piątek, 30 marca 2012

Kroniki Ludarvii - rozdział 2


Po małych problemach technicznych ze sprzętem wracam. Dziś "Kroniki Ludarvii", wiem że część z Was nie może się już doczekać, więc nie przedłużam i zapraszam do czytania oraz komentowania!

Rozdział II

Pożyteczny napad


Ovil siedział z podkurczonymi nogami pod jedną ze ścian nory. Głowę oparł na kolanach smętnie wpatrując się w dziewczynę leżącą po drugiej stronie jaskini. Była całkiem ładna, długie ciemne jak smoła loki delikatnie opadały na jej niezbyt dużą, owalną twarz. Czasami, kiedy uśmiechała się przez sen, mężczyzna spostrzegł, że wtedy pojawiają się na niej śmieszne, wręcz dziecięce dołeczki. Powoli jego wzrok przesunął się z śpiącej twarzy młodej kobiety na resztę jej ciała. Dopiero teraz zwrócił uwagę na jej filigranową figurę. Jego towarzyszka była przeciętnego wzrostu, lecz posiadała niezwykle szczupłą sylwetkę. Najwyraźniej ostatnio jej były szef płacił jej niewiele, więc nie mogła sobie pozwolić na solidniejsze posiłki. Ovil zaczął się zastanawiać jak taka kruszynka utrzymałaby się podczas takiego huraganu jaki przeszedł tędy dwa dni temu. Wydawało mu się, że wystarczyłby mocniejszy poryw wiatru, by straciła równowagę i została porwana.
Jakby na zawołanie do nory wpadł podmuch rozpędzonego powietrza. Nie było ono jednak tak lodowate jak ostatnio. Tym razem mężczyzna poczuł przyjemne ciepło na twarzy, Szła odwilż, co było dobrym znakiem dla nich, dzięki temu podróż do Occidenell będzie znacznie łatwiejsza. Do miasta, jak przypuszczał dzielił ich zaledwie dzień, może dwa dni drogi. Mógł się jednak mylić w końcu nigdy nie był w tych okolicach.
Wtem pod przeciwległą ścianą nory, gdzie leżała dziewczyna dostrzegł jakiś ruch. Podszedł bliżej by sprawdzić, co się dzieje.
- Gdzie ja jestem? – wyszeptała, jakby do siebie czarnowłosa, siadając i niemrawo rozglądając się dookoła.
- Witaj, Texanna. Lepiej się czujesz? Pamiętasz cokolwiek?  - spytał dźwięcznym głosem.
- Kim jesteś? Skąd znasz moje imię?! – krzyknęła dziewczyna z przerażeniem odkrywając, że nie jest sama i nerwowo odsunęła się od niego.
- Ciii… spokojnie –jedną rękę wyciągnął przed siebie, drugą przyłożył w wymownym geście do ust, aby ją uciszyć – jestem Ovil. Byłem gościem, w gospodzie gdzie pracowałaś. Pamiętasz? Potem był napad…
-   … Rycerzy Zakonu, razem wyskoczyliśmy z okna i uciekaliśmy przed nimi. Potem ja zwichnęłam kostkę, Ty zostałeś walczyć z nimi, a ja zaczęłam uciekać dalej – dokończyła za niego, ale po chwili dodała – ale więcej nie mogę sobie przypomnieć.
- Nic dziwnego, byłaś dwa dni nieprzytomna.
- Co takiego? – dziewczyna spojrzała na niego ze zdumieniem.
W odpowiedzi Ovil wzruszył jedynie ramionami, spojrzał na otwór w ziemi, przez który docierało do nich słońce  i usiadł obok niej.
- Rozumiem – odparła dziewczyna.
- Póki co, musimy się stąd zmywać. Żołnierze chyba cały czas krążą po okolicy i w każdej chwili mogą nas znaleźć. Udamy się do Occiedenell i tam się rozstaniemy. Nie mogę cię dłużej narażać. Znasz tam kogoś, u kogo mogłabyś zamieszkać?
- Oczywiście. Wychowałam się tam. Co prawda moi rodzice już nie żyją – tu Texanna urwała ze smutkiem na chwilę i odwróciła głowę w ten sposób, by jej rozmówca nie widział jak do oczu podchodzą jej łzy.
- Przykro mi.
- Nie szkodzi. Każdego to kiedyś czeka – w jej głosie zabrzmiała nuta tęsknoty i żalu – wracając do tematu, z tego co wiem w mieście mieszka jeszcze mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, Roteg. Myślę, że mogłabym u niego przez jakiś czas pomieszkać. Przynajmniej dopóki nie znajdę nowej pracy i własnego kąta – spuściła głowę ze smutkiem, dopiero teraz docierały do niej ponure konsekwencje, tego, co się wydarzyło.
- Spokojnie, Texanna. Przepraszam, to wszystko przeze mnie. Wynagrodzę ci to jakoś.
- I tak już Ci coś zawdzięczam. Gdybyś ich nie zatrzymał pewnie bym już nie żyła – uśmiechnęła się niepewnie.
-Może. Póki co musimy ruszać – Ovil wstał i wdrapał się po stromym wejściu do jaskini.
Nieznacznie wychylił się na zewnątrz. W pobliżu nie dostrzegł niczego podejrzanego, nie słyszał też żadnego nieprzyjaznego odgłosu żołnierskich buciorów.
- Nie ma ich – spojrzał w stronę Tex i przynaglił ją ręką.
Ta podniosła się i chciała już zrobić pierwszy krok w jego kierunku, lecz w tym samym momencie przypomniała o sobie zwichniętej kostce.
- Auć – szepnęła, ale próbowała iść dalej.
Ovil zaklął cicho pod nosem, tak by dziewczyna nie słyszała i szybko podbiegł do niej.
-  Zapomniałem o twojej nodze. Właź – rzucił szorstko, odwrócił się plecami i przykucnął.
Tex spojrzała na niego z zaskoczeniem.
- Nie mamy czasu, a tylko tak nie będziesz nas opóźniać.
Nie mając dużego wyboru wdrapała się na jego sporych rozmiarów plecy i mocno objęła jego szyję.
- Nie jestem za ciężka?
- To Ty już na mnie jesteś? Nic nie poczułem – odpowiedział z przekąsem.
-Podrywacz - Tex zmrużyła jedynie oczy i cichutko zachichotała.
- Trzymasz się mocno? – spytał nie komentując tej uwagi.
- Tak.
- To ruszamy – odpowiedział i ponownie zbliżył się do wejścia.
Wokół jaskini wciąż na szczęście nie działo się nic podejrzanego, dlatego też mężczyzna nie zastanawiając się zbytnio wyszedł na zewnątrz i skierował się na południowy – wschód w głąb wypustki  Starego Boru. To właśnie tam miał, według jego mniemania, znajdować się gościniec prowadzący do miasta, z którego pochodziła Tex.
Czekał ich przynajmniej dzień drogi przez gęsty las. Co prawda, drzewa nie tutaj rosły tak blisko siebie jak chociażby w okolicy chatki starego opiekuna Ovila, pomimo tego wędrówka wcale nie należała do najprzyjemniejszych. Nic dziwnego, w końcu według legend Ludarvii pierwsze drzewo w Starym Borze zasadził bóg urodzaju, słońca, harmonii i stwórca tegoż świata, Tworswat. To właśnie dzięki tej boskiej interwencji las był aż taki gęsty i różnorodny. Niestety, w czasach Ovila i Texanny nie cieszył on oka tak bardzo jak ich przodków. W dawnych czasach, przed panowaniem okrutnej Cesarzowej Nixavii, okolica ta tętniła życiem i wręcz ociekała różnymi odcieniami zieleni. W puszczy było pełno zwierzyny, a w runie można było się natknąć na grzyby, jeżyny oraz inne leśne owoce. Teraz po lesie krążyły jedynie wygłodniałe drapieżniki szukające łatwego łupu, a z szmaragdowego raju zostały jedynie poszarzałe już od długich, mroźnych lat igły sosen, świerków oraz jodeł. Część z nich leżała już na ziemi, pokonana bądź przez starość, huraganowe wiatry lub tony śniegu, zagradzając drogę zagubionym podróżnym, którzy odważyli się zagłębić w Stary Bór, tak jak uciekinierzy z gospody „Pod Śpiącym Puszczykiem”.
- Ovil – nieśmiało za jego pleców odezwał się piskliwy głosik, który idealnie pasował do właścicielki.
- Tak?
- Nie masz ochoty odpocząć?
- Niezbyt się zmęczyłem – odpowiedział, bez większego wysiłku przekraczając kolejny zwalony pień na ich drodze.
- Bo widzisz, chyba kojarzę gdzie jesteśmy. Niedaleko tu jest polanka i…
- Znasz te okolice? – tym razem Ovil nie krył zdziwienia.
- Tak. Przecież mówiłam ci, że wychowałam się w Occidenell. I zdarzyło się raz czy dwa wymknąć się do Boru – na twarzy Tex wymalowała się mina niewiniątka, a jej towarzysz musiał przyznać, że wyglądała całkiem słodko, ale nie dał się zwieść pozorom:
- Raz czy dwa, tak?
- Dobra, może więcej, ale to stare czasy. A ty skąd pochodzisz?
- Hm – Ovil odwrócił wzrok i skutecznie udał zamyślenie, zastanawiając się, na ile może dziewczynie zaufać  - dorastałem u drwala w zachodnich krańcach Starego Boru.
- Ooo, to pewnie dlatego jesteś taki wytrzymały i silny.
- Eee, dzięki – rudzielec nieco zmieszał się na te słowa, gdyż jako samotnik, nie nawykł do komplementów, postanowił więc szybko zmienić temat – To gdzie jest ta polana?
- W tamtą stronę – wskazała po krótkim namyśle Tex.
Rzeczywiście po kolejnej godzinie marszu znaleźli się na skraju niewielkiej, polanki w kształcie jaja. Ovil spojrzał w niebo, które było już koloru ciemnego lazuru, co oznaczało, że pora pomyśleć o noclegu.
- Cóż, wygląda na to, że pora zorganizować sobie w miarę bezpieczne miejsce do spania – spojrzał na nieco przerażoną Texannę.
- Chcesz nocować pod gołym niebem?
- Tak – odparł, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- Przecież my tu zamarzniemy!
- Spokojnie. Zanim się poznaliśmy, już nie raz tak nocowałem.
- Ale… .
- Texanna, nie panikuj – powiedział delikatnie zdejmując dziewczynę z ramion i stawiając na ziemi, widząc jej niepewny wyraz twarzy, szybko poszperał w kieszeni spodni i wyciągnął z niej osełkę – wiesz co to?
- Wiem. Osełka, ale jak chcesz rozpalić ognisko w śniegu?
-Drwale mają na to sposoby. A teraz poczekaj tu chwilę, muszę znaleźć trochę chrustu i innych rzeczy- nie czekając na odpowiedź dziewczyny zagłębił się w las.
Kruczowłosa pozostawiona sama sobie zaczęła powoli kuśtykać do najbliższego drzewa, usiadła, opierając się gruby pień jodły. Teraz spod warstwy śniegu wystawała jedynie jej popiersie. Podniosła oczy ku niebu. Już nieco ściemniało, lecz ciągle miało ten lekko szarawy odcień, którego tak bardzo nie lubiła. W pewnym momencie zrobiło jej się zimno, więc szczelniej otuliła się płaszczem Ovila. Jej niewielkich rozmiarów osóbka wręcz tonęła w nim, ale Tex ani trochę to nie przeszkadzało. W tym odzieniu było jej dość ciepło, zwłaszcza że przychodząc do pokoju Ovila wczorajszego ranka miała na sobie jedynie cienki golf i tak samo cienkie spodnie oraz fartuch.
Zaczęła zastanawiać się, kim jest jej towarzysz. Z tego co pamiętała, dowiedziała się o nim niewiele. Po pierwsze wychowywał go drwal w drugim końcu Starego Boru, po drugie ścigają go żołnierze Nixavii.  Poza tym, ma dziwne, lecz całkiem ładne żółte oczy, które są powodem jego kłopotów. W dodatku odniosła wrażenie, że Ovil jest bardzo nieufny i coś przed nią ukrywa. Za to potrafi nieźle posługiwać się mieczem, ma niezwykłą siłę i wytrzymałość, a także jest honorowy i co jej niezwykle imponowało, skromny.
- Tak. I potrafi obchodzić się z kobietami – mruknęła do siebie, wspominając innych gości gospody, którzy nieraz ordynarnie ją zaczepiali.
Rozejrzała się po okolicy, lecz w zasięgu wzroku wciąż nie było widać rudzielca. Westchnęła i z nudów zaczęła kręcić wokół palca jednego ze swoich loczków, wyglądała przy tym bardzo dziecinnie. Powoli zmęczenie ostatnich dwóch dni zaczęło się odzywać. Była coraz bardziej znużona i senna. Już prawie zamykała powieki, kiedy tuż przed sobą usłyszała nieprzyjazne warczenie. Momentalnie podniosła wzrok i zobaczyła przed sobą trzy pary krwistoczerwonych oczu lisów śnieżnych. W jednej chwili oprzytomniała i wyciągnęła zza paska sztylet, który zwykła mieć stale przy sobie.
- A sio! Wynoście się, wy, wy… bestie! Nie jestem smaczna! Sama skóra i kości! – krzyczała wymachując niepewnie bronią w kierunku śnieżnobiałych zwięrząt.
Lisy najwyraźniej niewiele sobie robiły z takiej obrony, gdyż wolno zaczęły zbliżać się do swej ofiary. Tex była coraz bardziej przerażona.
- Ratunku! – krzyknęła – Ovil !!! Pomocy! Spadaj, ty, ty, zwierzaku! – syknęła z paniką w głosie, gwałtownie kierując sztylet w kierunku lisa, który podszedł niebezpiecznie blisko – Ovil!
W tym momencie powietrze przecięła strzała celnie godząc jednego z lisów.
- Zostawcie ją! – z ciemności wyłonił się nagle rudzielec, który wbiegł między dzikie zwierzęta, przy okazji raniąc jednego z nich i zasłaniać sobą Texannę.
Najwyraźniej pojawienie się mężczyzny tylko rozwścieczyło bestie, bo nie czekając na dalszy rozwój wypadków rzuciły się w ich kierunku. Ovil szybkim blokiem odparł atak i sekundę później sam wyprowadził celny cios, zabijając drugiego lisa. Ostatnie zwierzę najwyraźniej spostrzegło się, że przeciwnik nie jest wcale taki łatwy, jakby się zdawało i zmieniło taktykę. Powoli zaczęło okrążać parę. Przewidując jego ruchy, Ovil zmienił szybko pozycję i zaatakował. Lis zręcznie odskoczył w bok, ale mężczyzna już wyprowadzał kolejny cios, lecz z drugiej strony zabijając ostatnią bestię. Odwrócił się do dziewczyny i stwierdził żartobliwie :
- Nawet na chwilę nie można cię spuścić z oczu.
- Dziękuję – powiedziała, tak jakby nie słyszała zdania, które przed chwilą wypowiedział.
- Tylko tyle? – spytał, ale zanim zdążył się zorientować, Texanna rzuciła mu się na szyję, przy okazji obdarzając go dużym całusem w policzek – cóż, nie ma za co – dodał po chwili, uwalniając się z jej uścisku.
Tex opadła bezwładnie na drzewo i spojrzała w kierunku swojego wybawcy.
- Pójdę po ten opał – już miał się odwrócić, kiedy dziewczyna złapała go za rękaw.
- Nie zostawiaj mnie samej – powiedziała błagalnym i przerażonym tonem.
- Texanna, zostawiłem go po drugiej stronie polany, zaraz wrócę.
- Ale, ale… ja się boję. A nie możemy tam przenocować?
- Dobrze, już dobrze, chodź – westnął Ovil i ruszył wolno w kierunku, gdzie w pośpiechu zostawił drewna.
Kiedy dotarli na miejsce, Texanna zobaczyła w śniegu rozrzucony stos gałęzi i kamieni. Podeszła do pobliskiego drzewa, oparła się o nie i zaczęła się przyglądać poczynaniom Ovila. Mężczyzna schylił się i zaczął rozgrzebywać niemałych rozmiarów dziurę w śniegu i obkładać ją kamieniami na wysokość pokrywy. Kiedy to skończył w środku zaczął układać pokaźny stos drewna. Od razu można było dostrzec, że nie robi tego po raz pierwszy. Tex patrzyła na to z lekkim powątpiewaniem, ale gdy przed nią buchnął wielki, ciepły, przyjemny snop ognia nie kryła podziwu:
- Brawo!
- Ech, to nic takiego. Taki płomień powinien odstraszyć lisy.
-Jesteś pewny?
-Tak sądzę. Nie przejmuj się nimi. Nawet tymi martwymi.
Dziewczyna mruknęła jedynie coś pod nosem i spojrzała na drzewo, pod którym usiadła. Była to sosna. Jej igły były długie i twarde. W tym momencie w niewielkiej główce zakiełkował niezły pomysł:
- Ovil, umiesz oprawiać zwierząta?
- Tak, a co?
- To jutro z tych lisów zrobię sobie nowy płaszcz – stwierdziła wesoło i klasnęła z entuzjazmem w dłonie.
- Ciekawy pomysł. Ale to zrobimy rano, teraz chodźmy spać – odpowiedział, siadając obok dziewczyny – Dobranoc.
- Dobranoc. Ovil, a i mów do mnie Tex – szepnęła, zamknęła oczy i oparła się o jego ramię.
- Dobrze, Tex – odpowiedział cicho, ale nie zamknął oczu.
 ***
Spała spokojnie, kiedy nagle poczuła przyjemny zapach. Niespiesznie zaczęła rozchylać powieki. Niedaleko jej Ovil właśnie smażył na ułamanej gałęzi dwa soczyste kawałki mięsa.
- Lubisz dziczyznę? – spytał, kiedy dostrzegł, że dziewczyna już nie śpi.
- Jasne – odpowiedziała, przeciągając się.
- Proszę – podał jej patyk z dwoma udźcami – Powinny być już dobre.
- Dzięki – wzięła od niego jedzenie i po chwili dodała – za wszystko. Jak dotrzemy do Occidenell spróbuję ci się jakoś odwdzięczyć.
- Wystarczy jak mnie nie wydasz – powiedział smutno, nabijając kolejne porcje mięsa – tak przy okazji, znalazłem kilka ziół rano, powinny pomóc na tą twoją nogę.
- Nie sądziłam, że znasz się na zielarstwie – odpowiedziała, lekko zmieszana uczynnością mężczyzny.
Kiedy już zjedli śniadanie, Ovil zrobił Tex opatrunek z kawałka jej fartucha i uzbieranych leczniczych liści.
- To powinno uśmierzyć ból przy chodzeniu – skomentował – spróbuj wstać i przejść kilka kroków.
Kruczowłosa wstała nie pewnie i nieśmiało zrobiła krok do przodu. Ból w kostce pojawił się, ale nie był na tyle mocny, by stanowić specjalną przeszkodą w chodzeniu. Uśmiechnęła się słodko do mężczyzny:
- Działa – zrobiła jeszcze kilka kroków, podchodząc do jednej sosen i urwała dwie igły – teraz do roboty.
Rudzielec widząc, że Texanna naprawdę zamierza uszyć sobie ubranie, wzruszył jedynie ramionami i zaczął sobie czyścić broń.
Po kilkunastu godzinach wspólnego milczenia, płaszcz był niemalże gotowy. Tex podniosła swoje dzieło do góry i przymierzyła. Pasował idealnie.
- Hehe… to teraz będę podróżował z głową – zaśmiał się Ovil, na jej widok.
Po chwili dołączyła do niego dziewczyna, spostrzegając, że jej odzienie prawie doskonale zlewa się z otoczeniem, czyniąc ją niewidzialną.
- To co, idziemy? – spytała.
Ovil popatrzył w niebo, chcąc zgadnąć ile im zostało do końca dnia.
- Chyba nie zdążymy przed zachodem słońca. Spędzimy tutaj jeszcze jedną noc, a z samego rana ruszamy – zawyrokował rzeczowym tonem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz