nie słyszał też żadnego nieprzyjaznego odgłosu
żołnierskich buciorów.
- Nie ma ich – spojrzał w stronę Tex i przynaglił ją ręką.
Ta podniosła się i chciała już zrobić pierwszy krok w jego
kierunku, lecz w tym samym momencie przypomniała o sobie zwichniętej kostce.
- Auć – szepnęła, ale próbowała iść dalej.
Ovil zaklął cicho pod nosem, tak by dziewczyna nie słyszała
i szybko podbiegł do niej.
- Zapomniałem o
twojej nodze. Właź – rzucił szorstko, odwrócił się plecami i przykucnął.
Tex spojrzała na niego z zaskoczeniem.
- Nie mamy czasu, a tylko tak nie będziesz nas opóźniać.
Nie mając dużego wyboru wdrapała się na jego sporych
rozmiarów plecy i mocno objęła jego szyję.
- Nie jestem za ciężka?
- To Ty już na mnie jesteś? Nic nie poczułem – odpowiedział
z przekąsem.
-Podrywacz - Tex zmrużyła jedynie oczy i cichutko
zachichotała.
- Trzymasz się mocno? – spytał nie komentując tej uwagi.
- Tak.
- To ruszamy – odpowiedział i ponownie zbliżył się do
wejścia.
Wokół jaskini wciąż na szczęście nie działo się nic
podejrzanego, dlatego też mężczyzna nie zastanawiając się zbytnio wyszedł na
zewnątrz i skierował się na południowy – wschód w głąb wypustki Starego Boru. To właśnie tam miał, według
jego mniemania, znajdować się gościniec prowadzący do miasta, z którego
pochodziła Tex.
Czekał ich przynajmniej dzień drogi przez gęsty las. Co
prawda, drzewa nie tutaj rosły tak blisko siebie jak chociażby w okolicy chatki
starego opiekuna Ovila, pomimo tego wędrówka wcale nie należała do
najprzyjemniejszych. Nic dziwnego, w końcu według legend Ludarvii pierwsze
drzewo w Starym Borze zasadził bóg urodzaju, słońca, harmonii i stwórca tegoż
świata, Tworswat. To właśnie dzięki tej boskiej interwencji las był aż taki
gęsty i różnorodny. Niestety, w czasach Ovila i Texanny nie cieszył on oka tak
bardzo jak ich przodków. W dawnych czasach, przed panowaniem okrutnej
Cesarzowej Nixavii, okolica ta tętniła życiem i wręcz ociekała różnymi
odcieniami zieleni. W puszczy było pełno zwierzyny, a w runie można było się
natknąć na grzyby, jeżyny oraz inne leśne owoce. Teraz po lesie krążyły jedynie
wygłodniałe drapieżniki szukające łatwego łupu, a z szmaragdowego raju zostały
jedynie poszarzałe już od długich, mroźnych lat igły sosen, świerków oraz jodeł.
Część z nich leżała już na ziemi, pokonana bądź przez starość, huraganowe
wiatry lub tony śniegu, zagradzając drogę zagubionym podróżnym, którzy odważyli
się zagłębić w Stary Bór, tak jak uciekinierzy z gospody „Pod Śpiącym
Puszczykiem”.
- Ovil – nieśmiało za jego pleców odezwał się piskliwy
głosik, który idealnie pasował do właścicielki.
- Tak?
- Nie masz ochoty odpocząć?
- Niezbyt się zmęczyłem – odpowiedział, bez większego wysiłku
przekraczając kolejny zwalony pień na ich drodze.
- Bo widzisz, chyba kojarzę gdzie jesteśmy. Niedaleko tu
jest polanka i…
- Znasz te okolice? – tym razem Ovil nie krył zdziwienia.
- Tak. Przecież mówiłam ci, że wychowałam się w Occidenell. I
zdarzyło się raz czy dwa wymknąć się do Boru – na twarzy Tex wymalowała się
mina niewiniątka, a jej towarzysz musiał przyznać, że wyglądała całkiem słodko,
ale nie dał się zwieść pozorom:
- Raz czy dwa, tak?
- Dobra, może więcej, ale to stare czasy. A ty skąd
pochodzisz?
- Hm – Ovil odwrócił wzrok i skutecznie udał zamyślenie,
zastanawiając się, na ile może dziewczynie zaufać - dorastałem u drwala w zachodnich krańcach
Starego Boru.
- Ooo, to pewnie dlatego jesteś taki wytrzymały i silny.
- Eee, dzięki – rudzielec nieco zmieszał się na te słowa,
gdyż jako samotnik, nie nawykł do komplementów, postanowił więc szybko zmienić
temat – To gdzie jest ta polana?
- W tamtą stronę – wskazała po krótkim namyśle Tex.
Rzeczywiście po kolejnej godzinie marszu znaleźli się na
skraju niewielkiej, polanki w kształcie jaja. Ovil spojrzał w niebo, które było
już koloru ciemnego lazuru, co oznaczało, że pora pomyśleć o noclegu.
- Cóż, wygląda na to, że pora zorganizować sobie w miarę
bezpieczne miejsce do spania – spojrzał na nieco przerażoną Texannę.
- Chcesz nocować pod gołym niebem?
- Tak – odparł, jakby to była najnormalniejsza rzecz na
świecie.
- Przecież my tu zamarzniemy!
- Spokojnie. Zanim się poznaliśmy, już nie raz tak
nocowałem.
- Ale… .
- Texanna, nie panikuj – powiedział delikatnie zdejmując
dziewczynę z ramion i stawiając na ziemi, widząc jej niepewny wyraz twarzy,
szybko poszperał w kieszeni spodni i wyciągnął z niej osełkę – wiesz co to?
- Wiem. Osełka, ale jak chcesz rozpalić ognisko w śniegu?
-Drwale mają na to sposoby. A teraz poczekaj tu chwilę,
muszę znaleźć trochę chrustu i innych rzeczy- nie czekając na odpowiedź
dziewczyny zagłębił się w las.
Kruczowłosa pozostawiona sama sobie zaczęła powoli kuśtykać
do najbliższego drzewa, usiadła, opierając się gruby pień jodły. Teraz spod
warstwy śniegu wystawała jedynie jej popiersie. Podniosła oczy ku niebu. Już
nieco ściemniało, lecz ciągle miało ten lekko szarawy odcień, którego tak
bardzo nie lubiła. W pewnym momencie zrobiło jej się zimno, więc szczelniej
otuliła się płaszczem Ovila. Jej niewielkich rozmiarów osóbka wręcz tonęła w
nim, ale Tex ani trochę to nie przeszkadzało. W tym odzieniu było jej dość
ciepło, zwłaszcza że przychodząc do pokoju Ovila wczorajszego ranka miała na
sobie jedynie cienki golf i tak samo cienkie spodnie oraz fartuch.
Zaczęła zastanawiać się, kim jest jej towarzysz. Z tego co
pamiętała, dowiedziała się o nim niewiele. Po pierwsze wychowywał go drwal w drugim
końcu Starego Boru, po drugie ścigają go żołnierze Nixavii. Poza tym, ma dziwne, lecz całkiem ładne żółte
oczy, które są powodem jego kłopotów. W dodatku odniosła wrażenie, że Ovil jest
bardzo nieufny i coś przed nią ukrywa. Za to potrafi nieźle posługiwać się
mieczem, ma niezwykłą siłę i wytrzymałość, a także jest honorowy i co jej niezwykle
imponowało, skromny.
- Tak. I potrafi obchodzić się z kobietami – mruknęła do
siebie, wspominając innych gości gospody, którzy nieraz ordynarnie ją
zaczepiali.
Rozejrzała się po okolicy, lecz w zasięgu wzroku wciąż nie
było widać rudzielca. Westchnęła i z nudów zaczęła kręcić wokół palca jednego
ze swoich loczków, wyglądała przy tym bardzo dziecinnie. Powoli zmęczenie
ostatnich dwóch dni zaczęło się odzywać. Była coraz bardziej znużona i senna.
Już prawie zamykała powieki, kiedy tuż przed sobą usłyszała nieprzyjazne
warczenie. Momentalnie podniosła wzrok i zobaczyła przed sobą trzy pary krwistoczerwonych
oczu lisów śnieżnych. W jednej chwili oprzytomniała i wyciągnęła zza paska
sztylet, który zwykła mieć stale przy sobie.
- A sio! Wynoście się, wy, wy… bestie! Nie jestem smaczna!
Sama skóra i kości! – krzyczała wymachując niepewnie bronią w kierunku
śnieżnobiałych zwięrząt.
Lisy najwyraźniej niewiele sobie robiły z takiej obrony,
gdyż wolno zaczęły zbliżać się do swej ofiary. Tex była coraz bardziej
przerażona.
- Ratunku! – krzyknęła – Ovil !!! Pomocy! Spadaj, ty, ty, zwierzaku!
– syknęła z paniką w głosie, gwałtownie kierując sztylet w kierunku lisa, który
podszedł niebezpiecznie blisko – Ovil!
W tym momencie powietrze przecięła strzała celnie godząc
jednego z lisów.
- Zostawcie ją! – z ciemności wyłonił się nagle rudzielec,
który wbiegł między dzikie zwierzęta, przy okazji raniąc jednego z nich i
zasłaniać sobą Texannę.
Najwyraźniej pojawienie się mężczyzny tylko rozwścieczyło
bestie, bo nie czekając na dalszy rozwój wypadków rzuciły się w ich kierunku.
Ovil szybkim blokiem odparł atak i sekundę później sam wyprowadził celny cios,
zabijając drugiego lisa. Ostatnie zwierzę najwyraźniej spostrzegło się, że
przeciwnik nie jest wcale taki łatwy, jakby się zdawało i zmieniło taktykę.
Powoli zaczęło okrążać parę. Przewidując jego ruchy, Ovil zmienił szybko
pozycję i zaatakował. Lis zręcznie odskoczył w bok, ale mężczyzna już
wyprowadzał kolejny cios, lecz z drugiej strony zabijając ostatnią bestię.
Odwrócił się do dziewczyny i stwierdził żartobliwie :
- Nawet na chwilę nie można cię spuścić z oczu.
- Dziękuję – powiedziała, tak jakby nie słyszała zdania,
które przed chwilą wypowiedział.
- Tylko tyle? – spytał, ale zanim zdążył się zorientować,
Texanna rzuciła mu się na szyję, przy okazji obdarzając go dużym całusem w
policzek – cóż, nie ma za co – dodał po chwili, uwalniając się z jej uścisku.
Tex opadła bezwładnie na drzewo i spojrzała w kierunku swojego
wybawcy.
- Pójdę po ten opał – już miał się odwrócić, kiedy
dziewczyna złapała go za rękaw.
- Nie zostawiaj mnie samej – powiedziała błagalnym i
przerażonym tonem.
- Texanna, zostawiłem go po drugiej stronie polany, zaraz
wrócę.
- Ale, ale… ja się boję. A nie możemy tam przenocować?
- Dobrze, już dobrze, chodź – westnął Ovil i ruszył wolno w
kierunku, gdzie w pośpiechu zostawił drewna.
Kiedy dotarli na miejsce, Texanna zobaczyła w śniegu
rozrzucony stos gałęzi i kamieni. Podeszła do pobliskiego drzewa, oparła się o
nie i zaczęła się przyglądać poczynaniom Ovila. Mężczyzna schylił się i zaczął
rozgrzebywać niemałych rozmiarów dziurę w śniegu i obkładać ją kamieniami na
wysokość pokrywy. Kiedy to skończył w środku zaczął układać pokaźny stos
drewna. Od razu można było dostrzec, że nie robi tego po raz pierwszy. Tex
patrzyła na to z lekkim powątpiewaniem, ale gdy przed nią buchnął wielki,
ciepły, przyjemny snop ognia nie kryła podziwu:
- Brawo!
- Ech, to nic takiego. Taki płomień powinien odstraszyć
lisy.
-Jesteś pewny?
-Tak sądzę. Nie przejmuj się nimi. Nawet tymi martwymi.
Dziewczyna mruknęła jedynie coś pod nosem i spojrzała na
drzewo, pod którym usiadła. Była to sosna. Jej igły były długie i twarde. W tym
momencie w niewielkiej główce zakiełkował niezły pomysł:
- Ovil, umiesz oprawiać zwierząta?
- Tak, a co?
- To jutro z tych lisów zrobię sobie nowy płaszcz –
stwierdziła wesoło i klasnęła z entuzjazmem w dłonie.
- Ciekawy pomysł. Ale to zrobimy rano, teraz chodźmy spać –
odpowiedział, siadając obok dziewczyny – Dobranoc.
- Dobranoc. Ovil, a i mów do mnie Tex – szepnęła, zamknęła
oczy i oparła się o jego ramię.
- Dobrze, Tex – odpowiedział cicho, ale nie zamknął oczu.
***
Spała spokojnie, kiedy nagle poczuła przyjemny zapach.
Niespiesznie zaczęła rozchylać powieki. Niedaleko jej Ovil właśnie smażył na
ułamanej gałęzi dwa soczyste kawałki mięsa.
- Lubisz dziczyznę? – spytał, kiedy dostrzegł, że dziewczyna
już nie śpi.
- Jasne – odpowiedziała, przeciągając się.
- Proszę – podał jej patyk z dwoma udźcami – Powinny być już
dobre.
- Dzięki – wzięła od niego jedzenie i po chwili dodała – za
wszystko. Jak dotrzemy do Occidenell spróbuję ci się jakoś odwdzięczyć.
- Wystarczy jak mnie nie wydasz – powiedział smutno, nabijając
kolejne porcje mięsa – tak przy okazji, znalazłem kilka ziół rano, powinny
pomóc na tą twoją nogę.
- Nie sądziłam, że znasz się na zielarstwie – odpowiedziała,
lekko zmieszana uczynnością mężczyzny.
Kiedy już zjedli śniadanie, Ovil zrobił Tex opatrunek z
kawałka jej fartucha i uzbieranych leczniczych liści.
- To powinno uśmierzyć ból przy chodzeniu – skomentował –
spróbuj wstać i przejść kilka kroków.
Kruczowłosa wstała nie pewnie i nieśmiało zrobiła krok do
przodu. Ból w kostce pojawił się, ale nie był na tyle mocny, by stanowić
specjalną przeszkodą w chodzeniu. Uśmiechnęła się słodko do mężczyzny:
- Działa – zrobiła jeszcze kilka kroków, podchodząc do
jednej sosen i urwała dwie igły – teraz do roboty.
Rudzielec widząc, że Texanna naprawdę zamierza uszyć sobie
ubranie, wzruszył jedynie ramionami i zaczął sobie czyścić broń.
Po kilkunastu godzinach wspólnego milczenia, płaszcz był
niemalże gotowy. Tex podniosła swoje dzieło do góry i przymierzyła. Pasował
idealnie.
- Hehe… to teraz będę podróżował z głową – zaśmiał się Ovil,
na jej widok.
Po chwili dołączyła do niego dziewczyna, spostrzegając, że
jej odzienie prawie doskonale zlewa się z otoczeniem, czyniąc ją niewidzialną.
- To co, idziemy? – spytała.
Ovil popatrzył w niebo, chcąc zgadnąć ile im zostało do
końca dnia.
-
Chyba nie zdążymy przed zachodem słońca. Spędzimy tutaj jeszcze jedną noc, a z
samego rana ruszamy – zawyrokował rzeczowym tonem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz